blog młodych, lubelskich artystów oraz krytyków sztuki


b l o g

m ł o d y c h,

l u b e l s k i c h

a r t y s t ó w

o r a z

k r y t y k ó w

s z t u k i









niedziela, 06 lipca 2008
"Spacerkiem po Lublinie"


Poprzedni tekst, mający osobisty i ciepły charakter, zachęcił mnie do krótkiej i chyba jeszcze bardziej subiektywnej refleksji dotyczącej tego co „w trawie piszczy” w dziedzinie sztuk wizualnych, którym tenże blog jest poświęcony. Otóż lata temu, bodajże w „Kurierze Lubelskim”, jedna z cyklicznych rubryk zatytułowana była „Spacerkiem po Lublinie” i chociaż autora lub autorów tych, krótkich (o ile pamiętam o interwencyjnym charakterze) artykułów nie pamiętam – to w głowie do dziś pozostał mi tytuł i czasami, kiedy czas i okoliczności sprzyjają, uświadamiam sobie, że właśnie jestem w trakcie całkiem spontanicznego, niespiesznego „spacerku po Lublinie” lub tuż po nim. Niespiesznej atmosferze ostatniego sprzyjały, pierwsze, nieco rozleniwiające, upalne dni w tym roku. Ulegając owej atmosferze, postanowiłem zaufać pierwszym wrażeniom, pierwszym impulsom, które do mnie dotrą podczas tej niewymuszonej żadnym obowiązkiem wędrówki.
Poza rzeczywiście imponujących rozmiarów przedsięwzięciem pt. „Remont generalny”, o którym na tej stronie i na stronie Galerii Białej (www.biala.free.art.pl) całkiem sporo informacji można już odnaleźć, i do którego jeszcze wrócę – udało mi się trafić na wystawę odbywającą się również w kilku przestrzeniach, również zbiorową (choć kameralną w porównaniu z projektem zrealizowanym przez „Białą”). W galeriach: Grodzkiej i Labirynt 2 miała miejsce (otwarta do 6.07.08) wystawa „Minimum-Maksimum”, której kuratorem był Andrzej Mroczek. Jak sam o niej napisał: Inspiracją do tej wystawy i jej tytułu była dla mnie znana, wyznawana przez artystów Minimal-art'u zasada, że "mniej oznacza więcej". Oprócz dwóch interesujących prac „klasyków” sztuki najnowszej: Mirosława Bałki „136x120x44”z 2007 r. i Mikołaja Smoczyńskiego „studia nad alfabetem: o, o, o” z 2008 r, prezentowanych w Galerii Labirynt 2, zatrzymała mnie realizacja, której autorem jest Kurt Fleckenstein (www.labirynt.com ; www.kurt-fleckenstein.com). Minęło letnie rozleniwienie i kompletnie zapomniałem o minimalistycznej, proweniencji formy tej pracy (przypominającej płaszczyzny układane z metalowych prostokątów przez Carla Andre) i kontekście wystawy zbiorowej, w którym się znalazła. Spora szachownica, ułożona na podłodze galerii z płaskich, plastikowych paneli wypełnionych na przemian czarnym i czerwonym płynem zatytułowana i opisana była: „Szachy- cesarska gra”, 2008, pleksi, ropa naftowa, krew, 320 x 320. Krew i ropa naftowa – pola szachownicy sąsiadujące ze sobą, w każdym z płynów mogłem zanurzyć palec, z każdego z nich „korzystam” na co dzień, wiadomości dotyczące tych dwóch płynów codziennie w mniej lub bardziej oczywisty sposób pojawiają się w wydaniach wszystkich dzienników, zarówno tych drukowanych, radiowych jak i telewizyjnych. Obydwa są nośnikami różnych, ale jednak, energii. Wydobycie jednego z tych płynów, dominacja w regionach jego występowania – w zadziwiający i od lat podobny sposób wpływa na przelanie drugiego. Nie zmieniło się wiele, czego dowodzą całkiem aktualne konflikty zbrojne, nie zmieniły się „zasady” gry, tak jak od półtora tysiąclecia niewiele zmieniły się zasady gry w szachy, postrzeganej wtedy jako rozrywka jeśli