|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
C Z Y T A J:
O G L Ą D A J:
S Ł U C H A J:
Z A C H O D ź:
b l o g m ł o d y c h, l u b e l s k i c h a r t y s t ó w o r a z k r y t y k ó w s z t u k i |
poniedziałek, 08 czerwca 2009
WYSTAWA INAUGURACYJNA TOWOT SQUAT
W Sobotę 5 czerwca odbyła sie wystawa inauguracyjna Towot Squat. Prace zebrane na wystawie odnoszą się do przestrzeni poindustrialnej dawnych Zakładów Zbrojeniowych i warsztatów Zespołu Szkół Mechanicznych. Swoje realizacje zaprezentowali następujący artyści: Cezary Klimaszewski / bez tytułu
Wystawę można oglądać do 28 czerwca 2009r. w godz. 11.00-16.00, Towot Squat, ul. Popiełuszki 5, Lublin. W soboty i niedziele wystawa nieczynna. http://towot.net/
piątek, 05 czerwca 2009
NOC KULTURY W GALERII BIAŁEJ - 6/7 CZERWCA 2009
Galeria Biała / Centrum Kultury / Peowiaków 12 / 20-007 Lublin
wtorek, 19 maja 2009
Blow-up Kamila Stańczaka czyli: o przestrzeniach ostatniej realizacji pt: Peryferia
Jest spokojnie I tylko I tylko ten wiatr! Siekiera Nowa Aleksandria
Ostatnia wystawa Kamila Stańczaka w Galerii Białej zajmuje w dorobku tego artysty miejsce szczególne. Nie po raz pierwszy eksplodują ramy płócien tego artysty, jednakże po raz pierwszy eksplozja ma tak daleko idące konsekwencje. Wcześniej już mogliśmy zaobserwować próby przełamania wirtualnego świata obrazów konkretnymi przedmiotami, wystającymi z obrazów jak np. karabin - zabawka zawieszony na ramieniu namalowanej dziewczynki. Ostatnio w Białej byliśmy świadkami jak owe przedmioty siłą wybuchu "wypadły" z płótna i tracąc swój rzeczywisty aspekt pospiesznie zabrały z niego resztki wyobrażonego świata. Można początkowo odnieść wrażenie, że jest spokojnie, jednakże po chwili czujemy na twarzy niepokojący, lekki podmuch wiatru – echa zaistniałego wybuchu. Zajmująca centralne miejsce głównej ściany plama zielonej farby stanowi wizualny ekwiwalent eksplozji rozrzucającej na p e r y f e r i a galeryjnej przestrzeni niedookreślone elementy dziwnego świata. I właśnie ten ruch od centrum ku peryferiom pozwoli nam zaobserwować siły rozmieszczone w tej instalacji. Gdyż cała prawda o tych makietach w moim odczuciu leży pomiędzy nimi.
Budynki, do stworzenia których inspiracją podobno były opuszczone obiekty w okolicach Puław i leżących nieopodal Zakładów Azotowych dawno już porzuciły swoją realną bazę i stały się fragmentami świata wyobrażonego Kamila. Konstrukcje wśród których wyrastał, teraz przeobraziły się już niejako w jego prywatną mitologią. Umieszczając jej fragmenty na obrzeżach - siebie sytuuje w centrum. "Toksyczne" kolory zarówno podziemnych części makiet, jak i lawy wypływającej z ich wnętrz, symbolicznie odnoszą się do tego poczucia skażenia w jakim przyszło żyć puławiakom, o którym niegdyś śpiewała Siekiera słowami: Nasze domy pośród nocy, nasze domy obok f a b r y k !
Cała sytuacja przypomniała mi film Michelangelo Antonioniego Zabriskie Point (1970), w który to dziewczyna, mówiąc metaforycznie, w wyniku uwięzienia w rzeczywistości zmakietowanego świata przesyconego sztucznością reklamy, siłą fantazji wysadza go w powietrze. Jej sprzeciw jest w tym filmie zestawiony z nieudaną próbą wyzwolenia się z krępującej rzeczywistości-systemu jej przyjaciela. I jeżeli film kończy się jej autentyczną ucieczką, to i tak jest ona niczym w porównaniu z tym, co zdołał uczynić w wyobraźni. W kontekście analizowanej wystawy znaczący okazuje się również fakt, iż ów stan świadomości dojrzewa w bohaterce podczas podróży na pustynie, czyli na właśnie jakieś peryferia. Jednakże nawet tam, gdzie eksploduje erotyczne napięcie pomiędzy nią, a wspomnianym chłopakiem, są oni w dalszym ciągu związani niewidzialnymi nićmi z centrum, czyli miastem które nie chce o nich zapomnieć. Siekiera: Idziemy na s k r a j, idziemy na s k r a j! A niebo jest tuż! a niebo jest tuż! Idziemy!!! Wracając do galerii proponuję zastanowić się co tutaj wybucha? W moim odczuciu wybuchła głowa artysty-Kamila, rozwiązując supły dwuwymiarowych nawyków. Pozwolił sobie jajkiem wypełnionym farbą cisnąć w biel zastałych przestrzeni. I nawet jeżeli galeria nie zadrżała w posadach, to i tak ten akt wandalizmu wprowadza ożywczy powiew do Białej, ale przede wszystkim do twórczości samego Kamila. Precyzja będąca znakiem rozpoznawczym tego artysty pozostała, jednakże nie domknęła przedstawienia, przeciwnie zaczęła komunikować o czymś więcej niż tylko o sobie. Rozpadający się, spójny i konsekwentnie zbudowany świat fantazji spowodował, że więcej zaczęło się wydarzać p o m i ę d z y jego fragmentami, niż w samych obiektach.
W pustych przestrzeniach galerii, samotnie spacerując pomiędzy tymi fragmentami zaczynamy dostrzegać wypełniające całą przestrzeń bardzo subtelnie działające siły powstałe na wskutek wybuchu (jeszcze raz przypomnę: wybuch głowy samego Kamila:) Przeciwstawne do tych, siły scalania tych rozsypanych fragmentów w jedno, powstające w naszych z kolei głowach, substancjalnie korespondując z tymi pierwszymi. ukazują siłę fantazji w jej można rzec czystej postaci. Aby jeszcze raz zacytować puławski band: .Przed nami jest świat, przed mani jest świat: Bez końca! Hej!
Można też do tych wniosków dojść inna drogą. Jak już wspomniałem dwuwymiarowa, obramowana przestrzeń rozpada się. Jednakże śledząc uważnie prezentowane prace zauważamy że znaczna część z nich przedzielona jest poziomą n i e w i d o c z n ą płaszczyzną, poniżej której makiety pokryte są jednorodną jaskrawą barwą. Takie zjawisko można sobie wyobrazić porównując je do zjawiska płaszczyzny głębi ostrości zaobserwowanej na fotografii, która mimo iż swoim zasięgiem obejmując cały kadr, widoczna jest tylko na fragmentach, które przecinając powoduje ich wyostrzenie. Podobnie tutaj. Linia przecinająca obiekty daje asumpt do wyobrażenia płaszczyzny na całej przestrzeni. Rozmieszczenie prac na różnych wysokościach powoduje silne odkształcenia i pofalowania zaistniałej płaszczyzny. Wspomniana ściana główna swoim pionem z jednej strony ucina miniaturową budkę, jak i stając się przezroczystą zatrzymuje eksplodującą farbę na zewnątrz nie pozwalając wlać się jej do wnętrza galerii. Patrząc na fragmenty architektury rozmieszczone na podłodze widzimy, że są one w niej jak gdyby zanurzone. Zaczynamy odmaterializowywać zamkniętą galeryjną przestrzeń nadając jej jedynie m e n t a l n y status. Bo przecież widzimy, (pisze widzimy gdyż właśnie w pamięci należy przeprowadzić to ćwiczenie) obiekty w całości tzn. nawet ze zwykle ukrytymi pod ziemią fragmentami. Przecinamy je w dowolnym fragmencie. Jaskrawe kolory są kolorami naszej wyobraźni. Teraz to my jesteśmy w centrum. Przekraczamy granice fizycznych ograniczeń i wędrujemy zarówno ponad jak i pod obiektami. Jesteśmy wewnątrz i jednocześnie za zewnątrz galerii. Eksplodujemy! Piotrek Pękala
Intermedialne Wypadki Artystyczne – VIII edycja
otwarcie wystawy 24 kwietnia 2009 o godz.18.00
Aleksandra Bełz, Kama Bubicz, Krzysztof Bryła, Judyta Bartmańska, Agnieszka Dębińska, Łukasz Góras, Justyna Kiersztyn, Karolina Lorentz, Karolina Machut, Marcin Myśliwiec, Ida Nowosielska, Katarzyna Sońta, Anna Sprężyna, Justyna Szeller, Joanna Szewczyk, Justyna Urniaż, Kamila Wolszczak, Igor Wójcik, Anna Sprężyna, Jacek Rudzki, Katarzyna Zapart, Jędrzej Żwiruk
W wystawie biorą udział studenci Instytutu Sztuk Pięknych Wydziału Artystycznego UMCS oraz Kolegium Sztuk Pięknych UMCS w Kazimierzu. Będzie to prezentacja różnorodnych prac, które wykraczają poza akademickie ramy podstawowych programów nauczania i sytuują się bardziej w intermedialnym polu sztuki. Intermedialność w tym wypadku rozumiana jest jako wielowątkowość zmierzająca do powołania arte faktów przekraczających podstawową naturę akademizmu. Poszukiwanie korespondencji ze sztuką w ogóle, zarówno w sensie jej rozumienia jak wyrażania wobec niej własnego stosunku staje się tu podstawową zasadą konstrukcyjną pomimo tego, że punktem wyjścia większości prac są bardzo prywatne i osobiste mitologie. Wystawa prezentuje rysunek, malarstwo, fotografię, realizacje multimedialne, filmy wideo, obiekty i instalacje.
Prace powstały w Pracowni Intermediów i Rysunku pod kierunkiem Cezarego Klimaszewskiego i Jana Gryki.
„Intermedialne Wypadki Artystyczne” to nazwa cyklicznych prezentacji sztuki tworzonej przez studentów. Pochodzi ona od skrótu IWA (Instytut Wychowania Artystycznego UMCS w Lublinie). Pierwsza edycja „Wypadków” odbyła się w 1996 roku, jeszcze przed przekształceniem Instytutu Wychowania Artystycznego w Wydział Artystyczny. Od trzeciej edycji IWA (1997) używaliśmy również podtytułu Festiwal Studentów Wydziału Artystycznego.
