blog młodych, lubelskich artystów oraz krytyków sztuki


b l o g

m ł o d y c h,

l u b e l s k i c h

a r t y s t ó w

o r a z

k r y t y k ó w

s z t u k i









czwartek, 26 lutego 2009
Hołowno - kraina rumianku

Kama Bubicz / Paulina Chreścionko / Paulina Daniluk / GAZOBETONOWNIA: Barbara Abramowicz, Aleksandra Mijal, Natalia Głowacka / Wiola Głowacka / Jan Gryka / Dawid Jurek / Ewelina Kruszewska / Agata Krutul / Jan Milewski / Mariusz Tarkawian / Jacek Wierzchoś / Monika Zapisek

Wystawa jest prezentacją kilkunastu projektów, które zapoczątkowano na plenerze w Hołownie w lipcu 2008 roku.  Plener wraz ze mną prowadził Robert Kuśmirowski a uczestniczyli w nim studenci IV roku Edukacji z Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie.

 

 

Programowo dotyczył on poszukiwania odpowiedzi na nastepujące pytania:
- Czy w warunkach wiejskich może funkcjonować sztuka publiczna?
- Jaka i czy w ogóle może wystąpić potencjalna recepcja artystycznych realizacji?
- Czy kontekst historyczny miejsca i stan aktualny mogą mieć wpływ na autorskie projekty?
- Czy realizacje tego typu mogą mieć funkcje edukacyjne i użytkowe?

 

Na bazie istniejących uwarunkowań historycznych i socjologicznych, ale również wobec wizji rozwoju miejsca i jego tożsamości próbowaliśmy wykreować projekty artystyczne, które mogłyby być zrealizowane jako stałe realizacje.
Chodziło nam raczej o sprawdzenie potencjalności miejsca, jego otoczenia i zbudowanie artystycznych projektów, które stałaby się  nie tylko wizerunkiem miejsca ale miałyby funkcje turystyczne i zarazem użytkowe dla tamtejszej społeczności.

 

Efektem naszego tam pobytu jest kilka impresji na temat Hołowna i okolic oraz wizyjne projekty wiejskich SPA, podziemnego amfiteatru, wyposażenia wiejskiej chaty, czy też systemu informacji wizualnej. Sądzimy, że w dalszej perspektywie może powstać jeszcze wiele różnorodnych wizji, które pojawiają się już jako tzw. potencjalność. W Hołownie znalazł swoje siedlisko Robert Kuśmirowski, który buduje tu artystyczne pracownie rezydencjalne dla artystów z Polski i ze świata.


Nieoczekiwanie więc otwiera się perspektywa realnej współpracy przy realizacji różnorodnych projektów, które mogą się stać niezwykłą atrakcją dla tego regionu.

Jan Gryka

 

 

 

 

 

15:17, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 lutego 2009
PLĄTANINA WĄTKÓW W GALERII BIAŁEJ

W jednej ze swoich realizacji Anselm Kiefer skonstruował postaci złożone z plątaniny drucianych elementów osadzonych na czymś w rodzaju gipsowej białej sukni. Te lekko upiorne w swojej ekspresji postaci z jednej strony stanowią kontynuacje wątku sukienek często pojawiających sie na realizacjach płaszczyznowych tego artysty, z drugiej zaś strony otwierają sie na dobre znany w sztuce motyw splotu. Kiefer często nanosi na płaszczyznę swoich "płócien" jak gdyby unoszące sie w powietrzu sukienki. Jadwiga Sawicka w swoich dotychczasowych pracach, zarówno tych malarskich jak i na fotografiach, często umieszcza elementy damskiej i męskiej garderoby. W ostatniej propozycji Galerii Białej w swojej instalacji świetlnej wykorzystuje również wątek "plątaniny". To spiralnie skręcone osobliwe konfetti swoim kształtem potwierdza zaistniałą węzłowatą strukturę.

Leonardo da Vinci zdaniem Gustawa René Hocke, wiedziony potrzebą „hieroglificznego maskowania oraz dążenia do tego, by ukazać mistyczną siłę, którą uważał za Boga, za pomocą abstrakcyjnej sygnatury. Najpierw próbuje to osiągnąć, stosując szyfrowe pismo i piktogramy. Później, w trakcie właściwych studiów nad labiryntami, inicjuje brzemienny w skutki eksperyment - abstrakcyjną grę ornamentów plecionych.” (Hocke, 2003: 167).

Co ciekawe nie musimy nawet sięgać po te mało znane realizację aby zauważyć użycie owych form w połączeniu z wizerunkiem kobiety w dobrze znanych rysunkach tego artysty. Wystarczy wspomnieć Studium Głowy Ledy z ok. 1505-07 roku gdzie autor przedstawia postać z włosami upiętymi w liczne w a r k o c z e. Ciekawym w tym momencie wydaje sie fakt, iż plątanina w opisywanej postaci Kiefera również zdaje sie pełnić funkcję osobliwej fryzury.

