blog młodych, lubelskich artystów oraz krytyków sztuki


b l o g

m ł o d y c h,

l u b e l s k i c h

a r t y s t ó w

o r a z

k r y t y k ó w

s z t u k i









czwartek, 17 grudnia 2009
Odśnieżanie Dostojewskiego

 

Nadeszła długo oczekiwana (przynajmniej przez mnie) zima, a ducha naszego rozgrzewa wizja zbliżającej się, już kolejnej, „piekielnej lekcji” Cezarego Wodzińskiego. Dla tych, którzy byli ostatnio nie będzie nowiną wiadomość, że zmianie uległa dotychczasowa forma tych comiesięcznych spotkań. Obecnie ci z Was, którzy nieśli w sercu nierozwiązane problemy do domu, teraz mają szanse swobodniejszej partycypacji w kierunku myśli owych spotkań. Profesor zaproponował nieco mniej formalną, bardziej seminaryjną formułę. A któż jest powodem rozbicia sztywnych ram dotychczasowych wykładów? Otóż nie kto inny, jak właśnie Fiodor Michajłowicz Dostojewski!

Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą, wskrzeszanie wciąż, jak się okazuje, palącej myśli Fiodora Michajłowicza, jest bezpośrednio spowodowane reżyserskimi planami Janusza Opryńskiego, który odważnie postanowił targnąć się na ostatnie dzieło mistrza. Przyznam się, że do tej pory dosyć skutecznie wzbraniałem się przed oglądaniem dotychczasowych ekranizacji, czy też teatralnych inscenizacji Braci Karamazow. Po prostu, nie chciałem nanosić na obraz tej drogiej mi powieści zasłony konkretu. Mój sceptycyzm wynikał również z tego, iż nie wierzę, że można wyreżyserować tę powieść lepiej niż zrobił to sam autor. Jednakże wierzę, że można ją wyreżyserować inaczej! W historii kina (bo sztuk teatralnych widziałem zbyt mało aby się na ten temat wypowiadać) spotykamy oczywiście kilka filmów „zrobionych na” Dostojewskim. Te udane próby to przeważnie wybitne filmy, wybitnych reżyserów. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska jak Tarkowski, Bresson, Żuławski (Andrzej) i pewnie jeszcze kilku innych.

- Dlaczego więc tym się udało? - może ktoś zapytać.

- Cóż przyjacielu, moim zdaniem stało się to tak.

Przede wszystkim, każdy z wymienionych wyżej reżyserów, to artysta o szalenie indywidualnym podejściu do kina. Co istotne, taki charakter miał również stosunek owych artystów do mistrza z Petersburga. Był to dialog dwóch indywidualnych postaw, na styku których rodziło się nowe dzieło. Żaden z tych artystów nie próbował rekonstruować świata Dostojewskiego z dbałością o szczegóły z epoki, oni starali się wskrzeszać  i d e ę.  Brali ją w nawias, oglądali ze wszystkich stron, a co najważniejsze zastanawiali się, jak ona może funkcjonować we współczesnych im czasach. Tarkowski napisał w pewnym miejscu swojego dziennika, że nie ma potrzeby filmować książki Dostojewskiego - trzeba pokazać stosunek tego pisarza do świata. Notatki te pochodzą z lat poprzedzających Zwierciadło (1975). I choć ani wcześniej, ani też później Tarkowski nie zatytułował żadnego ze swoich dzieł tytułem wziętym z książki rosyjskiego pisarza, to nie sposób odseparować Dostojewskiego od żadnego z jego filmów. Jest to temat na doprawdy pokaźne tomiszcze.

Wpływ tego pisarza okazuje się być wpływem bardzo głębokim. Dostojewski został przez wspomnianych reżyserów nie tyle adaptowany, on został przez nich niejako adoptowany tak, jak adoptuje się dziecko poszerzając tym samym krąg swojej rodziny. Czy można adoptować ojca? No właśnie wszystko wskazuje na to że tak! Twórczość artysty, który ulega urokowi tej płomiennej myśli zostaje nią bezpowrotnie już nasączona. I co najważniejsze, książki te żyją w działach „adepta” życiem bardziej a u t e n t y c z n y m niż w dosłownych ekranizacjach. Oczywiście do pomyślenia są również inne strategie poradzenia sobie z wielkim przodkiem, które mogą okazać się sukcesem. Zmagać się trzeba i to zmagać jak najbardziej świadomie. Dlatego też trzeba docenić Janusza Opryńskiego, za to, że nie tylko sam się do tego przygotowuje lecz również przygotowuje nas.