W 1996 roku powstało, afiliowane przez Galerię Białą, Młode Forum Sztuki. Organiczną bazą i podstawowym kręgiem do wyławiania i promocji „młodych talentów” dla Młodego Forum Sztuki, zawsze byli studenci Wydziału Artystycznego. Ten, wykreowany, alternatywny system stał się formą działań, które spowodowały, że młoda sztuka lubelska jest zjawiskiem ciągłym i jednocześnie konkurencyjnym dla środowisk artystycznych w Polsce. Debiut Roberta Kuśmirowskiego najpierw w ramach MFS a w 2002 roku Galerii Białej, w kontekście jego spektakularnej kariery międzynarodowej, można traktować jako ukoronowanie procesu promocji młodych i niepodważalny dowód celowości i skuteczności strategii MFS i Galerii Białej.
MFS tworzy bezsporną płaszczyznę odniesień w budowaniu nowych przejawów sztuki. Jak się okazuje – ciągle nowych, bowiem ten proces jest permanentny. Tak jak konwencje dziś już historyczne uzyskały swoją tożsamość i stanowią podstawę procesów dydaktycznych, tak nowe formy artystyczne są wartością, której sens trzeba stale unaoczniać, w innym wypadku ta sfera ulega szybkiej degradacji. Pracownie, które stają się enklawami „akademizmów”, w swojej naturze przechowują świadomość zamkniętą na aktualne procesy i w istocie hamują rozwój młodych ludzi, aktywnie nastawionych na świat zewnętrzny, budujących własny system wartości i własny język wypowiedzi.
Obecnie już pojawiają się niezależne tendencje budowania alternatywy wobec MFS. Jeżeli ten stan się utrzyma, to ta wielowątkowość systemów, form i przejawów sztuki będzie pluralistycznym, sensownym polem aktywności artystycznej w Lublinie. W ciągu dwunastu lat istnienia Młodego Forum Sztuki zorganizowaliśmy wiele wystaw, imprez i festiwali, zarówno na Wydziale Artystycznym, na Korytarzu Akademii w Centrum Kultury jak i w przestrzeni publicznej Lublina. Być może podstawowy sens tej działalności zawarty jest w twórczości młodych artystów, którzy aktywnie uczestniczą w budowaniu obrazu polskiej sztuki. Wspomniany już Robert Kuśmirowski jest ewenementem na skalę ogólnopolską. Ale pojawiają się jeszcze młodsi artyści, którzy już obecnie w sposób zdecydowany nawiązują z nim twórczą korespondencję. Myślę tu między innymi o Michale Stachyrze, Kamilu Stańczaku, Mariuszu Tarkawianie i kilku jeszcze młodszych z nadzieją, że może za jakiś czas zaistnieją nie tylko w naszym mentalnym polu. Istotna w tym wypadku jest tożsamość tych artystów, którzy nie są „inżynierami” sztuki w wymiarze uniwersalnym, ale są określeni czasem i miejscem, kontekstem lubelskim, który w tym względzie stanowi wartość samą w sobie.
Jan Gryka A to Polska właśnie
20 marca, piątek, godz. 18:00
A to Polska właśnie to tytuł zadania fotograficznego, które było realizowane w semestrze zimowym w bieżącym roku akademickim w Pracowni Fotografii przez studentów Instytutu Sztuk Pięknych Wydziału Artystycznego. Jest to również tytuł wystawy prezentowanej w ramach Młodego Forum Sztuki.
Autorzy prezentacji to 17 studentów IV roku Edukacji artystycznej: Lidia Błażejczyk, Adam Brzezowski, Daniel Czyż, Magdalen Durasiewicz, Marcin Kaczan, Kamil Łukasik, Agnieszka Maksymiec, Bartłomiej Maron, Daniel Milaniuk, Monika Mincewicz, Ewelina Mróz, Joanna Paprocka, Beata Paruch, Patrycja Prószyńska, Kamila Sakowska, Konrad Wróblewski, Magdalena Wożniak oraz dwie studentki z V roku Grafiki: Kasia Niedźwiadek i Ania Zyśko.
Komentują oni polską rzeczywistość w różnych jej przejawach i pod różnym kątem. Odwołując się bezpośrednio do otaczającej przestrzeni Agnieszka Maksymiec zapisuje w barwnych fotografiach piękno polskiego krajobrazu, zaś Bartłomiej Maron i Lidia Błażejczyk fotografują architekturę miast w kontekście jej unifikacji oraz reklamy ulicznej. Kamila Sakowska przedstawia architekturę polskich miast i miasteczek – traktowaną jako komentarz do różnic społecznych i ekonomicznych. Dla Joanny Paprockiej Polska to przestrzeń biało-czerwonych fotograficznych motywów, zaś dla Daniela Milaniuka emblematy związane z polską tradycją stają się pretekstem do fotograficznego zapisu tatuaży wykonywanych na ciele ludzkim. Anna Zyśko fotografując lubelskie pomniki prezentuje jedynie ich cokoły, odnosząc się tym samym do problemu przemian historycznych, a Kasia Niedźwiadek przywołuje historię rodzinnego domu zapisaną w pamiątkach po swoich przodkach. Magdalena Durasiewicz jest autorką bardzo osobistego filmu, którego bohaterkami są jej babcie. Beata Paruch przedstawia cykl psychologicznych fotografii portretowych. Patrycja Prószyńska tworzy autorskie anonse na bazie autentycznych ogłoszeń. Monika Mincewicz tworząc serię autoportretów podkreśla zróżnicowanie mentalne, zaś Marcin Kaczan w żartobliwy sposób rozprawia się z wizerunkami ikon polskiej pop kultury. Daniel Czyż przewrotnie komentuje potrzeby i marzenia wybranej grupy Polaków. Konrad Wróblewski odnosi się do kulinarnych preferencji nie tylko polskich, również europejskich. Kamil Łukasik podejmuje w sposób żartobliwy problem emigracji. Równie żartobliwe są w swej formie plakaty autorstwa Adama Brzezowskiego w relacji z polską obyczajowością. Podobnie czyni Magdalena Woźniak przedstawiając wybrane wątki związane z polską rzeczywistością, sytuujące się w przestrzeni mentalnej. Ewelina Mróz bezlitośnie rozprawia się z kiczem.
Opisane jedynie skrótowo 19 różnych realizacji to równocześnie 19 różnych wypowiedzi na jeden temat i owa wielogłosowość staje się atutem tego fotograficznego projektu.
Irena Nawrot-Trzcińska
czwartek, 26 lutego 2009
Hołowno - kraina rumianku
Kama Bubicz / Paulina Chreścionko / Paulina Daniluk / GAZOBETONOWNIA: Barbara Abramowicz, Aleksandra Mijal, Natalia Głowacka / Wiola Głowacka / Jan Gryka / Dawid Jurek / Ewelina Kruszewska / Agata Krutul / Jan Milewski / Mariusz Tarkawian / Jacek Wierzchoś / Monika Zapisek Wystawa jest prezentacją kilkunastu projektów, które zapoczątkowano na plenerze w Hołownie w lipcu 2008 roku. Plener wraz ze mną prowadził Robert Kuśmirowski a uczestniczyli w nim studenci IV roku Edukacji z Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie.
Programowo dotyczył on poszukiwania odpowiedzi na nastepujące pytania:
Na bazie istniejących uwarunkowań historycznych i socjologicznych, ale również wobec wizji rozwoju miejsca i jego tożsamości próbowaliśmy wykreować projekty artystyczne, które mogłyby być zrealizowane jako stałe realizacje.
Efektem naszego tam pobytu jest kilka impresji na temat Hołowna i okolic oraz wizyjne projekty wiejskich SPA, podziemnego amfiteatru, wyposażenia wiejskiej chaty, czy też systemu informacji wizualnej. Sądzimy, że w dalszej perspektywie może powstać jeszcze wiele różnorodnych wizji, które pojawiają się już jako tzw. potencjalność. W Hołownie znalazł swoje siedlisko Robert Kuśmirowski, który buduje tu artystyczne pracownie rezydencjalne dla artystów z Polski i ze świata.
piątek, 20 lutego 2009
PLĄTANINA WĄTKÓW W GALERII BIAŁEJ
W jednej ze swoich realizacji Anselm Kiefer skonstruował postaci złożone z plątaniny drucianych elementów osadzonych na czymś w rodzaju gipsowej białej sukni. Te lekko upiorne w swojej ekspresji postaci z jednej strony stanowią kontynuacje wątku sukienek często pojawiających sie na realizacjach płaszczyznowych tego artysty, z drugiej zaś strony otwierają sie na dobre znany w sztuce motyw splotu. Kiefer często nanosi na płaszczyznę swoich "płócien" jak gdyby unoszące sie w powietrzu sukienki. Jadwiga Sawicka w swoich dotychczasowych pracach, zarówno tych malarskich jak i na fotografiach, często umieszcza elementy damskiej i męskiej garderoby. W ostatniej propozycji Galerii Białej w swojej instalacji świetlnej wykorzystuje również wątek "plątaniny". To spiralnie skręcone osobliwe konfetti swoim kształtem potwierdza zaistniałą węzłowatą strukturę. Leonardo da Vinci zdaniem Gustawa René Hocke, wiedziony potrzebą „hieroglificznego maskowania oraz dążenia do tego, by ukazać mistyczną siłę, którą uważał za Boga, za pomocą abstrakcyjnej sygnatury. Najpierw próbuje to osiągnąć, stosując szyfrowe pismo i piktogramy. Później, w trakcie właściwych studiów nad labiryntami, inicjuje brzemienny w skutki eksperyment - abstrakcyjną grę ornamentów plecionych.” (Hocke, 2003: 167). Co ciekawe nie musimy nawet sięgać po te mało znane realizację aby zauważyć użycie owych form w połączeniu z wizerunkiem kobiety w dobrze znanych rysunkach tego artysty. Wystarczy wspomnieć Studium Głowy Ledy z ok. 1505-07 roku gdzie autor przedstawia postać z włosami upiętymi w liczne w a r k o c z e. Ciekawym w tym momencie wydaje sie fakt, iż plątanina w opisywanej postaci Kiefera również zdaje sie pełnić funkcję osobliwej fryzury.
Rozpatrując ten wątek w kontekście dwóch ostatnich wystaw w Białej, z łatwością zauważymy, iż wydawało by sie daleka w swej wymowie od realizacji Sawickiej praca Katarzyny Józefowicz również została osnuta wokół zbliżonego wątku. Ściany Pokoju zostały również skonstruowane za pomocą zadrukowanych pasków papieru połączonych na zasadzie splotu. Oczywiście nie sugeruję, iż ów odwieczny wątek został tutaj świadomie podjęty przez obydwie artystki, przeciwnie – obie instalacje zostały podporządkowane zgoła innym tematom, a interesujący nas wątek funkcjonuje w nich w sposób raczej organiczny. Nie mniej jednak proponuję przyjrzeć sie temu dokładniej, gdyż obydwie prace niejako dokonują "rewitalizacji" tego symbolu, a zrozumienie owego procesu w moim odczuciu pozwoli spojrzeć głębiej w indywidualną specyfikę obydwu dzieł. Jak już ukazałem wyżej spiralne formy od wieków towarzyszyły przedstawieniu kobiet wyrażając różne tajemnicze powiązania kobiet ze zjawiskiem nieskończoności. W pracy Picassa z 1931 roku pt.: Czerwony fotel figura kobiety została niejako zbudowana wyłącznie za pomocą linii obłych. Owe kształty zrodziły sie na drodze redukcji kobiecej fizjonomii do najprostszych form. Pierś wynika ze spiralnie skręconej do wewnątrz linii ramienia. W realizacji Sawickiej spiralne serpentyny wiodą już autonomiczną egzystencję, a ślad kobiety pozostał na niej jedynie, albo aż w postaci nazwiska.
To co w przypadku hiszpańskiego artysty pojawiło sie prawdopodobnie na drodze intelektualnych spekulacji nad fenomenem kobiecości - w przypadku Katarzyny Józefowicz objawia sie w wyniku zastosowania czynności "kobiecej", czyli tzw." robienia na drutach". Spojrzenie artystki na kobiecość daleka jest od erotycznych obiektów Picassa. Kobieta w realizacji Józefowicz to raczej pracująca kobieta-matka robiąca na zimę ciepły szal. Ten zdawałoby sie antyfeministyczny substytut kobiecości zostaje spotęgowany do tego stopnia, że efekt finalny przysłania nieomal cały świat, a mówiąc inaczej zaczyna go re – prezentować! Bo właśnie w końcu stoimy przed "ścianą" i mamy wrażenie obcowania z czymś co nas przerasta. „U Leonarda – pisze Hocke - chodzi o abstrakcyjną, racjonalną symbolikę nieskończoności wraz z działającymi wewnątrz tejże nieskończoności <> (konwulsyjnymi), a jednak tajemniczo uporządkowanymi siłami.” (Hocke, 2003: 167). Współcześnie mamy już swoją "nieskończoność" a jest ona nieskończonością informacji która u Józefowicz występuje w postaci właśnie symbolicznej, umożliwiającej spojrzenie na ten przecież uporządkowany chaos ze skali makro. To wstępne wrażenie oddalenia perspektywy zaczyna sie już w pierwszej sali. Na ustawione na podłodze konstrukcje z malutkich kubików patrzymy jak na "rozsypujące sie nowe budowle" z pejzażu filmu s-f. I nie tyle o kruchość współczesnego świata tutaj chodzi co o kruchość postrzeganej rzeczywistości w ogóle. Rozpadający sie świat współczesny jest tu tylko aktualną ikonograficznie realizacją odwiecznego zagadnienia. W drugiej sali nasz punkt widzenia się znacznie oddala, gdyż widzimy już bezkształtne mrowisko, które łączy sie tylko w swoim t r w a n i u. Uciekając od oczywistości potęgowania takiej perspektywy autorka drugą salę zaprojektowała jako mieszczący odbiorcę wnętrze otwartego kubika. Jesteśmy więc w sytuacji niejasnej, gdyż z jednej strony widzimy już pejzaż z pierwszej sali w jak gdyby totalnym oddaleniu jak i znajdujemy się wewnątrz jednego z elementów ów pejzaż konstruujących. Zatem widzimy jak autorka unikając jakichkolwiek oczywistości proponuje raczej poszerzenie horyzontów naszej percepcji. Niepewni - tkwimy nijako w rozdarciu pomiędzy tym stricte fizyczną czynnością - czyli pracą, a tym do czego naszą myślą możemy wzlecieć. Siła tej ekspozycji polega właśnie na tej dychotomii. Skupiwszy sie na ich fizycznej postaci autorka pozwala powoli i nienachlanie całej tej znaczeniowej nadbudowie zaistnieć.
Nieregularne struktury które "przypadkiem" zarysowały sie na tkanych płaszczyznach przypominają te z obrazów Romana Opałki. Podobnie jak u tego artysty prace Józefowicz powstały na wskutek wręcz medytatywnej, nieustającej czynności. Mało tego w tej papierowej strukturze został również jak u Opałki "zapisany" upływający czas w wyniku czego jednym spojrzeniem możemy zobaczyć okres kilkunastu miesięcy. Idąc dalej nic nie powstrzyma nas oby wyobrazić sobie p l ą t a n i n ę myśli które za pomocą dłoni zostały w p l e c i o n e w ten mozaikowy materiał. Wyobrażenie węzłów i splotów koncepcyjnie powiązane jest również ze spiralą, a ten kształt odnajdujemy właśnie w instalacji Sawickiej. Ta przecież lekka instalacja również niejako przytłacza nas swoim ogromem, a ogrom ten jest spowodowany nagromadzeniem n i e s k o ń c z o n e j ilości kobiecych nazwisk. Nazwisko jest również niejako zamiennikiem ubrania. Jeżeli sukienka wisząca na wieszaku komunikuje bardziej o braku ciała niż o sobie samej to nazwisko w podobnym stopniu odsyła do "noszącej" go postaci realnej. Jeżeli sukienka odsyła do wewnątrz to jeżeli zapomnimy na chwilę o ciele, to bardzo łatwo zauważymy, że jest to mimo wszystko próba diagnozy współczesnego wnętrza. Bo właśnie zarówno sukienka jak i imię jest to właśnie najmniej fizyczny aspekt kobiecości, ten który daje się "unieść". I o ile fotografia przedstawiająca wiszące ubranie może budzić niepokój to różowe serpentyny oświetlone świątecznymi lampkami wręcz przeciwnie. Sawicka w Galerii Białej zainscenizowała istny karnawał, ukazujący jak na przestrzeni historii postaci te przyczyniły sie do ocieplenia społecznego klimatu. W pierwszej sali serpentyny zwisając w dół, na podłodze zataczały spiralne kształty. Towarzyszące im opadające węże mrugając powolnie "przemieszczały" się ku górze!
Literatura cytowana: Hocke Gustav René, Świat jako labirynt, słowo/ obraz terytoria, Gdańsk, 2003. Piotrek Pękala
środa, 18 lutego 2009
50 lat w krainie rozkoszy!
14 lutego tego roku w nie tylko zakochani obchodzili swoje święto - jak się okazało, pięćdziesiąt lat temu na prujących przez śnieżne zaspy saniach urodził się Jan Gryka. Tym razem, ten skromny mężczyzna, postanowił ową rocznicę przeżyć nieco huczniej niż to zwykł czynić dotychczas. Do końca nikt nie wie co spowodowało w nim tak gwałtowną decyzję. Plotki za plecami sugerują (a ja daję im wiarę; ) że padł On ofiarą swojej żony, a raczej jej niewyobrażalnemu pragnieniu publicznego uwolnienia swojego dawno skrywanego talentu wokalnego. Tak, wieczór który zacne grono najbliższych przyjaciół czyli ¾ lubelskiej bohemy artystycznej spędziło w gościnnej klubo-kawiarni „Centrala” został okraszony powtarzającymi się średnio co pół godziny, na przemian z mikrofonem lub bez wystąpieniami Bliźniaczek prosto z drzewa. Musieliśmy uwierzyć, że dotychczasowe życie tego poczciwego, cichego mężczyzny upływało w krainie niczym z instalacji Zenka - z wodospadami i polnym kwieciem, mlekiem i miodem płynącej pomiędzy dwiema uzupełniającymi się połówkami tego samego zakazanego owocu. Dlatego też nietrudno nam było się zatracić we wspólnym świętowaniu pięćdziesiątki tego Szczęściarza. I wszystko by się dobrze skończyło gdyby nie obecność Tarkawiana z ołówkami, który to wszystkie kompromitujące momenty wyłapał swoją sławną, szybką kreską. Ponieważ mamy świadomość, że prędzej czy później te rysunki pokażą wszystkie liczące się w tym kraju jak i poza jego granicami branżowe pisma, postanowiliśmy upublicznić je sami aby inni nie zabawiali się naszym kosztem. Tak więc poniżej prezentujemy naszą osobliwą kronikę towarzyską której pomysł zerżnęliśmy z Obiegu jak się patrzy, zgodnie z powszechną metodą kopiowania przez wszystkie kresy pomysłów emitowanych w Centrum. Życzymy miłej zabawy! ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
piątek, 23 stycznia 2009
Wielki Sasnal - medytować czy filozofować?
czyli:
czy w Lublinie możliwy jest dyskurs na temat sztuki w piątkowy wieczór???
"Ale tkwić pośród tej rerum concordia discors i całej W piątkowy wieczór w lubelskim Centrum Kultury odbyła sie promocja książki Sławomira Marca pt: “Sztuka, czyli wszystko. Krajobraz po postmodernizmie". Niestety nie mogłem być na początkowej części spotkania jednakże fragment rozmowy na który udało mi się jeszcze załapać wzbudził we mnie niemałe zakłopotanie. Tuż po moim wejściu Krzysztof Jurecki skierował pytanie do autora książki, w którym próbował dowiedzieć się czy ma on jakiś pomysł na to jak poradzić sobie z sytuacją, w której to dzieła sztuki najnowszej w postaci prac Sasnala zaczynają być sprzedawane drożej niż płótna Rembrandta(?). Pytał jak artysta ma poradzić sobie w świecie, w którym, zdaniem Jureckiego, rynkowe, ponoć niejawne, spekulacje, które przyrównywał do mechanizmów giełdowych, powodują zdecydowany rozdźwięk pomiędzy wartością artystyczną a rynkową danego dzieła. I nie tyle odpowiedź Marca jest tu istotna, co sam duch postawionego pytania.przedziwnej niepewności i wieloznaczności istnienia i nie pytać , nie drżeć z żądzy i pragnienia pytań..." Nietzsche Wiedza radosna Bardzo powszechne i tyleż wygodne stwierdzenie iż cena Sasnala jest ceną sztuczną bo astronomicznie wysoką jest bardzo łatwe do wypowiedzenia. Jednakże teza aż nadto sugerująca istnienie jakiejś tajemnej teorii spiskowej, która to wywindowała ceny Sasnala do obecnych cyfr, zwyczajnie niczego nie wnosi do meritum sprawy a wręcz przeciwnie, powoduje iż jest ona jeszcze głębiej spychana Owa retoryka zdecydowanie dominuje we współczesnej refleksji nad sztuką. I o ile pewien duch krytyczny fenomenu Sasnala rzeczywiście jest potrzebny, to jednak moim zdaniem powinien się odbywać w sposób rzetelny i konkretny, a już na pewno powinien on być właśnie taki na spotkaniu promocyjnym książki, która właśnie ponoć antidotum na postsztukę odnajduje w "polemicznej bezinteresowności (depragmatyzacji)". Dlatego duże zdziwienie wywołało we mnie niejakie zakłopotanie Jureckiego jakie nastąpiło po pytaniu Tomasza Kozaka o szczegóły owego procesu spekulacji, oraz innych dowodów na poparcie swoich, z łatwością rzucanych tez. Osobiście nic nie wiem o kulisach Sasnalowskiej komercyjnej kariery gdyż przyznam iż póki co nigdy nie miałem tego typu potrzeby ani też okazji aby bliżej sie temu przyjrzeć. Jednakże z perspektywy przecież wieloletniego kuratora jakim jest Jurecki autora "wielu tekstów z zakresu historii sztuki i fotografii" chciałbym jednak dowiedzieć sie czegoś więcej jeżeli ów decyduje się zabierać głos w tej sprawie formułujący arbitralne sądy. Jednakże nie tyle brak odpowiedzi Jureckiego, co moralizatorska odsiecz Jolanty Męnderowicz niejako zmusiła mnie do zabrania głosu w tej sprawie. Przedstawicielka lubelskiego BWA wspominając miniony czas wytknęła dociekającemu polemiście Kozakowi, jeżeli dobrze pamiętam, "arogancję" oraz "zbytnie skupienie na sobie". To tyleż nieadekwatne co i niegrzeczne stwierdzenie spowodowało iż zamarłem na krótką chwilę . Jednakże wraz z upływem czasu i dalszej wypowiedzi Pani kurator poczęło postępować we mnie iście katarktyczne doznanie. Pani Męderowicz, znana postać lubelskiej sceny artystycznej swoim gestem sprowadzając dyskurs na temat sztuki do interpersonalnych zarzutów rozjaśniła mi w głowie więcej niż Jurecki swoim zakłopotaniem. W jednej chwili stało sie dla mnie jasne, że lubelska scena artystyczna domaga sie gruntownej rewizji. Czy miasto z przecież dość bogatą tradycją artystyczną nie jest w stanie w chwili obecnej wygenerować zdrowej i przede wszystkim merytorycznej dyskusji o sztuce? Wiem, że nie jest to możliwe dopóki posługiwać się będziemy językiem politycznych debat. Bo gdy zasadna dociekliwość artysty karcona jest inwektywami wynikającymi z osobistych przeświadczeń jedyną możliwością odpowiedzi jest reakcja w stylu The Krasnals z całą ich kiepską i zarazem niesmaczną sztuką. Gdyż wyparta kontestacja zawsze wraca, jednakże w formie skarłowaciałej jak w krzywym zwierciadle ukazującej obraz wypierających. Sądzę, że nie ma niczego bardziej stymulującego niż duch niezgody, który powoduje zażartą dyskusję, bez której sztuka cierpi na starczy uwiąd. Jednakże wszyscy powinni sie wzajemnie szanować gdyż jest to warunek konieczny do przeprowadzenia publicznej rozmowy. Niejako wstyd mi iż muszę o tym przypominać, jednakże powtarzam, zostałem do tego zmuszony. Bo jeżeli żąda sie faktów a zostaje sie usadzonym. Jeżeli upupia sie antagonistę z pozycji starszego, gdyż jest się merytorycznie bezradnym wobec trudnych pytań. Skrywanie sie w dobrze okopanych pozycjach głosząc twierdzenia ex cathedra na spotkaniu "miłośników" nie spowoduje świeżego ruchu myśli, który moim zdaniem musi stanowić podłoże wysokiej jakości artystycznych działań. A juz na pewno nie zrodzi ono nowego pokolenia chcącego aktywnie partycypować w artystyczne wydarzenia. Oczywiście tutaj rodzi się pytanie czy starszym zależy na uczestnictwie w "swoich" imprezach ludzi młodych, nie zawsze łatwowiernie konsumujących przyrządzone strawy. A przecież wszyscy optymistycznie patrzymy na "nową" działalność "nowej" Zachęty w nowych bardzo fajnych przestrzeniach. Dwie z trzech wystaw które dotąd miały tam miejsce to propozycje młodych z całą pewnością budzących duże nadzieje artystek. Jednakże i w czwartkowy wieczór Wielki Sasnal położył swój cień na obrazy Pauliny Sadowskiej. To notabene czułe malarstwo, zdradzające dużą wrażliwość artystyczną studentki aż sie prosi aby otrząsając sie z tej "Ładnej" maniery i przemówiło własnym i pełnym, ale wciąż wrażliwym i uroczym głosem: JA MOGĘ MÓWIĆ!!! Sasnal to nie tabu, Lublin to nie Kraków a my to nie jesteśmy krasnalami aby stać w jego cieniu, a sztuka jest drogą jak to powiedział nam w sobotni wieczór Kazuo Ohno w tej samej sali i z tego samego ekranu co dzień wcześniej uspokajał nas Marzec proklamując iż "na szczęście mamy Mozarta". Tak, mamy też kilku nawet z naszego podwórka jak choćby Chopina, Nowosielskiego, czy Kantora i jeszcze sporo innych nazwisk do dumy jednakże mamy też Sadowską i wolę na niej skoncentrować swoją uwagę. Wywyższam synczyznę nad ojczyznę! Gdyż w krytycznym duchu Gombrowicza upatruję pożytek. Pamiętam o przeszłości i wyciągam z niej wnioski jednakże spoglądam w przyszłość aż po horyzont jak postać z obrazu Friedricha. Czytam Witkacego i wiem, że artysta może się nie zgadzać i filozofować. Czytam Bernharda i widzę, że czasem artysta musi filozofować aby przeżyć. Słucham Glena Goulda i zaczynam rozumieć jak należy wykorzystywać utwory klasyków aby stworzyć własne dzieło. Gdyż sztuka rodzi się z niewystarczalności sztuki zastanej. Gdyby było inaczej NIC by nie powstało gdyż WSZYSTKO by już było a to nic dalszego od prawdy. Pani Męderowicz utożsamiając dyskusję z cyt. "bitwą na noże i widelce" zarzuca Kozakowi cytowanie Derridy jednocześnie ubolewając nad tym iż to takie ostatnio powszechne przyznaje, że sama zna Derridę może "za słabo". Sama jednocześnie postuluje wycofanie się w rejony medytacji i ciszy, ciszy która nie jest milczeniem.?! Korzystając z jednak uchylonej furtki postanowiłem (po kilkudniowej medytacji skupiwszy swe strapione wewnętrzne spojrzenie na tym problemie) przemówić.
Pamiętam inny wieczór kiedy w niedalekiej przestrzeni ponownie spotkali sie niedawno zmarły Mikołaj Smoczyński z Marią Anną Potocką. Potocka zainteresowała mnie swoimi analitycznymi refleksjami i inteligentnymi porównaniami. Sztuka Smoczyńskiego wzmogła we mnie wcześniejsze i wciąż niegasnące wrażenie i pogłębiła wcześniejsze doznania. Czytam książkę Potockiej na temat nowej estetyki. Estetyki, która miałaby dotrzymać kroku sztuce najnowszej. Czekam na książkę która miałaby określić terminologie i kulturę dyskusji w Lublinie. Może Marzec coś o tym wspomina w najnowszej publikacji? Piotrek Pękala
czwartek, 15 stycznia 2009
Jadwiga Sawicka na CK
"Siłą rzeczy jeden coś ma, a drugi nie. W wielu przypadkach oczyszczające doświadczenie nieposiadania działa pobudzająco; stawianie oporu pokusie, ciągłe usprawiedliwianie obecnego stanu daje poczucie intelektualnej rześkości. Jednak gdy, jak się wydaje, wszystkie argumenty zostały już stosownie użyte, a pozycja ustalona, może okazać się, że niepowodzenie czyha z najmniej oczekiwanej strony. Tak dotychczas wabiące, a niedostępne przez słabość woli tereny wolne od potrzeb materialnych, raz zaakceptowane zaczynają straszyć pustką. Okazuje się zresztą, że słowo tereny jest już nieaktualne. Niesłychane głębie otwierają się przed strwożonym okiem nieposiadającego. Nieoswojone przestrzenie przerażają nieposiadającą. I co teraz? Zakwestionowane przedmioty nie dadzą już oparcia. Nigdy już nie będzie tak jak przedtem i nie ma co udawać, że nic się nie stało." Jadwiga Sawicka tekst do wystawy "Forma wzywa do użycia", Galeria Foksal, 1998
wtorek, 13 stycznia 2009
ILONA OSZUST - You Can Dance
MŁODE FORUM SZTUKI GALERI BIAŁEJ ZAPRASZA
ILONA OSZUST - YOU CAN DANCE 16 stycznia (piątek), 2009 o godz.18.00 – otwarcie wystawy Korytarz Akademii Centrum Kultury (pierwsze piętro), ul. Peowiaków 12, Lublin
Ilona Oszust - studentka trzeciego roku Grafiki na Wydziale Artystycznym, swoimi pracami nawiązuje do sztuki ulicy. Posługuje się szablonami zarówno w realizacjach wykonywanych bezpośrednio na ścianie jak i tych które powstają na płótnie. W ekspozycji podejmuje problem przeobrażeń kultury masowej, którą komentuje z perspektywy własnych doświadczeń.
Autorka nie odwołuje się do moralizatorstwa, gdyż, jak sama przyznaje, uzależniona jest od internetu. Jej reakcja wynika raczej z postawy obserwatora-uczestnika medialnej rzeczywistości. Jednakże biorąc w nawias wybrane fragmenty owego świata, zastanawia się nad ich statusem w dzisiejszych czasach. W ironicznie ujętych znakach-ikonach studentka odnajduje zaskakującą możliwość przedstawienia współczesnej rzeczywistości. Odważnie sięgając do ugrzecznionych poprawnością polityczną wizerunków ze świata polityki odkrywa "zacieki" tworzące się pod ich powierzchnią.
wystawa czynna w dni powszednie w godz. 11.00 – 17.00 do 13 lutego 2009
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Jadwiga Sawicka "Raz na jakiś czas" do 16 stycznia w Galerii Białej
"Pewna skłonność do praktyczności, do dzielnego radzenia sobie w ramach istniejących ograniczeń i dostępnych środków. Pewien brak rozmachu, rozsądny masochizm, kontrolowane samodławienie, podcinanie sobie skrzydeł i pętanie nóg. Pewien pośpiech w opuszczaniu dogodnych pozycji zawracanie w połowie drogi, chęć znalezienia skrótu, niepewność, udowodniony brak orientacji przestrzennej. Trzepotanie i migotliwość stwarzające pozory ruchu przy jednoczesnym poczuciu niezmienności. Jadwiga Sawicka, tekst do wystawy: "Kobieta o kobiecie" w galerii BWA w Bielsku-Białej, 1996
niedziela, 16 listopada 2008
„Eksplozje na peryferiach”
Lakoniczność, umiejętność powściągnięcia potrzeby umieszczania rozległych, spiętrzonych znaczeniowo, autokomentarzy lub wskazówek kierujących odbiorcę na właściwe tory, albo przeciwnie, wtrącających go w labirynt ukrytych tropów i ledwie rysujących się ścieżek interpretacyjnych, bywa cechą twórców pewnych języka, którym się posługują, nawet wtedy kiedy jest to język pozawerbalny – w tym wypadku malarski, choć nie tylko. Tak zdaje się być w przypadku autora wystawy „Peryferie”. Rzeczywiście zmysłem, który pierwszy reaguje po wejściu na nią jest zmysł wzroku, co w przypadku sztuki najnowszej wcale nie jest takie oczywiste. Tak zresztą pozostaje - na wystawie mamy do czynienia z obrazami, malowanymi na płótnie i niewielkimi, zbudowanymi z elementów, jakby wyjętych z modelarskich makiet, obiektami.
Dlaczego „Peryferie”? Wszyscy mijamy boczne uliczki, „niechciane” widoki zapleczy, mijamy w podróży miasteczka i przestrzenie między nimi, które prawie wcale nie mają już szansy bycia nietkniętą ludzką ręką przestrzenią, są zaś coraz częściej zaśmieconymi bliżej nieokreślonymi, przynajmniej na pierwszy rzut oka, śladami działalności przemysłowej rolniczej, bywa, że militarnej... Wszyscy, chcąc nie chcąc, mamy do czynienia z mediami posługującymi się obrazem, stykamy się z masą nieinteresujących nas kompletnie obrazów, obrazów, których wcale nie szukamy, a które jednak docierają do nas właśnie za pośrednictwem tychże mediów - telewizji, prasy, internetu... Bywa, że w irracjonalny sposób pozostają zapisane w naszej pamięci. Wszyscy mamy jakieś wspomnienia, które w żaden sposób nie stanowią istotnego budulca naszej świadomości a pozostały zapisane jako obrazy rzeczy, obiektów przewijających się w mniej lub bardziej wyraźny sposób przez nasze życie i plasują się właśnie na peryferiach naszej pamięci. Ich egzystencja w tejże pamięci nie zawsze rysuje się jasno, ale bywa też faktem. Takich właśnie obrazów zaczął szukać w swojej i pewnie także naszej pamięci, Kamil Stańczak. Są wśród nich całkiem dosłownie wycięte z rzeczywistości przedmioty, takie jak pomnik z czołgiem z czasów II wojny światowej, jakie jeszcze zdarza się widywać w małych miasteczkach, na którego wysokim, zaciekającym rdzą z czołgu cokole, „małomiasteczkowy” grafficiarz zdołał umieścić swoje tagi. Wśród peryferyjnych obiektów jest też czerwony, zniekształcony upływem czasu, wyglądający jak zabawka kombajn bez opon, na seledynowo zielonym tle, drzwi jakby wyrwane z samochodu lub z portalu internetowego z częściami do samochodów, na czerwonym tle. Wyrwane są o tyle kuriozalnie, że w oknach tych drzwi widać fragmenty monotonnego, szarego krajobrazu. Jest pomnik z odrzutowcem jak z peerelowskich koszar lub szkoły lotniczej i sylwetka odrzutowca, który precyzją wykonania przypomina rysunki z opakowań modeli samolotów sklejanych w dzieciństwie.
Są wreszcie obrazy do złudzenia przypominające czarno-białe zdjęcia i obiekty architektoniczne w skrótach perspektywicznych zdradzających optykę szerokokątnego obiektywu. Wszystkie wyjęte z kontekstu, umieszczone na jednobarwnym, tle o intensywnej barwie lub jakby wklejone, na powierzchnię surowego płótna podobrazia. Ich ilustracyjny charakter, hiperrealistyczna kreska rysunku, który wygrywa z materią malarską, za każdym razem zostaje jednak w jakiś sposób zakłócona interwencją autora, który w ten sposób przypomina jednak o tym, że mamy do czynienia z malarstwem. Farba leje się dosłownie, sztuczne światy eksplodują farbą. Jeden z budynków okazuje się mieć różowe podpiwniczenie, umieszczone pod nim jakby w formie cyfrowej wizualizacji 3D, co przy całym jego postmilitarnym lub postindustrialnym charakterze stanowi niemniejszy zgrzyt niż eksplozje innych domów makiet, brązowa aureola wykonana brzegiem słoika lub puszki po farbie nad głową czarno-białego popiersia młodej kobiety upozowanej, pierwotnie w zupełnie niesakralnych zapewne celach, jak w typie madonny boleściwej, sprawia wrażenie przypadkowego zabrudzenia.
Podobnej malarskiej korozji ulegają małe obiekty Stańczaka. Farba zastyga w nich strugami, z drzwi małego modelu bunkra wylewa się jako ciemnogranatowa masa, koło malutkiej studni z drzewem, jakby wyjętych z kolejowych makiet, przecieka strugami przez grunt pod nim tworząc przestrzenną strukturę. Dosłowny, czasem nieco komiksowy sposób konstruowania rysunkowego szkieletu w pracach artysty, odwoływanie się do estetyki czarno-białej fotografii bez tych interwencji byłby zapewne pustym gestem. Marginalność wszelkich obrazów, rzeczy, pojęć, które możemy sytuować na, definiowanych przez każdego z nas na swój sposób, peryferiach jest złudna. Dążąc do jakiegokolwiek dowolnie pojmowanego centrum, ku jakiemuś celowi mijamy wciąż peryferyjne, bo nieistotne dla nas, obrazy, miejsca, rzeczy. Może to miałkość kojarzonych z nimi obrazów, ich prowokacyjna czasem pustka wizualna i znaczeniowa, prowokują malarza do ich skaleczenia, zarażenia ich ową malarską korozją, lub częściowej ich destrukcji, dają szansę uwolnienia się od nich lub nadania im nowego znaczenia lub zburzenia ich pierwotnego sensu wynikającego z formy i kontekstu, z którego zostały przez Stańczaka wyjęte. Wydaje się, że swoją ingerencją zaprawioną nutą sarkazmu, artysta chce je pozbawić (rozumianych po barthes’owsku) mitów, którymi pierwotnie mogły być obarczone. Militaria przestają być niebezpieczną ewokacją wojny – stają się kolorowym namalowanym, modelem, kombajn przestaje być wielką maszyną – staje się kolorową zabawką, modelka z całkiem frywolnego zdjęcia zostaje na chwilę madonną lub po prostu wymiotuje farbą. Pewnie też dzięki temu, przenosi je ze sfery peryferyjnej w centrum naszej uwagi. Podnosząc do rangi tematu dzieła sztuki tematy „znalezione” w bliskiej mu ikonosferze, używa starej metody o dadaistycznej proweniencji. Czyni to jednak za pomocą na tyle świeżych i własnych środków, że jesteśmy mu w stanie zaufać. Tym bardziej, że język plastyczny, którym się posługuje wydaje się być całkiem spójny już od pierwszych prezentacji jego prac.
Debiut Kamila Stańczaka miał miejsce w 2005 roku na wystawie zbiorowej Nova Biała w Galerii Białej, a rok później pierwsza wystawa indywidualna „Następny proszę”, również w Białej. Wystawy te pociągnęły za sobą udział w kolejnych wystawach, z których najistotniejszy był chyba udział w 2007 roku w wystawie „Malarstwo Polskie XXI wieku” w Zachęcie. Jednak nie chodzi mi o powielanie informacji biograficznych o artyście, dostępnych na nieodległych stronach Białej i na stronach tego bloga. Wolałbym raczej podkreślić pewną konsekwencję jego metody wycinania z rzeczywistości jej skrawków, fragmentów – wizerunków przedmiotów, osób rzadziej zwierząt, które jak sam określił, składają się na „jeden duży obraz”. Tym skrawkom rzeczywistości artysta nadaje jednak interesujące go znaczenia. Może dlatego tak bliskie są obiektom, fantastycznym, afunkcjonalnym, mechanizmom, które oprócz prac malarskich prezentował. One również na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie wziętych z rzeczywistości okazując się po bliższym spojrzeniu absurdalnymi machinami do malowania, miotania farby lub latania. W tym co robi Stańczak najbardziej interesujący jest dla mnie, oprócz warstwy wizualnej, ów proces poszukiwania lub żonglowania znaczeniami wziętych przez niego „na warsztat” wizerunków. Ernom P.S. Wystawa w Puławskiej Galerii Sztuki, POK „Dom Chemika” trwa do 30.11.08, czynna jest w godz. 10.00 –18.00 (oprócz poniedziałków), ul . Wojska Polskiego 4,
piątek, 24 października 2008
Sympozjum Wobec Formy Otwartej Oskara Hansena
więcej na: http://www.kont.umcs.lublin.pl
piątek, 10 października 2008
ZDAERZENIA 2008 - PROGRAM
24.10 / PIĄTEK 17:07 wykład "Biało na czarnym: kultura afro-amerykańska i jej polskie reprezentacje (muzyka, film, literatura).” - dr Andrzej Antoszek [MS] 18:12 performance "Matki Polki Ósmy Marca” - Anna Biernacka [SW] 18:41 wernisaż wystawy fotografii Marcina Bocińskiego (absolwent Akademii Fotografii) „Outdoor” [HOL] 19:01 spotkanie autorskie z Pawłem Żakiem (wykładowca Akademii Fotografii) [MS] 19:06 performance „Schody I.” - D-e-F [FOY] 19:33 akcja „Nr 1.” - Tektura [sala boczna BE] 19:36 „Kartonbar” - filmy Karola Bartona [SW] 20:39 koncerty: Patrapapapak / Thinguma*jigSaw / KAR MA PA [BE] after: Redekonstrukcje SoundSystem
25.10 / SOBOTA 16:57 wykład „Czarne płyty w kolorze. Jamajskie trzaski w stereo.” - Andrzej Kępski AKA Natty B (Love Sen-C Music Sound System, Geto Blasta) & Bartosz Wójcik AKA Wójcik Bartosz (Podatnik, Kredytobiorca) [MS] 18:02 otwarcie wystawy „Make your own ready-made” [HOL] 18:11 spektakl „Trzy Dźwięki” - Zespół Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej [SW] 19:06 sytuacja dźwiękowa „wnętrze rzeczy” - Zubra2 [SC] 19:17 pokaz filmów Rafała Kucharczuka (absolwenta Akademii Fotografii) [SW] 19:31 spotkanie autorskie z Michałem Gozdkiem, fotografem i konstruktorem kamer otworkowych OMFMAN (spotkanie na zaproszenie Akademii Fotografii) [MS] 19:38 „Barszcz ukraiński” - pokaz animacji ukraińskich [SW] 20:13 koncerty: Kim Nasung / KERD / Jacek Lachowicz / Psychocukier [BE] w przerwia: ackja „Nr 2.” - Tektura [sala boczna BE]after: Śmierć Disko Sound(s)
26.10 / NIEDZIELA 17:32 spektakle Teatru Tańca: „Cień Anioła” Ewelina Drzał, Justyna Żminkowska / „Roll Out_Step 2” Justyna Konstańczuk / „IQ” Daria Dziedzic, Anna Żak / przerwa 15min. / „Swan..like” Barbara Bujakowska / Luka sensu” (work in progress) Maria Lowas [SW] 19:17 Poetry Jam Session [MS] 20:32 „Barszcz ukraiński” - pokaz filmów ukraińskich [SW]
[SW] – Sala Widowiskowa [MS] – Mała Scena (I piętro) [SC] – Sala Czarna (II piętro) [FOY] – Foyer [HOL] – Korytarz [BE] – Brakujący Element/Klub Festiwalowy (były 5 Element) [sala boczna BE] – sala boczna Brakującego Elementu/Klubu Festiwalowego
poniedziałek, 06 października 2008
Wystawa „Make your own ready-made” czyli: Obywatelu! przynieś swoje dzieło sztuki
"W wolnym tłumaczeniu "przedmiot gotowy" - nazwa nadana przez Marcela Duchampa pracy, na którą składa się masowo produkowany przedmiot, niekiedy tylko nieznacznie zmieniony i zaprezentowany w charakterze dzieła sztuki. Pierwszym ready-made było koło rowerowe zamontowane na stołku. Dało ono początek wielu podobnym aktom twórczym polegającym na wyjmowaniu obiektu z jego kontekstu i nadawaniu mu decyzją artysty nowego znaczenia. Najgłośniejszym ready-made jest odrzucona przez salon Towarzystwa Artystów Niezależnych w Nowym Jorku "Fontanna" z 1917 r., czyli pisuar podpisany przez Duchampa nazwiskiem rzekomego producenta urządzeń sanitarnych R. Mutta.
Podobne gesty czynili później Pablo Picasso, surrealiści, przedstawiciele pop artu czy twórcy asamblaży. Tego typu działania, w których liczy się raczej decyzja artysty, a nie materialne dzieło, przyczyniły się także do powstania konceptualizmu. Znany w świecie sztuki zagraniczny artysta, odwiedzając liczne wystawy, biennale, festiwale, kierując się przesłaniem Duchampa propaguje hasło „wolnej sztuki” wśród społeczeństwa. Od największych metropolii po najmniejsze wioski organizuje wystawy dzieł tamtejszych mieszkańców. Największym, jak dotąd zaskoczeniem była dla niego wystawa organizowana w Szkocji, na wsi oddalonej od najbliższego miasta o 87km. Pewien sędziwy rolnik trafnie interpretując słowa zachęty, przyprowadził swą owcę, „najpiękniejszą w stadzie, we wsi i na całym świecie! I niech kto powie inaczej!”. Po około piętnastu minutach eksponowania wdzięków owca „wydobyła” kwintesencję swego bytu na posadzkę tymczasowego muzeum. Kurator był zachwycony, i jak dotąd pasterz znajduje się w czołówce międzynarodowego rankingu wolnych twórców. Końcowe podsumowanie wszystkich wystaw odbędzie się na początku 2009 roku w rodowitym mieście zwycięzcy. Z tego względu nazwiska twórców oraz głównego kuratora wystawy zostaną ujawnione dopiero 30 grudnia 2008 w Izraelu. Zostanie również otwarta oficjalna strona internetowa projektu. Obywatelu! Przynieś do nas Własne dzieło sztuki! Może to być przedmiot już gotowy, codziennego użytku, masowo produkowany czy nawet obierki ziemniaczane. Ważne aby Dla Ciebie istotny był jego wizerunek estetyczny, symbolika czy inne, Twoje własne kryterium wyboru. Forma oraz temat pracy są dowolne. Obywatele! Sami tworzycie wystawę! Wystawa jest organizowana w ramach Festiwalu Kultury Alternatywnej "ZdaErzenia". Prosimy o przynoszenie prac do Chatki Żaka 25 października w godzinach 15:00-17:30. Otwarcie wystawy nastąpi tego samego dnia o godz.18:02 w holu głównym w Chatce Żaka."
/z materiałów przesłanych przez Komisariat ZdaErzeń/
piątek, 03 października 2008
ZdaErzenia wracają!
W dniach 24-26 października 2008 w ACK UMCS „Chatka Żaka” w Lublinie, odbędzie się kolejna edycja Festiwalu Kultury Alternatywnej “ZdaErzenia”.
Teatr/taniec/dźwięk: „Trzy Dźwięki” Zespół Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej, „wnętrze rzeczy” zuBra2, „Cień Anioła” Ewelina Drzał i Katarzyna Żminkowska, „intro_roll” Justyna Konstańczuk, „IQ” Daria Dziedzic i Anna Żak, „Swan...like” Barbara Bujakowska Performance/happening: „Matki Polki Ósmy Marca” Anna Biernacka, „Schody I.” D-e-F, „Nr 1” & „Nr 2” Tektura Fotografia: wystawa prac studentów Akademii Fotografii w Warszawie, wystawa projektu „Lublin - miejsce rzeczywiste, miejsce wyobrażone: O duchach miasta i miejscach, w których żyją" Film: Kartonbar – filmy Karola Bartona, Barszcz ukraiński: animacje i filmy ukraińskie Wykłady: „Biało na czarnym: kultura afro-amerykańska i jej polskie reprezentacje (muzyka, film, literatura)” dr Andrzej Antoszek, „Czarne płyty w kolorze” Andrzej Kępski AKA Natty B & Bartosz Wójcik AKA Bartosz Wójcik Muzyka: Thinguma*jigSaw, Lachowicz, Psychocukier, Patrapapapak, Kerd, Kar Ma Pa, Kim Nasung, Redekonstrukcje SoundSystem, Śmierć Disko Sound(s) Poezja: Jam Poetry Session Festiwal realizujemy przy pomocy finansowej Miasta Lublin. Komisariat ZdaErzeń
poniedziałek, 22 września 2008
Anna Maria Karczmarska - POJEDYNEK
Gombrowicz, jak wiemy z jego Dzienników, w Paryżu wobec zgromadzonego towarzystwa ściągnął portki. (W. Gombrowicz, Dzienniki 1961-66). Anna Maria Karczmarska we współczesnej Warszawie, zrzuca z siebie strój z zamierzchłej epoki, stając naprzeciw starej, zdewastowanej kamienicy na osiedlu Praga Północ. Na przekór pobliskiemu pomnikowi Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni i przypadkowym przechodniom, przez krótką chwilę staje naga, w butach na obcasach, przez co bardziej jeszcze naga. Dominuje żeby po chwili ulec. Gest artystki, mimo iż bardziej teatralny niż naszego literata, gdzieś się jednak z nim spotyka. Opuszczone tak po prostu spodnie, wśród intelektualnie dopiętego na ostatni guzik, pachnącego towarzystwa, paradoksalnie korespondują z obnażeniem młodego ciała, w przyobleczonej w pomniki Polsce. I mimo, że figura ta również przypomina posąg, to przez kontekst wciąż jest cielesna i naga. I dziwne to może, że w erze natłoku erotycznych podtekstów na reklamowych billboardach, odważna nagość z Polską w tle po raz kolejny jest zabiegiem trafionym. Warto zapytać dlaczego? ![]() Otóż, Karczmarska zamiast uparcie kontynuować modne wideo, wycofuje się w przeszłość. Sięga po kamerę 16 mm i w inteligentny sposób naśladuje konwencję niemego kina, tylko po to aby za chwilę ją złamać. Dysonans pomiędzy tym, co w myśl przyzwyczajenia widza powinno było się wydarzyć a bezpośrednio ukazaną nagością w późniejszych ujęciach, jest zbyt wymowny aby go nie odczuć. W oczach widza oswojonego z widokiem wijących się nagich ciał z internetowych portali, ciało Karczmarskiej nawet w nieco wystylizowanej figurze, przypominającej manekinowate postaci z plenerów miejskich Helmuta Newtona, wydaje się być aktem reinterpretacji wizerunku kobiecego ciała. Gombrowicz pisze: (...) ja, smętny kochanek zagubionej przeszłości... (...) I kusiła mnie ta sztuczka żeby nagle wywyższyć i wyodrębnić im kogoś skatalogowanego. I jeżeli walka o naturalność piękna kobiecego ciała jest wątkiem dostatecznie wyeksploatowanym, to w przypadku Karczmarskiej staje się świeżym, może dlatego, że niezamierzonym, pojawiającym się niejako samoistnie. Ponadto, nie czuje się, iż wynika z chęci przezwyciężenia kompleksu, przeciwnie - ciało artystki znakomicie wpisuje się w konwencje, jednakże rozsadza je, wyzywa swoją naturalnością. Oto - pisze Gombrowicz - czemu piękność młoda jest pięknością nagą, jedyną, która nie potrzebuje się wstydzić. I ktoś stale zespolony z młodością nigdy nie polubi stroju. To jest fundament mojej estetyki.
Liczne atrybuty jak czarna peleryna, pistolet czy w końcu opaska na oczach, przydają jej znamion bezosobowej alegorii. Nawiązując szczególną relację poprzez sugestywność narracji oraz pojedynek z okaleczoną kamienicą aktorka zdaje się niejako reprezentować architekturę miasta, samą Warszawę jak i Polskę (która przecież również jest rodzaju żeńskiego) stłumioną fallicznie dominującym Pałacem Kultury i Nauki. Notabene to właśnie w Loży Stalina artystka stała wcielona w Matkę Boską podczas jednego ze swoich performance. I właśnie na tej granicy mówiąc słowami Georgesa Bataille'a pomiędzy świętą a grzesznicą inscenizuje ona swoją postać. (G. Bataille, Erotyzm, 1957). Chociaż film poprzez ścieżkę dźwiękową i sam wątek pojedynku zdaje się nawiązywać do dzieła Stanleya Kubricka pt.: Barry Lyndon z 1975 roku, to moim zdaniem bliższy jest on ostatniemu obrazowi mistrza. To właśnie do Oczu szeroko zamkniętych (1999) odsyła akt zrzucania peleryny. Nagość Karczmarskiej wydaje się nawiązywać do uczestniczek tajemniczego misterium. Nagość jest przeciwieństwem stanu zamkniętego, to znaczy istnienia nieciągłego. To stan otwarcia, poszukiwania możliwej ciągłości bytu poza sobą. Ciała otwierają na ciągłość swe tajemne kanały, które nam dają poczucie bezwstydu. Bezwstydem jest zamęt, który sprawia, że nie panujemy nad ciałem, że tracimy trwałą i wyraźną osobowość (G. Bataille, Erotyzm, 1957) . Wątek rytuału ciała, swoistego erotyzmu i kobiecej ofiary kusi aby interpretować obydwa dzieła w duchu wspomnianego Bataille'a. Cóż znaczy erotyzm ciała, jeśli nie pogwałcenie istoty partnerów? Pogwałcenie które graniczy ze śmiercią, które graniczy ze zbrodnią. Wszelki erotyzm ma na celu dosięgnięcie istoty w najczulszym punkcie, tak by zamarło w niej serce.
O wymowności i sile dzieła Karczmarskiej stanowi fakt emocjonalnego podłoża użyczonego inscenizacji filmowej przez realność rozgrywającej się akcji. Iluzja filmowego obrazu w ciekawy sposób igra z mającym rzeczywiście miejsce wydarzeniem w dychotomicznym napięciu. Niejednoznaczność świata przedstawionego powoduje, iż narasta na nim sieć symbolicznych znaczeń. Artystka w odważny sposób, aby znowu użyć słów francuskiego pisarza, dokonuje rozbicia form ustanowionych, tych uregulowanych form życia społecznego, na których zasadza się nieciągły porządek określonych jednostek, jakimi jesteśmy. Robi to - dokonując pewnego "przejścia", które w tym filmie spotykamy na kilku płaszczyznach, a w swej najciekawszej postaci jest pojedynkiem z samą sobą. Myślę, - pisze Bataille - że człowiek może p r z e z w y- c i ę ż y ć to, co go przeraża, może temu spojrzeć w oczy i za tę cenę zrozumieć samego siebie, skończyć z tą dziwną niewiedzą, która go do tej pory określała. Piotr Pękala
niedziela, 06 lipca 2008
"Spacerkiem po Lublinie"
Poprzedni tekst, mający osobisty i ciepły charakter, zachęcił mnie do krótkiej i chyba jeszcze bardziej subiektywnej refleksji dotyczącej tego co „w trawie piszczy” w dziedzinie sztuk wizualnych, którym tenże blog jest poświęcony. Otóż lata temu, bodajże w „Kurierze Lubelskim”, jedna z cyklicznych rubryk zatytułowana była „Spacerkiem po Lublinie” i chociaż autora lub autorów tych, krótkich (o ile pamiętam o interwencyjnym charakterze) artykułów nie pamiętam – to w głowie do dziś pozostał mi tytuł i czasami, kiedy czas i okoliczności sprzyjają, uświadamiam sobie, że właśnie jestem w trakcie całkiem spontanicznego, niespiesznego „spacerku po Lublinie” lub tuż po nim. Niespiesznej atmosferze ostatniego sprzyjały, pierwsze, nieco rozleniwiające, upalne dni w tym roku. Ulegając owej atmosferze, postanowiłem zaufać pierwszym wrażeniom, pierwszym impulsom, które do mnie dotrą podczas tej niewymuszonej żadnym obowiązkiem wędrówki. Poza rzeczywiście imponujących rozmiarów przedsięwzięciem pt. „Remont generalny”, o którym na tej stronie i na stronie Galerii Białej (www.biala.free.art.pl) całkiem sporo informacji można już odnaleźć, i do którego jeszcze wrócę – udało mi się trafić na wystawę odbywającą się również w kilku przestrzeniach, również zbiorową (choć kameralną w porównaniu z projektem zrealizowanym przez „Białą”). W galeriach: Grodzkiej i Labirynt 2 miała miejsce (otwarta do 6.07.08) wystawa „Minimum-Maksimum”, której kuratorem był Andrzej Mroczek. Jak sam o niej napisał: Inspiracją do tej wystawy i jej tytułu była dla mnie znana, wyznawana przez artystów Minimal-art'u zasada, że "mniej oznacza więcej". Oprócz dwóch interesujących prac „klasyków” sztuki najnowszej: Mirosława Bałki „136x120x44”z 2007 r. i Mikołaja Smoczyńskiego „studia nad alfabetem: o, o, o” z 2008 r, prezentowanych w Galerii Labirynt 2, zatrzymała mnie realizacja, której autorem jest Kurt Fleckenstein (www.labirynt.com ; www.kurt-fleckenstein.com). Minęło letnie rozleniwienie i kompletnie zapomniałem o minimalistycznej, proweniencji formy tej pracy (przypominającej płaszczyzny układane z metalowych prostokątów przez Carla Andre) i kontekście wystawy zbiorowej, w którym się znalazła. Spora szachownica, ułożona na podłodze galerii z płaskich, plastikowych paneli wypełnionych na przemian czarnym i czerwonym płynem zatytułowana i opisana była: „Szachy- cesarska gra”, 2008, pleksi, ropa naftowa, krew, 320 x 320. Krew i ropa naftowa – pola szachownicy sąsiadujące ze sobą, w każdym z płynów mogłem zanurzyć palec, z każdego z nich „korzystam” na co dzień, wiadomości dotyczące tych dwóch płynów codziennie w mniej lub bardziej oczywisty sposób pojawiają się w wydaniach wszystkich dzienników, zarówno tych drukowanych, radiowych jak i telewizyjnych. Obydwa są nośnikami różnych, ale jednak, energii. Wydobycie jednego z tych płynów, dominacja w regionach jego występowania – w zadziwiający i od lat podobny sposób wpływa na przelanie drugiego. Nie zmieniło się wiele, czego dowodzą całkiem aktualne konflikty zbrojne, nie zmieniły się „zasady” gry, tak jak od półtora tysiąclecia niewiele zmieniły się zasady gry w szachy, postrzeganej wtedy jako rozrywka jeśli nie tylko cesarska, to z pewnością ludzi o ustalonej pozycji społecznej. Mam też wrażenie, że kulisy i reguły „gry” w ropę, której baryłka z dnia na dzień drożeje, też niekoniecznie są dostępne większości jej konsumentów. Patrząc na szachownicę Fleckensteina mam raczej wrażenie, że mimo formy, znajduje się ona blisko nurtu ozdobionego przez krytyków szyldem sztuki krytycznej lat 90-tych XX wieku lub po prostu sztuki zaangażowanej. Gdyby nie jej forma, mocno zakorzeniona w tendencjach minimal-artu, miałbym do czynienia tylko z ostrą, zbyt oczywistą publicystyką. Tak na szczęście nie jest. Podobną, chyba jeszcze bardziej, niesamowitą zdolność powściągnięcia języka porozumienia z odbiorcą, poprzez wybór materiału, tworzywa i formy, z której korzystają - odnalazłem u dwóch artystów biorących udział w trwającym równolegle projekcie Galerii Białej. Mirosław Maszlanko skonstruował, jak od lat - z traw i wosku, formę „przenikającą” dwie niewielkie sale dawnego szpitala, wcześniej klasztoru wizytek, w którym mieści się Centrum Kultury i w którego przeznaczonej do remontu części odbywa się wystawa „Remont Generalny”. Konstrukcja powtarza formę sklepienia obydwu sal a jednocześnie anektuje swoją kruchą obecnością ich wnętrza przypominając o kruchości każdej organicznej materii, jej przemijalności. Jak w poezji haiku oferując widzowi zdolnemu do zatrzymania się i kontemplacji „satori” – olśnienie, następujące dzięki odnajdowaniu ujawniających się powoli znaczeń. Idąc dalej tropem „tendencji zerowych” trafiłem na malarstwo Dariusza Korola, równie efemeryczne i delikatne jak konstrukcje Maszlanki. ”Malowane”- okopcane dymem świec w określonym porządku, białe powierzchnie, sporych rozmiarów obrazów, z racji nietrwałości tworzywa pozostają ciągle w procesie. Na pasach z rytmem „wykopconych” prostokątnych form, zapisują dotknięcia ciekawych widzów, ślady rąk opierających się o nie dzieci – upodabniają się do ścian dawnego klasztoru, na których zapisane zostały w mniej lub bardziej widoczny sposób i w znacznie dłuższym czasie ślady użytkowników tych murów. O pracach tych dwóch artystów zdecydowanie trudniej jest pisać, niż o pracy Fleckensteina, który mówi niemal wprost, podaje zostawia wyraźne i czytelne tropy. Jednak dzięki temu, po ponuro brzmiącym komunikacie Fleckensteina, przy pracach Maszlanki i Korola zatrzymałem się na długo ... Niedługo potem tym uświadomiłem sobie, jak bardzo bliski tym dwóm artystom okazuje się być Andrzej Bielawski, jak Fleckenstein, uczestnik wystawy w Galerii Grodzkiej, od lat używający do konstruowania swoich monochromatycznych obrazów równie ulotnych materii: papieru, ryżowego, wosku, popiołu, atramentu, czasem suchych liści. I nie jest to kwestia podobieństw formalnych a raczej szczególnego stosunku do materii, z których skonstruowane są te prace. Ich medytacyjne i minimalistyczne formy wcale nie „są tym co widzisz” – jak powiedział kiedyś Frank Stella o swoich obrazach – stanowią raczej zapisy procesów i emocji, refleksji ich autorów nad kruchością stanów materii, choć pewnie nie tylko. Mając świadomość, że ścieżek i szlaków wytyczonych przez kuratorów obydwu wystaw odnaleźć można znacznie więcej, a jednocześnie będąc przekonanym, że obydwu wystawom i pozostałym ich uczestnikom poświęcone zostaną również inne teksty krytyczne – pozostaję przy trasie mojego „spacerku”, ani trochę nie żałując jej wyboru. Ernom
czwartek, 12 czerwca 2008
REMONT PROWOKUJE (WSPOMNIENIA)
P. M.
sobota, 07 czerwca 2008
Przed Remontem / Młode Forum Sztuki
widok wystawy
Magda Milczarek, Beata Nowicka, Jacek Wierzchoś
Wiola Głowacka
Karolina Kościuk
Agata Krutul
Monika Zapisek
Jakub Kiyuc
Paulina Daniluk
Dawid Jurek i Kama Bubicz
Eliza Galey
Paulina Chreścionko
Marta Polkowska
6 czerwca, remont generalny - otwarcie!
Ania Nawrot otwiera wystawę.
