blog młodych, lubelskich artystów oraz krytyków sztuki


b l o g

m ł o d y c h,

l u b e l s k i c h

a r t y s t ó w

o r a z

k r y t y k ó w

s z t u k i









czwartek, 10 kwietnia 2008
Jaki Nikifor - jaki Dwurnik?

 

 

K. Hołda w swoim wywodzie dobrze ukazała charakter prac Nikifora, chociaż nie podkresliła jak ważna była dla jego twórczości biografia. Niska pozycja w zhierarchizowanym społeczeństwie, oraz ułomność fizyczna stały się podstawą jego izolacji. Wydaje się, że właśnie w biografii (pomijając całą legendę) tkwi klucz do zrozumienia malarstwa Nikifora. Społeczne wykluczenie, niemożność komunikacji i kształcenia doprowadziła do stworzenia własnej, szczerej postawy twórczej. To właśnie ta niezależność artystyczna będąca z jednej strony bezpiecznym murem, a z drugiej sposobem komunikacji była ważnym elementem fascynującym wykształconych malarzy, którzy od lat 30. interesowali sie artystą. Ta wewnętrzna samodzielność, oderwanie od szkół, instytucji, dawała mu prawdziwą wolność, której inni twórcy mogli mu tylko zazdrościć. Dwurnik może intuicyjnie wyczuł tą inność i niezależność Nikifora.

nikifor

 

K. Hołda pisze: „Porównanie prac obu malarzy pokazuje, że Dwurnik chyba jednak nie do końca dorównał swojemu mistrzowi”. No cóż, na wernisażu E. Dwurnik mówił o wyższości swego mistrza i o swojej fascynacji. Pytanie czy rzeczywiście chciał mu dorównać? I w czym? Popularności-produkcyjności? Wykluczeniu i ostracyzmie środowiskowym? Należy chyba na wstępie uzmysłowić, że prezentacja w Galerii Białej miała na celu ukazanie pewnych sposobów wykorzystania fascynacji, i zaprezentowania potencjalnie wspólnego wycinka twórczości obu artystów. Potencjalnie - ponieważ są znaczne różnice między ich pracami (kolorystyka, kadrowanie, kreska, plany, kompozycja, figuratywność i jej brak, cel, ich charakter). Wycinek twórczości - ponieważ Nikifor tworzył także obrazy figuralne w tym wzorowane na feretronach wielokwaterowe kompozycje. Natomiast Dwurnik to w większości nie powszechnie znane obrazy miast – swoiste horror vacui, ale właśnie całopostaciowe, niezwykle ekspresyjne obrazy figuralne, abstrakcyjne, pejzaże, i akty. Dwurnik przeciętnemu widzowi nie znającemu się szerzej na sztuce, w tym na twórczości artysty kojarzy się właśnie z widokami miast. Z jednej strony chyba taki typ obrazu jest najłatwiej przyswajalny, rozpoznawalny i często staje się także lokatą. Z drugiej strony artysta często tworzy na zamówienie dostosowując się w tym do wymogów zleceniodawców.

dwurnik

 

K. Hołda napisała o fascynacji Dwurnika jego „romantyczną legendą” przy jednoczesnym braku zrozumienia wizji mistrza z Krynicy. Wydaje się, że jeżeli nawet studencka fascynacja malarska pojawiła się nagle, w nie do końca uświadomiony sposób, młody student próbował później zgłębić tajemnice malarstwa Nikifora, a jednym z przejawów było „fizyczne” wręcz odczucie takiego sposobu malowania. W związku z tym, z pewnością nie miało ono nic wspólnego z powierzchownym zainteresowaniem wyłącznie legendą Nikifora. Sam wspominał: „Potrząsnęła mną do tego stopnia, ze pojechałem po prostu w Polskę wieść życie wędrownego, biednego artysty. Pracowałem w plenerze, siadałem na ulicach małych miasteczek i rysowałem do upadłego, (...) czasem prawie głodowałem, doprowadzałem się do takich krańcowych stanów, no, prawie paranoja. Pod koniec dnia wpadałem w pewien rodzaj transu, który wynikał z takiego rytmu, powtarzania ruchu ołówkiem, i to zobaczyłem wyraźnie po latach, w obrazkach Nikifora, ze jest u niego ten specyficzny rytm, taka motoryczność, (...).”

