blog młodych, lubelskich artystów oraz krytyków sztuki


b l o g

m ł o d y c h,

l u b e l s k i c h

a r t y s t ó w

o r a z

k r y t y k ó w

s z t u k i









niedziela, 16 grudnia 2007
Grupa Zamek.

Nowe życie tworzy nową sztukę.

Kazimierz Malewicz, O sztuce

50 lat temu, wiosną co prawda a nie chłodną jesienią, zdarzyło się też tak, że nowa sztuka pojawiła się wbrew “nowemu” życiu - w latach postalinowskiej odwilży. W 1957 roku powstała grupa Zamek - grupa lubelskich artystów, założona w większości przez absolwentów KUL, zainspirowanych wiedzą i pasją dotyczącą sztuki najnowszej i równie chyba silną potrzebą wolności, przez profesora Jacka Woźniakowskiego (wówczas młodego wykładowcy KUL), spotykających się podczas studiów w pracowni prowadzonej na tejże uczelni przez Antoniego Michalaka. Do grupy weszli aktywniejsi członkowie wcześniej zawiązanego Koła Młodych Plastyków. Trzon grupy stanowili: krytyk (późniejszy redaktor lubelskiego czasopisma poświęconego sztuce nowoczesnej - “Struktury”) Jerzy Ludwiński, artyści: Włodzimierz Borowski, Jan Ziemski, Tystus Dzieduszycki. Do pierwszego składu weszli także: Jerzy Durakiewicz (Marek), Ryszard Kiwerski, Mirosław Komendecki, Krzysztof Kurzątkowski, Stanisław Michalczuk, Lucjan Ocias, Józef Tarłowski, Przemysław Zwoliński (Sadlej). Z grupą związana była również Hanna Ptaszkowska, Urszula Czartoryska. Tyle tytułem wstępu, historia grupy Zamek – wyczerpująco i do cna zaprezentowana została podczas zorganizowanych przez współpracujące ze sobą: Instytut Historii Sztuki KUL, Ośrodek Brama Grodzka - Teatr NN i lubelską “Zachętę” (tak owocna współpraca instytucji w tym mieście nie zdarza się często). Prezentacja w warstwie teoretycznej, badawczej, była na tyle kompletna, że właściwie kolejnym, póki co wyimaginowanym, etapem może być już tylko duża, retrospektywna wystawa prac artystów tejże grupy. Obchody jubileuszu i panel dyskusyjny miały miejsce 30 listopada a wśród uczestników byli m.in. Hanna Ptaszkowska, Anna Baranowa, Anna Maria Leśniewska, Małgorzata Kitowska-Łysiak, Lechosław Lameński. Panel poprowadził Piotr Majewski, autor referatu Nowocześni i nowatorscy – z monograficzną dokładnością prezentujący grupę i kontekst historyczny, w którym działała. Autorem drugiego referatu Nowoczesność w kręgu grupy “Zamek”, sytuującego grupę w kontekście sztuki nowoczesnej, był Marcin Lachowski. Wśród gości honorowych znaleźli się min. Jerzy Durakiewicz, Ryszard Kiwerski, Lucjan Ocias. Zabrakło ... żyjącego przecież Włodzimierza Borowskiego.

Panelowi towarzyszyła prezentacja książki Grupa “Zamek”. Historia-krytyka-sztuka (pod. red. Małgorzaty Kitowskiej Łysiak, Marcina Lachowskiego i Piotra Majewskiego) oraz odsłonięcie strony internetowej www.grupazamek.tnn.pl przygotowanej przez Ośrodek Brama Grodzka - Teatr NN, która mam nadzieję, będzie rozbudowywana (póki co biogramy 4 najaktywniejszych członów grupy (Ludwiński, Borowski, Dzieduszycki, Ziemski) - i do której zaglądać warto - oprócz tekstów oferuje bowiem, bogaty materiał ikonograficzny i “historię mówioną”.

Jak zwykle sesje teoretyczne bywają ubogie w artefakty, których dotyczą. Tej towarzyszyła wystawa pt. “Grupa Zamek” – karta z historii Lublina, o raczej dokumentalnym charakterze, w Galerii 1 na KUL oraz wystawa indywidualna prac Ryszarda Kiwerskiego, ale z ostatnich kilku lat, w Galerii Sztuki Sceny Plastycznej KUL na Starym Mieście. Istotne jest jednak to, że sesja miała miejsce, że przywraca pamięć i pomaga “mitologizować” miasto i jego historię, w sensie przypominania o tożsamości i historii – w tym wypadku tej artystycznej.