Rozpatrując ten wątek w kontekście dwóch ostatnich wystaw w Białej, z łatwością zauważymy, iż wydawało by sie daleka w swej wymowie od realizacji Sawickiej praca Katarzyny Józefowicz również została osnuta wokół zbliżonego wątku. Ściany Pokoju zostały również skonstruowane za pomocą zadrukowanych pasków papieru połączonych na zasadzie splotu. Oczywiście nie sugeruję, iż ów odwieczny wątek został tutaj świadomie podjęty przez obydwie artystki, przeciwnie – obie instalacje zostały podporządkowane zgoła innym tematom, a interesujący nas wątek funkcjonuje w nich w sposób raczej organiczny. Nie mniej jednak proponuję przyjrzeć sie temu dokładniej, gdyż obydwie prace niejako dokonują "rewitalizacji" tego symbolu, a zrozumienie owego procesu w moim odczuciu pozwoli spojrzeć głębiej w indywidualną specyfikę obydwu dzieł.

Jak już ukazałem wyżej spiralne formy od wieków towarzyszyły przedstawieniu kobiet wyrażając różne tajemnicze powiązania kobiet ze zjawiskiem nieskończoności. W pracy Picassa z 1931 roku pt.: Czerwony fotel figura kobiety została niejako zbudowana wyłącznie za pomocą linii obłych. Owe kształty zrodziły sie na drodze redukcji kobiecej fizjonomii do najprostszych form. Pierś wynika ze spiralnie skręconej do wewnątrz linii ramienia. W realizacji Sawickiej spiralne serpentyny wiodą już autonomiczną egzystencję, a ślad kobiety pozostał na niej jedynie, albo aż w postaci nazwiska.

To co w przypadku hiszpańskiego artysty pojawiło sie prawdopodobnie na drodze intelektualnych spekulacji nad fenomenem kobiecości - w przypadku Katarzyny Józefowicz objawia sie w wyniku zastosowania czynności "kobiecej", czyli tzw." robienia na drutach". Spojrzenie artystki na kobiecość daleka jest od erotycznych obiektów Picassa. Kobieta w realizacji Józefowicz to raczej pracująca kobieta-matka robiąca na zimę ciepły szal. Ten zdawałoby sie antyfeministyczny substytut kobiecości zostaje spotęgowany do tego stopnia, że efekt finalny przysłania nieomal cały świat, a mówiąc inaczej zaczyna go re – prezentować!

Bo właśnie w końcu stoimy przed "ścianą" i mamy wrażenie obcowania z czymś co nas przerasta. „U Leonarda – pisze Hocke - chodzi o abstrakcyjną, racjonalną symbolikę nieskończoności wraz z działającymi wewnątrz tejże nieskończoności <> (konwulsyjnymi), a jednak tajemniczo uporządkowanymi siłami.” (Hocke, 2003: 167).

Współcześnie mamy już swoją "nieskończoność" a jest ona nieskończonością informacji która u Józefowicz występuje w postaci właśnie symbolicznej, umożliwiającej spojrzenie na ten przecież uporządkowany chaos ze skali makro. To wstępne wrażenie oddalenia perspektywy zaczyna sie już w pierwszej sali. Na ustawione na podłodze konstrukcje z malutkich kubików patrzymy jak na "rozsypujące sie nowe budowle" z pejzażu filmu s-f. I nie tyle o kruchość współczesnego świata tutaj chodzi co o kruchość postrzeganej rzeczywistości w ogóle. Rozpadający sie świat współczesny jest tu tylko aktualną ikonograficznie realizacją odwiecznego zagadnienia. W drugiej sali nasz punkt widzenia się znacznie oddala, gdyż widzimy już bezkształtne mrowisko, które łączy sie tylko w swoim t r w a n i u. Uciekając od oczywistości potęgowania takiej perspektywy autorka drugą salę zaprojektowała jako mieszczący odbiorcę wnętrze otwartego kubika. Jesteśmy więc w sytuacji niejasnej, gdyż z jednej strony widzimy już pejzaż z pierwszej sali w jak gdyby totalnym oddaleniu jak i znajdujemy się wewnątrz jednego z elementów ów pejzaż konstruujących. Zatem widzimy jak autorka unikając jakichkolwiek oczywistości proponuje raczej poszerzenie horyzontów naszej percepcji. Niepewni - tkwimy nijako w rozdarciu pomiędzy tym stricte fizyczną czynnością - czyli pracą, a tym do czego naszą myślą możemy wzlecieć. Siła tej ekspozycji polega właśnie na tej dychotomii. Skupiwszy sie na ich fizycznej postaci autorka pozwala powoli i nienachlanie całej tej znaczeniowej nadbudowie zaistnieć.