dwurnik

 

Co do wymogu prowadzenia dialogu Dwurnika z Nikiforem trudno tutaj zgodzić się z K. Hołdą - bo czy każda fascynacja musi opierać się na jego prowadzeniu? Czy artysta nie może ograniczyć się do próby zrozumienia (o ile w ogóle możliwe jest wniknięcie choć minimalnie w świat drugiego artysty), analizy, czasem niemej adoracji, a kiedy indziej wyrywkowego przeszczepienia elementów formalnych czy treściowych. Owszem Dwurnik wykorzystał stylistykę Nikifora „jak gotową matrycę”, co nie jest żadnym przestępstwem, a co zdarzało się w sztuce już od starożytności (malarstwo pompejańskie naśladowało greckie, a XIX-wieczni malarze stosowali stylistykę drzeworytów japońskich – przykłady można mnożyć). Pytanie tylko w jakim celu wykorzystuje się ową matrycę. Dwurnik przejął z twórczości Nikifora linearyzm, częściowo tematykę, jednak stworzył zupełnie nowy obraz miasteczek. Prace na wystawie zwłaszcza z lat 60. pokazują jak młody student „uczył się” malarstwa Nikifora, jak próbował pojąć jego tajniki. Potem jego prace całkowicie się zmieniły – stały się dokumentacją polskiej rzeczywistości. I nie było w nich nic z ciszy, melancholii i zadumy tajemniczych, bajkowych miasteczek Nikifora. Ostra kolorystyka, ekspresja, deformacja, horror vacui, groteskowe postaci (częściowo wpływ malarstwa niemieckiego) – wszystko służyło ukazaniu oblicza polskiego życia w krzywym zwierciadle. Piętnował zużycie, szarość, kołtuństwo, brutalizację codzienności tak skrzętnie ukrywaną przez władze. Ewa Kuryluk pisała o rosyjskich obrazach z lat 30. i 40. z wystawy „Agitacja na rzecz szczęścia” jako o sztuce, która przyczyniała się do oszustwa. Świat na tych obrazach był idealny, a kraj pełen dobrobytu. Na obrazach Dwurnika widać groteskowy wizerunek współczesnego życia. W latach 80. stał się mentalnym dokumentalistą ówczesnej walki z władzą. Po przełomie 1989 r. artysta dalej tworzył obrazy widziane okiem demaskatora. Podobnie jak E. Redliński (Konopielka - Tranformejszen) nie rezygnował z sarkastycznego tonu. Ciekawe, że na ulicach jego miast coraz częściej pojawiają się zwierzęta - od tych swojskich jak krowy i owce po egzotyczne żyrafy. Biorąc pod uwagę tą pobieżna analizę nie może być tutaj mowy o plagiacie.

dwurnik

 

K. Hołda pisze: „Natomiast w olejnych obrazach Dwurnik traci całą nikiforowską subtelność, a w zamian daje – no cóż, anegdotę. Czyli akurat to, co umiał pominąć Nikifor (a czego nie umieli inni deptakowi malarze).” Dwurnikowi nigdy nie chodziło o nikiforową subtelność. Wykorzystując pewne formalne rozwiązania mistrza z Krynicy stworzył całkowicie własny język malarski doskonale współgrający z charakterem i celem jego prac. Także co do anegdotyczności w obrazach Dwurnika można mieć zastrzeżenia. Anegdota – gatunek narracyjny jako pojęcie często było dość płasko stosowane w terminologii opisującej jego twórczość (wymiennie z narracją). Zapewne ze względu na wielość wątków, liczne postaci, owo wrażenie „dziania się” przylgnęło do tekstów o Dwurniku i dziś ciężko się bez niego obejść. Jednak bardziej realne wydaje się odrzucenie tego pojęcia ponieważ jego obrazy są rodzajem malarskiego dokumentu, migawką obrazu widzianego. O tym braku narracji pisała prof. M. Poprzęcka czy Zdenek Felix. Prof. M. Poprzęcka napisała: „W całym swym dziele Dwurnik przedstawia, ale nie opowiada. Jego malarstwo nie jest ani narracyjne, ani literackie. Nie znajdziemy w jego obrazach żadnych literackich inspiracji, tematycznych odniesień, ilustracyjności, (...)”.

nikifor

 