Sztuka stukturalna to absolutnie nowoczesne, wówczas, zjawisko związane z twórczością artystów z kręgu Zamek, sytuowane w szerszym nurcie zwanym malarstwem materii, to “formuła nowoczesności” młodych lubelskich artystów, których sukces międzynarodowy zapoczątkowany wystawą prac Borowskiego, Ziemskiego i Sasa (Tytusa Dzieduszyckiego) w Galerii Le Ranelagh w Paryżu w 1960 roku, byłby zapewne przesądzony gdyby nie blokada niesiona przez peerelowską rzeczywistość, zakazy związane z reżimem, w którym przyszło funkcjonować młodym artystom i przeciwko, którego ograniczeniom ich postawa była również buntem. Czas “odwilży” dobiegał końca.

Sas pozostał w Paryżu, większość “zamkowców” wyjechała z Lublina. W Lublinie pozostało niewielu – m.in. Ziemski. Ważne, że byli ...

Trochę patetycznie to brzmi, ale warto przypomnieć, że w mieście, którego tożsamość jest cały czas odkrywana urodzili się też Władysław Czachórski (1850-1910), Józef Pankiewicz (1866-1940), Eugeniusz Eibisch (1896-1987), którzy zdobyli edukację i odnieśli sukcesy poza Lublinem.

Historia “zamkowców” jest o tyle odmienna, że edukację zdążyli zdobyć w tym mieście, ba wszystko co najistotniejsze dla tej grupy artystów zaczęło się w również tutaj. Dzieląc jednak los starszych o pokolenia artystów – również opuścili to miasto. Dlaczego o tym piszę? Blog, w ramach, którego ukazuje się ten tekst poświęcony jest jak najbardziej aktualnym wydarzeniom, przede wszystkim na polu młodej i jak najbardziej aktualnej sztuki. W Lublinie nowe pokolenia artystów i środowisk artystycznych, galerii, ludzi tak czy inaczej związanych ze sztuką próbują swoją aktywnością “tworzyć nową sztukę” i miejsca dla niej (coraz więcej ich nazwisk pojawia się w obiegu kulturalnym miasta i na tym blogu, ma się rozumieć). Dlatego w kontekście losów sporej części artystów związanych, choćby miejscem urodzenia z tym miastem i spoglądając z perspektywy nadto może historycznej (reżim upadł a w Lublinie funkcjonuje już od lat wyższa uczelnia plastyczna) i nostalgicznej, zastanawiam się ilu z nich uda się nie wyjechać lub ilu z nich, po dłuższych lub krótszych wyjazdach, uda się tu wrócić - zakładając, że będą na to mieli ochotę?

Ernom

2007-12-16

P.S.

Przestrzeń i możliwości działania, doza wolności i sprawa całkiem praktycznych kwestii poruszanych na blogu (choćby ubezpieczeń społecznych dla osób uprawiających wolne zawody) ma w tym względzie całkiem spore znaczenie.

 

 

 