Dostojewski, mimo że już blisko 130 lat minęło od jego śmierci, żyje i kwitnie niczym winna latorośl. Czy jego myśl potrzebna jest nam dzisiaj w późnonowoczesnej Polsce? Uważałam, że ta konwulsja rodem z dziewiętnastowiecznej Rosji może mieć ożywczy wpływ na uśpionego bezrefleksyjnym katolicyzmem, oblanego słodki lukrem konformizmu Polaka. Dostojewski jest przecież wielkim nonkonformistą. To, czy jego myśl w ostatecznym rozrachunku przysłuży sie chrześcijaństwu, czy też nie, zostawmy na później. Nie dowiemy się tego, jeżeli najpierw nie odtworzymy się na „piekło”, które nam z taką dbałością odrysowuje na kartach swych powieści. Musimy przejść tą drogę, aby zobaczyć czy jest coś dalej. Bardzo łatwo każde dzieło zinterpretować tak, aby utwierdzić się w swoich poglądach. Można nazwać Iwana diabłem, a Aloszę aniołem i przekonywać o jego tryumfie. Pytanie tylko w jaki celu, gdyż cała para idzie wtedy w gwizdek. Ciekawe skądinąd, jest to, że lata lecą a myśl Iwana jest w dalszym ciągu n i e  d o  p o m y ś l e n i a. Tylko chory wie, że musi wyzdrowieć, ale cóż gdy ten obstaje przy swoim zdrowiu?

Wodziński proponuje nam, żebyśmy zachorowali, zaraża nas dostojewszczyzną. Ostatecznie ktoś, jeżeli jego wiara jest odpowiednio silna, potraktuje ten zastrzyk jako szczepionkę mającą na celu wytworzenie odpowiedniej ilości przeciwciał. Jest to podróż w nieznane, ale przecież zawsze możemy wysiąść i kupić  b i l e t  na najbliższy pociąg do „domu”. Nie róbmy twierdzy z wiary (jeżeli się ona szczęśliwie już w kimś tli), ani też fosy z naszego światopoglądu. Dzisiaj nie musimy nawet opuszczać mostów. Zamroźmy na chwilę nasze przeświadczenia wraz z tendencją panującą za oknem. Wsłuchajmy się w tę nieokiełznana myśl w iście syberyjskiej aurze sobotniego wieczoru.

W oczekiwaniu na Wielkiego Inkwizytora, umieszczam poniżej cytat z Sartre'a, który stanowi świetny komentarz do „Buntu Iwana” i jego świetną adaptację . Oto jak francuski filozof „przejrzał” się w Dostojewskim:

Zmieniłem się. Opowiem później, jakie to kwasy zżarły zniekształcającą przejrzystość, która mnie spowijała, kiedy i jak terminowałem u przemocy i odkryłem własną brzydotę – była ona ługi czas moim pierwiastkiem negatywnym, niegaszonym wapnem, w którym rozpuściło się cudowne dziecko – jakie racje przywiodły mnie do systematycznego myślenia przeciw sobie, tak dalece, iż oczywistość idei mierzyłem przykrością, którą mi sprawiała. Złudzenie retrospekcji rozsypało się w drzazgi; męczeństwo, zbawienie, nieśmiertelność – wszystko to niszczeje, gmach wali się w gruzy, w piwnicy przychwyciłem Ducha Świętego i wygnałem go; ateizm to przedsięwzięcie okrutne i długodystansowe, chyba doprowadziłem je do końca. Widzę jasno, nie żywię złudzeń, znam swoje prawdziwe zadania, zasłużyłem na pewno na nagrodę przyznawana dobrym obywatelom; od lat prawie dziesięciu jestem człowiekiem, który się budzi uleczony z długiego, gorzkiego i łagodnego szaleństwa i który nie może mu się nadziwić, nie potrafi nie roześmiać się wspominając swoje dawne błądzenia i nie wie już, co począć ze swoim żywotem. Stałem się znów pasażerem na gapę, którym byłem mając lat siedem. Konduktor wszedł do przedziału, spogląda na mnie, ale mniej surowo niż ongi; w istocie najbardziej byłby rad odejść, niechbym sobie dojechał spokojnie, chciałby tylko usłyszeć ode mnie jakieś godziwe usprawiedliwienie, mniejsza z tym jakie, zadowoli się każdym. Na nieszczęście nie znajduje żadnego, bo i zresztą szukać nie mam ochoty; posiedzimy tak we dwóch, czując się nieswojo, aż do Dijon, gdzie – wiem o tym doskonale – nikt nie czeka na mnie.

[Jean-Paul Sartre, Słowa, pierwsze polskie wydanie z roku 1965, Warszawa, strony: 202-203.]

Piotrek Pękala