K. Hołda napisała także: „W zestawieniu z emocjonalnym, płynącym ze szczerej potrzeby malarstwem Nikifora, prace Dwurnika stają się wykalkulowane, wyzute z emocji i, co gorsza, nie widać w nich żadnej koncepcji miasta jako jakiegoś ogólnego bytu, żadnego pytania o to, czym naprawdę jest miasto.” Co do emocji to jest ich dużo w obrazach Dwurnika choć ukrytych pod płaszczem sarkazmu i groteski. Ekspresjonizm, w którym celem było wyrażanie siebie, uwalnianie emocji posługiwał się podobnymi środkami stylistycznymi jak ostra kolorystyka, kontrasty czy deformacja. Koncepcja miasta Dwurnika jest zupełnie inna niż koncepcja miasta Nikifora. Jeden piętnuje - drugi się delektuje i marzy, jeden walczy - drugi ucieka. Miasta Dwurnika nie są alegorią, nikiforową fantasmagoryczną wizją, są raczej wskazówką jakie nie powinny być w swojej tkance społecznej.

Paulina Zarębska

piątek, 04 kwietnia 2008
NikiforDwurnik i Tarkawian

Z zasady popieram każde stanowisko, szczególnie jeśli jest odmienne od mojego. W Lublinie to dopiero początek wolnego pisarstwa krytycznego i trzeba usilnie popierać i szukać możliwości, aby ten ledwo kiełkujący mechanizm miał szansę przetrwania w dłuższej perspektywie, bo wówczas będzie można mieć z niego pożytek w postaci dyskursu społecznego i poważnego zarazem. Internetowe blogi, szczególnie te ogólnopolskie, takąż funkcję dość dynamicznie zaczęły wypełniać, dołączył również lubelski ZOOM w naszym drukowanym otoczeniu. Prawdopodobnie przynajmniej kwartalnik tzw. papierowy typu dawny „Na przykład” byłby tu wyższą koniecznością również w takim sensie aby młoda krytyka lubelska mogły mieć za swój wysiłek intelektualny jakiś grosz, bo w innym wypadku będą szukać pracy w Warszawie albo jeszcze dalej. W obecnej chwili taka szansa jest namacalna i byłoby mądrze to jakoś wykorzystać. Czego sobie i Lublinowi jako przyszłej stolicy kultury życzę.

Odnosząc się zaś do kilku szczegółów w tekście Kasi Hołdy, należy zauważyć, że Dwurnik jako zupełnie wyjątkowy i jedyny artysta w sztuce polskiej był w stanie wykorzystać pierwotną potencjalność zawartą w malarstwie Nikifora. To, co jest nieosiągalne dla tzw. profesjonalnych twórców, często zniekształconych przez system edukacji, a akademie w szczególności, stało się możliwe właśnie w twórczości Dwurnika. Co prawda wśród widzów pojawiło się kilka głosów, że Nikifor jest i szczery i prawdziwy a Dwurnik jedynie go naśladuje. I tu uważam, że właśnie dzięki Dwurnikowi Nikifor zyskał kolejne życie. Gdybyśmy z dystansu popatrzyli na sztukę polską to dość szybko uświadomimy sobie, jaki wpływ miał Dwurnik na to, co wydarzało się w kolejnych jej dekadach aż do dzisiaj. Tak więc to, co jest zawarte w pytaniu pani Kasi: „Trudno więc zrozumieć, jaki był cel w powtarzaniu tego – gdzie przebiega granica między inspiracją a plagiatem?”- możemy spokojnie okryć milczeniem i nawet nie udzielać odpowiedzi, gdyż ona realnie funkcjonuje od 1965 roku, w faktach, które Edward Dwurnik generuje ze znacznym pożytkiem dla sztuki w ogóle a nie tylko dla spełnienia oczekiwań np. krytyków. To, że jako jeden z niewielu był uczestnikiem Documenta w Kassel w 1983 roku, kiedy to świat zalewała nowa fala malarstwa, tym razem dzikiego, może wskazywaniem na znacznie szerszy kontekst jego sztuki. Dwurnik był „dzikim malarzem” już w latach 60-tych i takim pozostał w latach obecnych, choć od jakiegoś czasu upodabnia się i do Pollocka. Nasi dzicy zniknęli już dawno, światowi też, a sztuka Dwurnika jest ponad nimi. Niewątpliwie by móc dotknąć istoty twórczości Dwurnika trzeba porzucić własne intelektualne przekonania, oduczyć się historii sztuki i tak jak do Nikifora odnieść się szczerze, tak też i do Dwurnika - wówczas być może poczujemy jego przewrotną intelektualną grę ze sztuką i światem zarazem. Jest na tej wystawie również obraz pt. „Sokołów Podlaski (Barany)” z 1967 roku. Obraz jest epopeją czy opowieścią na temat rzezi baranów w Sokołowie i przedstawia kilkadziesiąt scen, w których barany przetwarzane są na futra. I obraz nie powstał na podstawie fotek, reprodukcji, prasy czy stron internetowych, dlatego po 40-tu latach jest bardziej wiarygodny niż wszystkie obrazki, które powstały później w odniesieniu do innych rodzimych uznanych malarzy, inspirowanych Dwurnikiem. Dwa nowe obrazy z Lublina, wiszące obok Sokołowa, powstały 40 lat później. W twórczej pracy Edwarda Dwurnika w jednym i w drugim przypadku występuje ta sama ostrość widzenia, intelektualna przewrotność, brak obciążeń polskością i tzw. ludyczną moralnością. Pozostaje czysty język wizualny, dyskursywny i przewrotny, kontekstualny wobec miejsca, artystyczny i zarazem uniwersalny - co można sprawdzić na Sokołowie.