wtorek, 11 grudnia 2007
Ubezpieczenia społeczne dla wolnych zawodów.
    Specjalnie dla Was, Ludzie Sztuki, dla mojej grupy zawodowej, postanowiłam rozpocząć lobbing na rzecz stworzenia w Polsce systemu ubezpieczeń społecznych dla wolnych zawodów twórczych. Moja akcja nie nabrała jeszcze rozpędu (dotychczas próbowałam porozmawiać z dwoma posłami), ale już mam za sobą pierwsze niepowodzenia, o których zaraz tu sobie przeczytacie.
    Dla tych z Was, którzy jeszcze studiują - w Polsce, aby mieć ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, mamy do wyboru: zatrudnić się na etat (nasze składki płaci pracodawca), zarejestrować się jako bezrobotny (płaci państwo), płacić samemu do ZUS (jakieś 600 zł miesięcznie) lub zarejestrować się w KRUSie (trzeba być rolnikiem, płaci się samemu 250 zł kwartalnie). Co do etatu, to mało jest etatów dla twórców, zresztą logicznie rzecz biorąc to wolne zawody właśnie na tym polegają, że nie są etatowe. Zarejestrowany bezrobotny nie może pracować na zlecenie, to znaczy nie może zarabiać, a jeśli chodzi o płacenie samodzielne, to średnie zarobki miesięczne w twórczych zawodach bardzo często są akurat takie, jak ta składka, albo niewiele wyższe, zwłaszcza w przypadku młodych osób.
    Co więc ma zrobić niezatrudniony na etacie twórca (artysta, krytyk, kurator, publicysta, animator kultury, konserwator zabytków itd.), żeby się ubezpieczyć, nie łamiąc prawa? Jest to jedno z najdonioślejszych pytań, stawianych sobie dziś przez ludzi sztuki.
    Na Zachodzie są ubezpieczenia dla twórców, dostosowane do realnych zarobków. W Polsce też tak powinno być. Nasuwało się samo przez się, że w tej sprawie moimi – naszymi - naturalnymi sprzymierzeńcami są:
1) poseł Palikot (PO), wielki przyjaciel sztuki i artystów, mecenas i dobroczyńca kultury;
2) posłanka Sierakowska (LiD), człowiek lewicy, osoba wrażliwa na krzywdę społeczną i zwolenniczka państwa opiekuńczego.
Chciałam z nimi porozmawiać, ale nie przeszłam przez door selection.
    W biurze posła Palikota byłam przed wakacjami. Udawali tam zainteresowanie, wzięli mój telefon i obiecywali, że oddzwonią, ale nigdy nie oddzwonili. Cóż, w życiu tak bywa. Przynajmniej się wyjaśniło, że nie jest to partner dla nas, że jego deklaracje były nieszczere.
    Do biura posłanki Sierakowskiej zadzwoniłam dopiero co, a tam pan Cezary (pracownik lewicowej partii!) najpierw nie zrozumiał, co mam na myśli, mówiąc „ubezpieczenia społeczne”, a potem powiedział, że jeśli chcę się spotkać z panią poseł, to mam napisać pismo, bo bez pisma nie mamy o czym rozmawiać. W piśmie mają się znaleźć „mocne argumenty, przykłady konkretnych przypadków i opis, jak ten system działa na Zachodzie”. Otóż, Panie Cezary, różne opisy, na przykład działania systemów składkowych, zamawia się u ekspertów za pieniądze i gdzie jak gdzie, ale w biurach poselskich doskonale się to wie. Co do konkretnych przypadków, to chyba by trzeba było napisać kto jest w KRUSie (choć nie rolnik!), kto, oficjalnie bezrobotny, podpisuje umowy przez podstawione osoby, kto ma fikcyjny etat u wujka itd. Jednym słowem, warunkiem, by się spotkać z panią poseł Sierakowską, jest sporządzenie ekspertyzy i donosu na kolegów. Przy okazji chciałabym tu wyrazić szczere podziękowania dla pana posła Palikota, który dba o artystów, że jego pracownicy nie każą wyborcom pisać wypracowań.
    Takie są dotychczasowe dzieje mojego lobbingu. No, ale jeśli lewicowcy potrzebują „mocnych argumentów” na piśmie, żeby uznać, że każdej grupie zawodowej należy się prawo do ubezpieczeń, to zaczynam rozumieć, dlaczego liberalny poseł Palikot w ogóle się nie zainteresował.
    Zresztą, nie ma co popadać w nadmierny pesymizm. W końcu w Polsce jest 460 posłów i 100 senatorów, a kadencja trwa cztery lata, jest więc masa czasu, żeby zadzwonić do każdego biura poselskiego. Może się akurat trafi ktoś, kto po 18 latach demokracji już rozumie, że wyborca nie jest petentem, tylko mocodawcą posła.

Katarzyna Hołda
15:27, mlodeforumsztuki , prawo i sztuka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 grudnia 2007
Bio art, a prawo
    Ostatnie lata to ogromny postęp i rozwój nowych technologii, w tym biotechnologii, która dzisiaj stanowi jedno z najważniejszych wyzwań prawa patentowego. Nie tylko polskiego, ale europejskiego, czy światowego. Biotechnologia jest bardzo często opisywana w doktrynie prawnej, dyskurs na jej temat prowadzony jest w najważniejszych światowych instytucjach. A to wszystko z kilku względów: biotechnologia to nowe wyzwanie dla nauki, jej efekty często mogą być zbawienne dla człowieka, jego zdrowia i życia. Biotechnologia to też ogromne nakłady finansowe i w efekcie możliwe do osiągnięcia niesamowite zyski. Ale biotechnologia to też mnóstwo kontrowersji etycznych i moralnych koncentrujących się wokół pojęć związanych z genetyką, modyfikacją, czy ingerencją w geny, czy wreszcie z patentowaniem „życia”. Biotechnologia, jak żadna inna nauka do tej pory, w drastyczny sposób dotyka kwestii związanymi z podstawowymi prawami człowieka, w tym najważniejszym - prawem do życia.