nie tylko cesarska, to z pewnością ludzi o ustalonej pozycji społecznej. Mam też wrażenie, że kulisy i reguły „gry” w ropę, której baryłka z dnia na dzień drożeje, też niekoniecznie są dostępne większości jej konsumentów. Patrząc na szachownicę Fleckensteina mam raczej wrażenie, że mimo formy, znajduje się ona blisko nurtu ozdobionego przez krytyków szyldem sztuki krytycznej lat 90-tych XX wieku lub po prostu sztuki zaangażowanej. Gdyby nie jej forma, mocno zakorzeniona w tendencjach minimal-artu, miałbym do czynienia tylko z ostrą, zbyt oczywistą publicystyką. Tak na szczęście nie jest.
Podobną, chyba jeszcze bardziej, niesamowitą zdolność powściągnięcia języka porozumienia z odbiorcą, poprzez wybór materiału, tworzywa i formy, z której korzystają - odnalazłem u dwóch artystów biorących udział w trwającym równolegle projekcie Galerii Białej. Mirosław Maszlanko skonstruował, jak od lat - z traw i wosku, formę „przenikającą” dwie niewielkie sale dawnego szpitala, wcześniej klasztoru wizytek, w którym mieści się Centrum Kultury i w którego przeznaczonej do remontu części odbywa się wystawa „Remont Generalny”. Konstrukcja powtarza formę sklepienia obydwu sal a jednocześnie anektuje swoją kruchą obecnością ich wnętrza przypominając o kruchości każdej organicznej materii, jej przemijalności. Jak w poezji haiku oferując widzowi zdolnemu do zatrzymania się i kontemplacji „satori” – olśnienie, następujące dzięki odnajdowaniu ujawniających się powoli znaczeń. Idąc dalej tropem „tendencji zerowych” trafiłem na malarstwo Dariusza Korola, równie efemeryczne i delikatne jak konstrukcje Maszlanki. ”Malowane”- okopcane dymem świec w określonym porządku, białe powierzchnie, sporych rozmiarów obrazów, z racji nietrwałości tworzywa pozostają ciągle w procesie. Na pasach z rytmem „wykopconych” prostokątnych form, zapisują dotknięcia ciekawych widzów, ślady rąk opierających się o nie dzieci – upodabniają się do ścian dawnego klasztoru, na których zapisane zostały w mniej lub bardziej widoczny sposób i w znacznie dłuższym czasie ślady użytkowników tych murów.
O pracach tych dwóch artystów zdecydowanie trudniej jest pisać, niż o pracy Fleckensteina, który mówi niemal wprost, podaje zostawia wyraźne i czytelne tropy. Jednak dzięki temu, po ponuro brzmiącym komunikacie Fleckensteina, przy pracach Maszlanki i Korola zatrzymałem się na długo ...
Niedługo potem tym uświadomiłem sobie, jak bardzo bliski tym dwóm artystom okazuje się być Andrzej Bielawski, jak Fleckenstein, uczestnik wystawy w Galerii Grodzkiej, od lat używający do konstruowania swoich monochromatycznych obrazów równie ulotnych materii: papieru, ryżowego, wosku, popiołu, atramentu, czasem suchych liści. I nie jest to kwestia podobieństw formalnych a raczej szczególnego stosunku do materii, z których skonstruowane są te prace. Ich medytacyjne i minimalistyczne formy wcale nie „są tym co widzisz” – jak powiedział kiedyś Frank Stella o swoich obrazach – stanowią raczej zapisy procesów i emocji, refleksji ich autorów nad kruchością stanów materii, choć pewnie nie tylko.
Mając świadomość, że ścieżek i szlaków wytyczonych przez kuratorów obydwu wystaw odnaleźć można znacznie więcej, a jednocześnie będąc przekonanym, że obydwu wystawom i pozostałym ich uczestnikom poświęcone zostaną również inne teksty krytyczne – pozostaję przy trasie mojego „spacerku”, ani trochę nie żałując jej wyboru.

Ernom