edward dwurnik

Takich artystów jak Edward Dwurnik polska sztuka miała niestety niewielu! Można mieć jedynie marzenia i chcieć by nowi młodzi, w tym aktualni kultowi, dali radę i po 40 tu latach będą tak samo wiarygodni jak Edward Dwurnik, czego im życzę i krytykom wytrwałości w ich recepcji i owocnych redefinicji ciągle nowych w nieustannym trudzie odkrywania sztuki.

edward dwurnik

A co do wystawy. To, że formaty prac Nikifora i Dwurnika są podobne wynika z faktu, że w większości to akwarale, które powstały w latach np. 60-tych i jest to naturalne podobieństwo. Technika i tematyka również – to chyba zaleta a nie wada tej wystawy. Pani Kasia Hołda pisze o koncepcji miasta i potrzebie przestrzeni Nikifora, której nie widzi u Dwurnika. A może ten drugi artysta, ukazując naszą polską aktualną i żywą rzeczywistość również poprzez społeczne klisze, schematy i standardy ją właśnie demaskuje. I nie chowa się za plecami Nikifora a jedynie artystyczne przetwarza świat, którego Nikifor nigdy nie namalował. Miasteczka Nikifora pełne są tajemnicy, utopii, harmonii. Zaś te Dwurnika wydają się realne i jednocześnie przewrotne. Nikifor w uproszczeniu idealizuje zaś Dwurnik ożywia. I są to dwa artystyczne światy, tu zestawione razem w wybranym i bardzo wąskim zakresie tematycznym. W innym wymiarze zamiar ten zapewne nie miał by sensu.


Na koniec niespodzianka od Mariusza Tarkawiana i Roberta Kuśmirowskiego, którą to lubelscy artyści przygotowali dla Edzia za dobre zachowanie w ostatnich 40 latach.

Jan Gryka

mariusz tarkawian

mariusz tarkawian


dwurnik i tarkawian


16:36, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (6) »
środa, 02 kwietnia 2008
Nikifor i Dwurnik.