Nieregularne struktury które "przypadkiem" zarysowały sie na tkanych płaszczyznach przypominają te z obrazów Romana Opałki. Podobnie jak u tego artysty prace Józefowicz powstały na wskutek wręcz medytatywnej, nieustającej czynności. Mało tego w tej papierowej strukturze został również jak u Opałki "zapisany" upływający czas w wyniku czego jednym spojrzeniem możemy zobaczyć okres kilkunastu miesięcy. Idąc dalej nic nie powstrzyma nas oby wyobrazić sobie p l ą t a n i n ę myśli które za pomocą dłoni zostały w p l e c i o n e w ten mozaikowy materiał.

Wyobrażenie węzłów i splotów koncepcyjnie powiązane jest również ze spiralą, a ten kształt odnajdujemy właśnie w instalacji Sawickiej. Ta przecież lekka instalacja również niejako przytłacza nas swoim ogromem, a ogrom ten jest spowodowany nagromadzeniem n i e s k o ń c z o n e j ilości kobiecych nazwisk. Nazwisko jest również niejako zamiennikiem ubrania. Jeżeli sukienka wisząca na wieszaku komunikuje bardziej o braku ciała niż o sobie samej to nazwisko w podobnym stopniu odsyła do "noszącej" go postaci realnej. Jeżeli sukienka odsyła do wewnątrz to jeżeli zapomnimy na chwilę o ciele, to bardzo łatwo zauważymy, że jest to mimo wszystko próba diagnozy współczesnego wnętrza. Bo właśnie zarówno sukienka jak i imię jest to właśnie najmniej fizyczny aspekt kobiecości, ten który daje się "unieść". I o ile fotografia przedstawiająca wiszące ubranie może budzić niepokój to różowe serpentyny oświetlone świątecznymi lampkami wręcz przeciwnie. Sawicka w Galerii Białej zainscenizowała istny karnawał, ukazujący jak na przestrzeni historii postaci te przyczyniły sie do ocieplenia społecznego klimatu. W pierwszej sali serpentyny zwisając w dół, na podłodze zataczały spiralne kształty. Towarzyszące im opadające węże mrugając powolnie "przemieszczały" się ku górze!

Literatura cytowana:

Hocke Gustav René, Świat jako labirynt, słowo/ obraz terytoria, Gdańsk, 2003.

                                                                                                                                                 Piotrek Pękala

środa, 18 lutego 2009
50 lat w krainie rozkoszy!
 

 
14 lutego tego roku w nie tylko zakochani obchodzili swoje święto - jak się okazało, pięćdziesiąt lat temu na prujących przez śnieżne zaspy saniach urodził się Jan Gryka. Tym razem, ten skromny mężczyzna, postanowił ową rocznicę przeżyć nieco huczniej niż to zwykł czynić dotychczas. Do końca nikt nie wie co spowodowało w nim tak gwałtowną decyzję. Plotki za plecami sugerują (a ja daję im wiarę; ) że padł On ofiarą swojej żony, a raczej jej niewyobrażalnemu pragnieniu publicznego uwolnienia swojego dawno skrywanego talentu wokalnego. Tak, wieczór który zacne grono najbliższych przyjaciół czyli ¾ lubelskiej bohemy artystycznej spędziło w gościnnej klubo-kawiarni „Centrala” został okraszony powtarzającymi się średnio co pół godziny, na przemian z mikrofonem lub bez wystąpieniami Bliźniaczek prosto z drzewa. Musieliśmy uwierzyć, że dotychczasowe życie tego poczciwego, cichego mężczyzny upływało w krainie niczym z instalacji Zenka - z wodospadami i polnym kwieciem, mlekiem i miodem płynącej pomiędzy dwiema uzupełniającymi się połówkami tego samego zakazanego owocu. Dlatego też nietrudno nam było się zatracić we wspólnym świętowaniu pięćdziesiątki tego Szczęściarza. I wszystko by się dobrze skończyło gdyby nie obecność Tarkawiana z ołówkami, który to wszystkie kompromitujące momenty wyłapał swoją sławną, szybką kreską. Ponieważ mamy świadomość, że prędzej czy później te rysunki pokażą wszystkie liczące się w tym kraju jak i poza jego granicami branżowe pisma, postanowiliśmy upublicznić je sami aby inni nie zabawiali się naszym kosztem. Tak więc poniżej prezentujemy naszą osobliwą kronikę towarzyską której pomysł zerżnęliśmy z Obiegu jak się patrzy, zgodnie z powszechną  metodą kopiowania przez wszystkie kresy pomysłów emitowanych w Centrum. Życzymy miłej zabawy!
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
13:52, piotrek.pekala , teksty krytyczne
Link Komentarze (2) »