    Problemy prawne rozstrzygają prawnicy, etyczne, moralne i światopoglądowe socjologowie, filozofowie, czy politycy. Ale do grupy osób zainteresowanych biotechnologią dołączyli również artyści, co tylko potwierdza tezę, że ten problem jest dzisiaj istotny dla nas wszystkich z różnych powodów. Jednak powstaje pytanie, czy artyści, którzy powinni mieć możliwość niczym nieskrępowanego tworzenia, w swojej działalności - bliskiej biotechnologii, mogą, w imię swobody wypowiedzi, posunąć się dalej, niż pozwala na to prawo? Nie wiadomo do jakich granic mogą posunąć się artyści tworząc z wykorzystaniem materiału biologicznego, jednak z całą pewnością należy stwierdzić, że są ograniczeni przepisami prawa, tymi samymi, które obejmują badaczy, uczonych, biotechnologów. I nie ogranicza to ich swobody wypowiedzi artystycznej.

    Niewątpliwie wpływ artystów działających na polu bio art może być niezwykle cenny dla prawników, czy dla badaczy: przede wszystkim można uznać ich za łącznika ze społeczeństwem, ich sztuka może uwrażliwiać, czy wskazywać na realne obawy, czy zagrożenia. A to zawsze jest pozytywne. Artyści mogą również, dzięki zupełnie innemu sposobowi spojrzenia na problem, inspirować uczonych, a co za tym idzie, w konsekwencji, w jakiś sposób wpływać na ustawodawcę. Chociaż bez wątpienia jednak sposób przedstawienia rzeczywistości przez artystów, szczególnie związanych z bio art, często jest nadzwyczaj szokujący. Ale to również można uznać za pozytyw, ponieważ powoduje szeroką dyskusję na temat biotechnologii w ogóle. A bez społecznej świadomości nawet najlepsze przepisy prawa nie zlikwidują obaw i strachu przed biotechnologią, która już stała się koniecznością.

Joanna Hołda
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Patrzenie Gilewicza

Jak dowiedziałam się od samego artysty prace fotograficzne z cyklu Oni z filmami z akcji malarskich razem po raz pierwszy prezentowane były właśnie w Galerii Białej, na wystawie, która otwarta była do 30 listopada. Myślę, że łącznikiem może być tu film z akcji przeprowadzonej we foyer Teatru Rozmaitości a szczególnie moment, w którym Gilewicz znika za ustawionym wcześniej przez siebie płótnem idealnie imitującym ścianę, która jest za nim. Mamy wrażenie, że jest to montaż komputerowy. Podobnie w podwójnych autoportretach. Wiemy, że artysta stosuje technikę dwukrotnego naświetlania.

Wydaje mi się, że w tych obu zdawałoby się zupełnie różnych realizacjach chodzi o przebywanie ze sobą, przyglądanie się sobie z zewnątrz lub przebywanie ze sobą podczas pełnej skupienia pracy nad obrazem w plenerze miasta lub w pracowni (jak na jednym ze zdjęć z cyklu Oni).
 


 

We Wrocławiu w 2006 Gilewicz wykonał 12 obrazów, które umieszczone były na jednej z ulic rynku starego miasta w miejscach, których były idelanymi kopiami. W galerii Entropia dostępna była mapa, dzięki której można było odszukać obrazy. Była to, jak mówi sam artysta, okazja do sprowokowania widza, mieszkańca Wrocławia do spaceru po mieście i dokładniejszemu przyjrzeniu się dobrze sobie z pozoru znanym ulicom. Obrazy umieszczone były w przestrzeni miasta przez 9 miesięcy. Poddane były więc działaniu czynników atmosferyczno-przyrodniczych. Ten umieszczony na niskim i wąskim zadaszeniu został ponownie zapaskudzony przez gołębie, inny imitujący płytę chodnikową rozpadł się.

Interwencje w rzymsko-katolickim kościele obecnie Muzeum w Stanisławowie to jak sam mówi „the best of”. Interesowały go nie tylko eksponaty ale także cała przestrzeń muzeum, kaloryfery, podłoga, postumenty. Drobne interwencje, naruszają nietykalność dzieł sztuki, ale delikatność z jaką Gilewicz wprowadza własne elementy może też sugerować nam potrzebę odrestaurowywania mocno zniszczonych eksponatów (to dla historyków sztuki) lub też po prostu bardziej uważne przyglądanie się wszystkim elementom, nawet plamom na ścianie a nie omiatanie muzealnych sal wzrokiem.

Gilewicz swoimi pracami zmusza więc do patrzenia uważnego, wnikliwego, skupionego, ale spokojnego, nie tropiącego atrakcji.

Dwa tygodnie temu byłam na spotkaniu z Gilewiczem w Zachęcie. Omawiał swoje wcześniejsze realizacje, ale przygotował też nową, specjalnie na tę okazję. Musieliśmy więc szukać jego obrazów na klatce schodowej Zachęty. Idąc ostatnio na Sasnala zauważyłam, że te obrazy są tam jeszcze. Zachęcam więc do szukania/patrzenia.