Leon Tarasewicz
Jan Gryka
Mariusz Tarkawian
Mirosław Maszlanko
Grzegorz Klaman
Dariusz Korol
Anna Orlikowska
Elżbieta Jabłońska
Anna Nawrot
Paulina Kara
Robert Maciejuk
Krzysztof Sołowiej
Michał Stachyra
czwartek, 05 czerwca 2008
3/4 czerwca - galeria biała, remont trwa...
Mariusz Tarkawian - słowo o XX wieku
Mirosław Maszlanko tka sieć.
Leon Tarasewicz - przy pracy, pośród kolorów
Janek Gryka - magia barw
Piotrek Wysocki & Robert Maciejuk - otwierają zakład ramiarski:)
Mariusz Tarkawian i Łukasz Głowacki - kontrola jakości:)
Mirosław Maszlanko - adaptuje kolejną przestrzeń
Ania Orlikowska - uczy się elektryki:)
Rafał Rosłoń - w oczekiwaniu na telefon i wytyczne od Stachyry:)
... c.d.n.
poniedziałek, 02 czerwca 2008
2 czerwiec - Remont generalny - Galeria Biała
Leon Tarasewicz - walka z żółtą taśmą
Praca wre, humor dopisuje
Obrady przy kwadratowych płytach
pomocne dłonie
korytarz w tarakcie metamorfozy
Nauka Mariusza trwa dalej:)
Leon przy pracy... mistrz i uczeń?:)
ukochane farby...:)
Mirosław Maszlanko - lepi w mroku...
Otwarcie wystawy w piątek, 6 czerwca, o godz. 18.00.
czwartek, 10 kwietnia 2008
Jaki Nikifor - jaki Dwurnik?
K. Hołda w swoim wywodzie dobrze ukazała charakter prac Nikifora, chociaż nie podkresliła jak ważna była dla jego twórczości biografia. Niska pozycja w zhierarchizowanym społeczeństwie, oraz ułomność fizyczna stały się podstawą jego izolacji. Wydaje się, że właśnie w biografii (pomijając całą legendę) tkwi klucz do zrozumienia malarstwa Nikifora. Społeczne wykluczenie, niemożność komunikacji i kształcenia doprowadziła do stworzenia własnej, szczerej postawy twórczej. To właśnie ta niezależność artystyczna będąca z jednej strony bezpiecznym murem, a z drugiej sposobem komunikacji była ważnym elementem fascynującym wykształconych malarzy, którzy od lat 30. interesowali sie artystą. Ta wewnętrzna samodzielność, oderwanie od szkół, instytucji, dawała mu prawdziwą wolność, której inni twórcy mogli mu tylko zazdrościć. Dwurnik może intuicyjnie wyczuł tą inność i niezależność Nikifora.
K. Hołda pisze: „Porównanie prac obu malarzy pokazuje, że Dwurnik chyba jednak nie do końca dorównał swojemu mistrzowi”. No cóż, na wernisażu E. Dwurnik mówił o wyższości swego mistrza i o swojej fascynacji. Pytanie czy rzeczywiście chciał mu dorównać? I w czym? Popularności-produkcyjności? Wykluczeniu i ostracyzmie środowiskowym? Należy chyba na wstępie uzmysłowić, że prezentacja w Galerii Białej miała na celu ukazanie pewnych sposobów wykorzystania fascynacji, i zaprezentowania potencjalnie wspólnego wycinka twórczości obu artystów. Potencjalnie - ponieważ są znaczne różnice między ich pracami (kolorystyka, kadrowanie, kreska, plany, kompozycja, figuratywność i jej brak, cel, ich charakter). Wycinek twórczości - ponieważ Nikifor tworzył także obrazy figuralne w tym wzorowane na feretronach wielokwaterowe kompozycje. Natomiast Dwurnik to w większości nie powszechnie znane obrazy miast – swoiste horror vacui, ale właśnie całopostaciowe, niezwykle ekspresyjne obrazy figuralne, abstrakcyjne, pejzaże, i akty. Dwurnik przeciętnemu widzowi nie znającemu się szerzej na sztuce, w tym na twórczości artysty kojarzy się właśnie z widokami miast. Z jednej strony chyba taki typ obrazu jest najłatwiej przyswajalny, rozpoznawalny i często staje się także lokatą. Z drugiej strony artysta często tworzy na zamówienie dostosowując się w tym do wymogów zleceniodawców.
K. Hołda napisała o fascynacji Dwurnika jego „romantyczną legendą” przy jednoczesnym braku zrozumienia wizji mistrza z Krynicy. Wydaje się, że jeżeli nawet studencka fascynacja malarska pojawiła się nagle, w nie do końca uświadomiony sposób, młody student próbował później zgłębić tajemnice malarstwa Nikifora, a jednym z przejawów było „fizyczne” wręcz odczucie takiego sposobu malowania. W związku z tym, z pewnością nie miało ono nic wspólnego z powierzchownym zainteresowaniem wyłącznie legendą Nikifora. Sam wspominał: „Potrząsnęła mną do tego stopnia, ze pojechałem po prostu w Polskę wieść życie wędrownego, biednego artysty. Pracowałem w plenerze, siadałem na ulicach małych miasteczek i rysowałem do upadłego, (...) czasem prawie głodowałem, doprowadzałem się do takich krańcowych stanów, no, prawie paranoja. Pod koniec dnia wpadałem w pewien rodzaj transu, który wynikał z takiego rytmu, powtarzania ruchu ołówkiem, i to zobaczyłem wyraźnie po latach, w obrazkach Nikifora, ze jest u niego ten specyficzny rytm, taka motoryczność, (...).”
Co do wymogu prowadzenia dialogu Dwurnika z Nikiforem trudno tutaj zgodzić się z K. Hołdą - bo czy każda fascynacja musi opierać się na jego prowadzeniu? Czy artysta nie może ograniczyć się do próby zrozumienia (o ile w ogóle możliwe jest wniknięcie choć minimalnie w świat drugiego artysty), analizy, czasem niemej adoracji, a kiedy indziej wyrywkowego przeszczepienia elementów formalnych czy treściowych. Owszem Dwurnik wykorzystał stylistykę Nikifora „jak gotową matrycę”, co nie jest żadnym przestępstwem, a co zdarzało się w sztuce już od starożytności (malarstwo pompejańskie naśladowało greckie, a XIX-wieczni malarze stosowali stylistykę drzeworytów japońskich – przykłady można mnożyć). Pytanie tylko w jakim celu wykorzystuje się ową matrycę. Dwurnik przejął z twórczości Nikifora linearyzm, częściowo tematykę, jednak stworzył zupełnie nowy obraz miasteczek. Prace na wystawie zwłaszcza z lat 60. pokazują jak młody student „uczył się” malarstwa Nikifora, jak próbował pojąć jego tajniki. Potem jego prace całkowicie się zmieniły – stały się dokumentacją polskiej rzeczywistości. I nie było w nich nic z ciszy, melancholii i zadumy tajemniczych, bajkowych miasteczek Nikifora. Ostra kolorystyka, ekspresja, deformacja, horror vacui, groteskowe postaci (częściowo wpływ malarstwa niemieckiego) – wszystko służyło ukazaniu oblicza polskiego życia w krzywym zwierciadle. Piętnował zużycie, szarość, kołtuństwo, brutalizację codzienności tak skrzętnie ukrywaną przez władze. Ewa Kuryluk pisała o rosyjskich obrazach z lat 30. i 40. z wystawy „Agitacja na rzecz szczęścia” jako o sztuce, która przyczyniała się do oszustwa. Świat na tych obrazach był idealny, a kraj pełen dobrobytu. Na obrazach Dwurnika widać groteskowy wizerunek współczesnego życia. W latach 80. stał się mentalnym dokumentalistą ówczesnej walki z władzą. Po przełomie 1989 r. artysta dalej tworzył obrazy widziane okiem demaskatora. Podobnie jak E. Redliński (Konopielka - Tranformejszen) nie rezygnował z sarkastycznego tonu. Ciekawe, że na ulicach jego miast coraz częściej pojawiają się zwierzęta - od tych swojskich jak krowy i owce po egzotyczne żyrafy. Biorąc pod uwagę tą pobieżna analizę nie może być tutaj mowy o plagiacie.
K. Hołda pisze: „Natomiast w olejnych obrazach Dwurnik traci całą nikiforowską subtelność, a w zamian daje – no cóż, anegdotę. Czyli akurat to, co umiał pominąć Nikifor (a czego nie umieli inni deptakowi malarze).” Dwurnikowi nigdy nie chodziło o nikiforową subtelność. Wykorzystując pewne formalne rozwiązania mistrza z Krynicy stworzył całkowicie własny język malarski doskonale współgrający z charakterem i celem jego prac. Także co do anegdotyczności w obrazach Dwurnika można mieć zastrzeżenia. Anegdota – gatunek narracyjny jako pojęcie często było dość płasko stosowane w terminologii opisującej jego twórczość (wymiennie z narracją). Zapewne ze względu na wielość wątków, liczne postaci, owo wrażenie „dziania się” przylgnęło do tekstów o Dwurniku i dziś ciężko się bez niego obejść. Jednak bardziej realne wydaje się odrzucenie tego pojęcia ponieważ jego obrazy są rodzajem malarskiego dokumentu, migawką obrazu widzianego. O tym braku narracji pisała prof. M. Poprzęcka czy Zdenek Felix. Prof. M. Poprzęcka napisała: „W całym swym dziele Dwurnik przedstawia, ale nie opowiada. Jego malarstwo nie jest ani narracyjne, ani literackie. Nie znajdziemy w jego obrazach żadnych literackich inspiracji, tematycznych odniesień, ilustracyjności, (...)”.
K. Hołda napisała także: „W zestawieniu z emocjonalnym, płynącym ze szczerej potrzeby malarstwem Nikifora, prace Dwurnika stają się wykalkulowane, wyzute z emocji i, co gorsza, nie widać w nich żadnej koncepcji miasta jako jakiegoś ogólnego bytu, żadnego pytania o to, czym naprawdę jest miasto.” Co do emocji to jest ich dużo w obrazach Dwurnika choć ukrytych pod płaszczem sarkazmu i groteski. Ekspresjonizm, w którym celem było wyrażanie siebie, uwalnianie emocji posługiwał się podobnymi środkami stylistycznymi jak ostra kolorystyka, kontrasty czy deformacja. Koncepcja miasta Dwurnika jest zupełnie inna niż koncepcja miasta Nikifora. Jeden piętnuje - drugi się delektuje i marzy, jeden walczy - drugi ucieka. Miasta Dwurnika nie są alegorią, nikiforową fantasmagoryczną wizją, są raczej wskazówką jakie nie powinny być w swojej tkance społecznej. Paulina Zarębska |