nikifor dwurnik


Krynica Zdrój na pierwszy, powierzchowny rzut oka jest dosyć sztampowym miejscem. Na deptaku stoi fotograf z wózkiem zaprzęgniętym w owczarka i z peleryną góralską, żeby stylizować fotografowane dzieci, dookoła spacerują powstałe ad hoc sanatoryjne pary, popijając lecznicze wody i grupa z przewodnikiem: „Na tej ławce, proszę państwa, Jan Kiepura wymyślił swój największy utwór”. Tej Krynicy służą deptakowi plastycy, którzy malują miasto takim, jakim chcą je widzieć przyjezdni. Nikifor Krynicki (1895-1968) siadywał w tych samych miejscach i patrzył w tę samą stronę, co inni malarze, ale akurat on umiał przeniknąć całą powierzchowną otoczkę, na której koncentrowali się inni. (Z drugiej strony inaczej, niż często prymitywiści, nie ograniczał się do motywów ludowych i religijnych, lecz zabrał się za pejzaż miejski.) Mówi się, że nie malował on tego, czego nie akceptował. Jeśli nie podobał mu się jakiś nowy budynek, to my tego budynku w jego pracach nie zobaczymy. Przedstawiał miasto takim, jakim uważał, że powinno być, a nie takim, jakie było. I w tym, jak myślę, tkwi wielkość Nikifora. Potrafił on coś, co brzmi banalnie, ale co w gruncie rzeczy potrafi niewielu artystów – przetransponować swój sposób postrzegania rzeczywistości na sztukę i nie przejmował się za bardzo, czy jest to zgodne z tym, jak postrzegają inni. Stworzył w swoim malarstwie koncepcję miasta jako przestrzeni architektonicznej, wizualnej, estetycznej. Krynica i inne miejsca jakie malował były zaledwie punktem wyjścia dla tej koncepcji. Nie można też pominąć innych zalet sztuki Nikifora, które zresztą często się wymienia – wyczucie koloru, dobry rysunek, umiejętność syntezy, ale zarazem wrażliwość na detal.

Nikifor Krynicki stosunkowo wcześnie, bo w latach 30tych, został „odkryty” przez artystów (np kapistów) i krytykę. W 1938 roku Jerzy Wolff opublikował w Arkadach artykuł o Nikiforze. Po wojnie Nikiforem opiekowali się Ella i Andrzej Banachowie z Krakowa, organizowali mu wystawy, propagowali jego sztukę. Potem rolę opiekuna Nikifora wziął na siebie Marian Włosiński, krynicki malarz. Natomiast miejscowa społeczność odrzucała Nikifora jako dziwaka i włóczęgę. W końcu jednak, jak to bywa czasem, choć nie zawsze, lokalne środowisko zrehabilitowało Nikifora i zastąpiło jego status wiejskiego głupka statusem pełnoprawnego artysty. Dzisiaj możemy zwiedzać dwa muzea jego prac – w Nowym Sączu i w Krynicy.

Edward Dwurnik zafascynował się Nikiforem w latach 60tych, jako student. Starał się malować tak samo jak Krynicki i te same motywy, starał się nawet stać takim samym, wędrownym i biednym malarzem. W tej chwili w Lublinie w Galerii Białej trwa wystawa obu artystów. Porównanie prac obu malarzy pokazuje, że Dwurnik chyba jednak nie do końca dorównał swojemu mistrzowi. Budzą się tu wręcz podejrzenia, że Dwurnik nie tyle zrozumiał wizje Nikifora, ile zainteresował się romantyczną legendą wokół niego i nie tyle prowadzi dialog z Nikiforem, ile wykorzystuje jego stylistykę jako gotową matrycę. Akwarele Dwurnika z lat studenckich są dokładnie takie, jakby je malował Nikifor – podobny format, ta sama technika, ten sam styl. Różnią się tylko podpisem – ale jedynie w treści, bo liternictwo też jest takie same, jak u Nikifora. Trudno więc zrozumieć, jaki był cel w powtarzaniu tego – gdzie przebiega granica między inspiracją, a plagiatem? Natomiast w olejnych obrazach Dwurnik traci całą nikiforowską subtelność, a w zamian daje – no cóż, anegdotę. Czyli akurat to, co umiał pominąć Nikifor (a czego nie umieli inni deptakowi malarze). W zestawieniu z emocjonalnym, płynącym ze szczerej potrzeby malarstwem Nikifora, prace Dwurnika stają się wykalkulowane, wyzute z emocji i, co gorsza, nie widać w nich żadnej koncepcji miasta jako jakiegoś ogólnego bytu, żadnego pytania o to, czym naprawdę jest miasto. Osiołki lubelskie i Banksy w Lublinie zostały namalowane specjalnie na te wystawę. Na obu obrazach pokazane są wyświechtane, standardowe motywy – Brama Krakowska, katedra, Starówka, pod Bramą Krakowską (na płótnie Banksy w Lublinie) scena rodzajowa – tak, jak je każdy widzi i zna na pamięć. Dwurnik zatrzymuje się na poziomie klisz, ponad który sięgnął Nikifor, by pokazać swoją ideę przestrzeni.

Katarzyna Hołda
14:14, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »