blog młodych, lubelskich artystów oraz krytyków sztuki


b l o g

m ł o d y c h,

l u b e l s k i c h

a r t y s t ó w

o r a z

k r y t y k ó w

s z t u k i









poniedziałek, 05 stycznia 2009
Jadwiga Sawicka "Raz na jakiś czas" do 16 stycznia w Galerii Białej


 

 

"Pewna skłonność do praktyczności, do dzielnego radzenia sobie w ramach istniejących ograniczeń i dostępnych środków. Pewien brak rozmachu, rozsądny masochizm, kontrolowane samodławienie, podcinanie sobie skrzydeł i pętanie nóg. Pewien pośpiech w opuszczaniu dogodnych pozycji zawracanie w połowie drogi, chęć znalezienia skrótu, niepewność, udowodniony brak orientacji przestrzennej. Trzepotanie i migotliwość stwarzające pozory ruchu przy jednoczesnym poczuciu niezmienności.
Wiara w postęp. Wiara w kary i nagrody. Wiara w karę. Nareszcie uświadomione i wyartykułowane poczucie winy. Hałaśliwa radość i akceptacja wszystkiego jak leci. Pewien brak umiaru, bezwzględność w testowaniu udowodnionej wytrzymałości. Uroczyste zagłębianie palca w ranie. Pewnego rodzaju upojenie łatwością wywołania odrazy i innych pokrewnych uczuć."

Jadwiga Sawicka, tekst do wystawy:  "Kobieta o kobiecie" w galerii BWA w Bielsku-Białej, 1996

 

 

 

niedziela, 16 listopada 2008
„Eksplozje na peryferiach”

kamil stańczak

„Peryferie- 1.części miasta położone daleko od centrum, 2. zewnętrzna część czegoś, 3. coś marginalnego, mniej istotnego.” – hasło, jego fragment, zapewne zaczerpnięte z któregoś ze słowników wyrazów obcych, jest jedynym tekstem, który Kamil Stańczak zdecydował się umieścić na zaproszeniu na wernisaż wystawy swojego malarstwa w Puławskiej Galerii Sztuki.

kamil stańczak

Lakoniczność, umiejętność powściągnięcia potrzeby umieszczania rozległych, spiętrzonych znaczeniowo, autokomentarzy lub wskazówek kierujących odbiorcę na właściwe tory, albo przeciwnie, wtrącających go w labirynt ukrytych tropów i ledwie rysujących się ścieżek interpretacyjnych, bywa cechą twórców pewnych języka, którym się posługują, nawet wtedy kiedy jest to język pozawerbalny – w tym wypadku malarski, choć nie tylko. Tak zdaje się być w przypadku autora wystawy „Peryferie”. Rzeczywiście zmysłem, który pierwszy reaguje po wejściu na nią jest zmysł wzroku, co w przypadku sztuki najnowszej wcale nie jest takie oczywiste. Tak zresztą pozostaje - na wystawie mamy do czynienia z obrazami, malowanymi na płótnie i niewielkimi, zbudowanymi z elementów, jakby wyjętych z modelarskich makiet, obiektami.

kamil stańczak

 

kamil stańczak

kamil stańczak

 

Dlaczego „Peryferie”? Wszyscy mijamy boczne uliczki, „niechciane” widoki zapleczy, mijamy w podróży miasteczka i przestrzenie między nimi, które prawie wcale nie mają już szansy bycia nietkniętą ludzką ręką przestrzenią, są zaś coraz częściej zaśmieconymi bliżej nieokreślonymi, przynajmniej na pierwszy rzut oka, śladami działalności przemysłowej rolniczej, bywa, że militarnej... Wszyscy, chcąc nie chcąc, mamy do czynienia z mediami posługującymi się obrazem, stykamy się z masą nieinteresujących nas kompletnie obrazów, obrazów, których wcale nie szukamy, a które jednak docierają do nas właśnie za pośrednictwem tychże mediów - telewizji, prasy, internetu... Bywa, że w irracjonalny sposób pozostają zapisane w naszej pamięci. Wszyscy mamy jakieś wspomnienia, które w żaden sposób nie stanowią istotnego budulca naszej świadomości a pozostały zapisane jako obrazy rzeczy, obiektów przewijających się w mniej lub bardziej wyraźny sposób przez nasze życie i plasują się właśnie na peryferiach naszej pamięci. Ich egzystencja w tejże pamięci nie zawsze rysuje się jasno, ale bywa też faktem. Takich właśnie obrazów zaczął szukać w swojej i pewnie także naszej pamięci, Kamil Stańczak. Są wśród nich całkiem dosłownie wycięte z rzeczywistości przedmioty, takie jak pomnik z czołgiem z czasów II wojny światowej, jakie jeszcze zdarza się widywać w małych miasteczkach, na którego wysokim, zaciekającym rdzą z czołgu cokole, „małomiasteczkowy” grafficiarz zdołał umieścić swoje tagi. Wśród peryferyjnych obiektów jest też czerwony, zniekształcony upływem czasu, wyglądający jak zabawka kombajn bez opon, na seledynowo zielonym tle, drzwi jakby wyrwane z samochodu lub z portalu internetowego z częściami do samochodów, na czerwonym tle. Wyrwane są o tyle kuriozalnie, że w oknach tych drzwi widać fragmenty monotonnego, szarego krajobrazu. Jest pomnik z odrzutowcem jak z peerelowskich koszar lub szkoły lotniczej i sylwetka odrzutowca, który precyzją wykonania przypomina rysunki z opakowań modeli samolotów sklejanych w dzieciństwie.

kamil stańczak

kamil stańczak

 

Są wreszcie obrazy do złudzenia przypominające czarno-białe zdjęcia i obiekty architektoniczne w skrótach perspektywicznych zdradzających optykę szerokokątnego obiektywu. Wszystkie wyjęte z kontekstu, umieszczone na jednobarwnym, tle o intensywnej barwie lub jakby wklejone, na powierzchnię surowego płótna podobrazia. Ich ilustracyjny charakter, hiperrealistyczna kreska rysunku, który wygrywa z materią malarską, za każdym razem zostaje jednak w jakiś sposób zakłócona interwencją autora, który w ten sposób przypomina jednak o tym, że mamy do czynienia z malarstwem. Farba leje się dosłownie, sztuczne światy eksplodują farbą. Jeden z budynków okazuje się mieć różowe podpiwniczenie, umieszczone pod nim jakby w formie cyfrowej wizualizacji 3D, co przy całym jego postmilitarnym lub postindustrialnym charakterze stanowi niemniejszy zgrzyt niż eksplozje innych domów makiet, brązowa aureola wykonana brzegiem słoika lub puszki po farbie nad głową czarno-białego popiersia młodej kobiety upozowanej, pierwotnie w zupełnie niesakralnych zapewne celach, jak w typie madonny boleściwej, sprawia wrażenie przypadkowego zabrudzenia.

 

kamil stańczak

 

Podobnej malarskiej korozji ulegają małe obiekty Stańczaka. Farba zastyga w nich strugami, z drzwi małego modelu bunkra wylewa się jako ciemnogranatowa masa, koło malutkiej studni z drzewem, jakby wyjętych z kolejowych makiet, przecieka strugami przez grunt pod nim tworząc przestrzenną strukturę. Dosłowny, czasem nieco komiksowy sposób konstruowania rysunkowego szkieletu w pracach artysty, odwoływanie się do estetyki czarno-białej fotografii bez tych interwencji byłby zapewne pustym gestem. Marginalność wszelkich obrazów, rzeczy, pojęć, które możemy sytuować na, definiowanych przez każdego z nas na swój sposób, peryferiach jest złudna. Dążąc do jakiegokolwiek dowolnie pojmowanego centrum, ku jakiemuś celowi mijamy wciąż peryferyjne, bo nieistotne dla nas, obrazy, miejsca, rzeczy. Może to miałkość kojarzonych z nimi obrazów, ich prowokacyjna czasem pustka wizualna i znaczeniowa, prowokują malarza do ich skaleczenia, zarażenia ich ową malarską korozją, lub częściowej ich destrukcji, dają szansę uwolnienia się od nich lub nadania im nowego znaczenia lub zburzenia ich pierwotnego sensu wynikającego z formy i kontekstu, z którego zostały przez Stańczaka wyjęte. Wydaje się, że swoją ingerencją zaprawioną nutą sarkazmu, artysta chce je pozbawić (rozumianych po barthes’owsku) mitów, którymi pierwotnie mogły być obarczone. Militaria przestają być niebezpieczną ewokacją wojny – stają się kolorowym namalowanym, modelem, kombajn przestaje być wielką maszyną – staje się kolorową zabawką, modelka z całkiem frywolnego zdjęcia zostaje na chwilę madonną lub po prostu wymiotuje farbą. Pewnie też dzięki temu, przenosi je ze sfery peryferyjnej w centrum naszej uwagi. Podnosząc do rangi tematu dzieła sztuki tematy „znalezione” w bliskiej mu ikonosferze, używa starej metody o dadaistycznej proweniencji. Czyni to jednak za pomocą na tyle świeżych i własnych środków, że jesteśmy mu w stanie zaufać. Tym bardziej, że język plastyczny, którym się posługuje wydaje się być całkiem spójny już od pierwszych prezentacji jego prac.

kamil stańczak

 

kamil stańczak

 

Debiut Kamila Stańczaka miał miejsce w 2005 roku na wystawie zbiorowej Nova Biała w Galerii Białej, a rok później pierwsza wystawa indywidualna „Następny proszę”, również w Białej. Wystawy te pociągnęły za sobą udział w kolejnych wystawach, z których najistotniejszy był chyba udział w 2007 roku w wystawie „Malarstwo Polskie XXI wieku” w Zachęcie. Jednak nie chodzi mi o powielanie informacji biograficznych o artyście, dostępnych na nieodległych stronach Białej i na stronach tego bloga. Wolałbym raczej podkreślić pewną konsekwencję jego metody wycinania z rzeczywistości jej skrawków, fragmentów – wizerunków przedmiotów, osób rzadziej zwierząt, które jak sam określił, składają się na „jeden duży obraz”. Tym skrawkom rzeczywistości artysta nadaje jednak interesujące go znaczenia. Może dlatego tak bliskie są obiektom, fantastycznym, afunkcjonalnym, mechanizmom, które oprócz prac malarskich prezentował. One również na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie wziętych z rzeczywistości okazując się po bliższym spojrzeniu absurdalnymi machinami do malowania, miotania farby lub latania. W tym co robi Stańczak najbardziej interesujący jest dla mnie, oprócz warstwy wizualnej, ów proces poszukiwania lub żonglowania znaczeniami wziętych przez niego „na warsztat” wizerunków.

Ernom

P.S. Wystawa w Puławskiej Galerii Sztuki, POK „Dom Chemika” trwa do 30.11.08, czynna jest w godz. 10.00 –18.00 (oprócz poniedziałków), ul . Wojska Polskiego 4,

piątek, 24 października 2008
Sympozjum Wobec Formy Otwartej Oskara Hansena


PROGRAM


Dzień pierwszy – 24.10.2008 (piątek), od godz. 12.00

Wystawa – Agnieszka Polska, „Obiekty”,
kurator: Marta Ryczkowska
Lubelskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych, ul. Rybna 4,
otwarcie o godzinie 12.00,
24 i 25 października wystawa dostępna w godzinach 10.00 - 18.00
wystawa czynna do 5 listopada,
poniedziałek – sobota w godzinach 10.00 - 15.00

Wystawa – Adam Spychała, „Clues to our past and future existence”,
kurator: Marta Ryczkowska
Państwowe Muzeum na Majdanku, Droga Męczenników Majdanka 67,
otwarcie o godzinie 13.30,
projekcje w dniu 24.10 w godzinach 13.30 - 16.00;
w dniu 25.10 w godzinach 9.00 - 10.00, 11.30 - 12.30, 14.30 - 15.30
wystawa czynna do 6 listopada z wyłączeniem 3 listopada
w godzinach 8.00 - 16.00, projekcje 12.00 - 13.00

Wystawa – Yane Calovski i Hristina Ivanoska
„Oscar Hansen’s Museum of Modern Art”,

kurator: Magdalena Linkowska
Galeria KONT (ACK UMCS), ul. Zana 11,
otwarcie o godzinie 15.30,
24 i 25 października wystawa dostępna w godzinach 10.00 - 18.00
wystawa czynna do 7 listopada,
poniedziałek - piątek w godzinach 16.00 - 19.00
lub po telefonicznym umówieniu: +48 605616123

Główne otwarcie wystaw towarzyszących Sympozjum Wobec Formy Otwartej
Wystawa – Grzegorz Kowalski, „Obiekty i projekcje”,
kurator: Marcin Lachowski
Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. H. Łopacińskiego w Lublinie,
Lublin, ul. Narutowicza 4,
otwarcie o godzinie 17.00,
UWAGA!   Wystawa dostępna dla publiczności również przed otwarciem,
w terminie 20 – 31 października,
24 października wystawa dostępna w godzinach 10.00 - 18.00,
natomiast 25 października w godzinach 10.00 - 15.00
w pozostałe dni wystawa czynna od poniedz. do soboty w godz. 10.00 - 15.00

Wystawa – PSF
(Pawilon Stabilnej Formy – Cezary Klimaszewski, Tomasz Kozak i Tomasz Malec)
„PSF – dobra rada”, wprowadzenie: Tomasz Kozak
mieszkanie prywatne Michała Ławnikowicza i Anny Wojewódki,
Lublin, ul. Narutowicza 25/10,
otwarcie o godzinie 18.30,
wystawa dostępna do 27 października tylko po tel. umówieniu: +48 693154913

Pokaz filmów WFO, kurator: Paulina Zarębska,
- Artur Żmijewski, Sen Warszawy, 2005, 18 min.
- PSF, Forma Otwarta jako passe-partout patriarchatu?, 2007, 6 min. 39 s.
Centrum Kultury w Lublinie, ul Peowiaków 12, sala czarna, godz. 20.00



____________________________________________________________________



Dzień drugi – 25.10.2008 (sobota), od godz. 10.00

Sympozjum Wobec Formy Otwartej Oskara Hansena,
moderator: prof. Piotr Juszkiewicz
Instytut Nauk o Ziemi UMCS w Lublinie, Al. Kraśnicka 2 cd –
wejście od ulicy Głębokiej

Wykłady i prezentacje według alfabetycznego spisu uczestników:

Czesław Bielecki,
„Pragmatyzm utopii 30 lat później”;

Yane Calovski i Hristina Ivanoska,
„Research into Content: Oskar Hansen’s Museum of Modern Art in Skopje”;

dr Jacek Friedrich,
„Kilka uwag o języku Oskara Hansena”;

prof. Piotr Juszkiewicz,
„Przestrzeń, czas i pamięć. Projekt pomnika w Oświęcimiu”;

prof. Małgorzata Kitowska-Łysiak,
„Jakich pomników potrzebują ocaleni?”;

prof. Grzegorz Kowalski,
„Ostatnia wystawa Oskara Hansena”;

Tomasz Kozak,
„Oskar Hansen – dyktat za demokratyczną fasadą?”;

dr Marcin Lachowski,
„Poza Formę Otwartą”;

Hubert Mącik,
„Utopia w służbie systemu?”;

dr Łukasz Ronduda,
„Postesencjalistyczne strategie Formy Otwartej
na przykładzie twórczości Pawła Freislera”;

Mona Steinsland,
„Experiencing and teaching Open Form”;

dr Andrzej Szczerski,
„LSC i awangardowa utopia”;

więcej na: http://www.kont.umcs.lublin.pl

piątek, 10 października 2008
ZDAERZENIA 2008 - PROGRAM

24.10 / PIĄTEK 

17:07 wykład "Biało na czarnym: kultura afro-amerykańska i jej polskie reprezentacje (muzyka, film, literatura).” - dr Andrzej Antoszek [MS]

18:12 performance "Matki Polki Ósmy Marca” - Anna Biernacka [SW]

18:41 wernisaż wystawy fotografii Marcina Bocińskiego (absolwent Akademii Fotografii) „Outdoor” [HOL]

19:01 spotkanie autorskie z Pawłem Żakiem (wykładowca Akademii Fotografii) [MS]

19:06 performance „Schody I.” - D-e-F [FOY]

19:33 akcja „Nr 1.” - Tektura [sala boczna BE]

19:36 „Kartonbar” - filmy Karola Bartona [SW]

20:39 koncerty: Patrapapapak / Thinguma*jigSaw / KAR MA PA [BE]

         after: Redekonstrukcje SoundSystem

 

25.10 / SOBOTA 

16:57 wykład „Czarne płyty w kolorze. Jamajskie trzaski w stereo.” - Andrzej Kępski AKA Natty B (Love Sen-C Music Sound System, Geto Blasta) & Bartosz Wójcik AKA Wójcik Bartosz (Podatnik, Kredytobiorca) [MS]

18:02 otwarcie wystawy „Make your own ready-made” [HOL]

18:11 spektakl „Trzy Dźwięki” - Zespół Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej [SW]

19:06 sytuacja dźwiękowa „wnętrze rzeczy” - Zubra2 [SC]

19:17 pokaz filmów Rafała Kucharczuka (absolwenta Akademii Fotografii) [SW]

19:31 spotkanie autorskie z Michałem Gozdkiem, fotografem i konstruktorem kamer otworkowych OMFMAN (spotkanie na zaproszenie Akademii Fotografii) [MS]

19:38 „Barszcz ukraiński” - pokaz animacji ukraińskich [SW]

20:13 koncerty: Kim Nasung / KERD / Jacek Lachowicz / Psychocukier [BE]

         w przerwia: ackja „Nr 2.” - Tektura [sala boczna BE]

         after: Śmierć Disko Sound(s)

 

26.10 / NIEDZIELA 

17:32 spektakle Teatru Tańca: „Cień Anioła” Ewelina Drzał, Justyna Żminkowska / „Roll Out_Step 2” Justyna Konstańczuk / „IQ” Daria Dziedzic, Anna Żak  / przerwa 15min. / „Swan..like” Barbara Bujakowska / Luka sensu” (work in progress) Maria Lowas [SW]

19:17 Poetry Jam Session [MS]

20:32 „Barszcz ukraiński” - pokaz filmów ukraińskich [SW] 

 

[SW] – Sala Widowiskowa

[MS] – Mała Scena (I piętro)

[SC] – Sala Czarna (II piętro)

[FOY] – Foyer

[HOL] – Korytarz

[BE] – Brakujący Element/Klub Festiwalowy (były 5 Element)

[sala boczna BE] – sala boczna Brakującego Elementu/Klubu Festiwalowego


bilet na jeden dzień: 10 PLN
karnet na wszystko: 20 PLN
karnet grupowy dla 5 osób: 80 PLN
do kupienia tylko w kasie ACK

Festiwal realizujemy przy pomocy finansowej Miasta Lublin.

Uwaga! Organizatorzy zastrzegają możliwość zmian w programie.
Na lepsze oczywiście!

www.zdaerzenia.pl

poniedziałek, 06 października 2008
Wystawa „Make your own ready-made” czyli: Obywatelu! przynieś swoje dzieło sztuki
 

"W wolnym tłumaczeniu "przedmiot gotowy" - nazwa nadana przez Marcela Duchampa pracy, na którą składa się masowo produkowany przedmiot, niekiedy tylko nieznacznie zmieniony

i zaprezentowany w charakterze dzieła sztuki. Pierwszym ready-made było koło rowerowe zamontowane na stołku. Dało ono początek wielu podobnym aktom twórczym polegającym na wyjmowaniu obiektu z jego kontekstu i nadawaniu mu decyzją artysty nowego znaczenia. Najgłośniejszym ready-made jest odrzucona przez salon Towarzystwa Artystów Niezależnych w Nowym Jorku "Fontanna" z 1917 r., czyli pisuar podpisany przez Duchampa nazwiskiem rzekomego producenta urządzeń sanitarnych R. Mutta.

                                       

 

Podobne gesty czynili później Pablo Picasso, surrealiści, przedstawiciele pop artu czy twórcy asamblaży. Tego typu działania, w których liczy się raczej decyzja artysty, a nie materialne dzieło, przyczyniły się także do powstania konceptualizmu.

 

Znany w świecie sztuki zagraniczny artysta, odwiedzając liczne wystawy, biennale, festiwale,

kierując się przesłaniem Duchampa propaguje hasło „wolnej sztuki” wśród społeczeństwa. Od największych metropolii po najmniejsze wioski organizuje wystawy dzieł tamtejszych mieszkańców. Największym, jak dotąd zaskoczeniem była dla niego wystawa organizowana w Szkocji, na wsi oddalonej od najbliższego miasta o 87km. Pewien sędziwy rolnik trafnie interpretując słowa zachęty, przyprowadził swą owcę, „najpiękniejszą w stadzie, we wsi i na całym świecie! I niech kto powie inaczej!”.  Po około piętnastu minutach eksponowania  wdzięków owca „wydobyła” kwintesencję swego bytu na posadzkę tymczasowego muzeum. Kurator był zachwycony, i jak dotąd pasterz znajduje się w czołówce międzynarodowego rankingu wolnych twórców.

                                   

Końcowe podsumowanie wszystkich wystaw odbędzie się na początku 2009 roku w rodowitym mieście zwycięzcy.  Z tego względu nazwiska twórców oraz głównego kuratora wystawy zostaną ujawnione dopiero 30 grudnia 2008 w Izraelu. Zostanie również otwarta oficjalna strona internetowa projektu.

                                

Obywatelu! Przynieś do nas Własne dzieło sztuki! Może to być przedmiot już gotowy, codziennego użytku, masowo produkowany czy nawet obierki ziemniaczane.

Ważne aby Dla Ciebie istotny był jego wizerunek estetyczny, symbolika czy inne, Twoje własne kryterium wyboru. Forma oraz temat pracy są dowolne. Obywatele! Sami tworzycie wystawę!

Wystawa jest organizowana w ramach Festiwalu Kultury Alternatywnej "ZdaErzenia". Prosimy o przynoszenie prac do Chatki Żaka 25 października w godzinach 15:00-17:30. Otwarcie wystawy nastąpi tego samego dnia o godz.18:02 w holu głównym w Chatce Żaka."

 

/z materiałów przesłanych przez Komisariat ZdaErzeń/

 

piątek, 03 października 2008
ZdaErzenia wracają!

W dniach 24-26 października 2008 w ACK UMCS „Chatka Żaka” w Lublinie, odbędzie się kolejna edycja Festiwalu Kultury Alternatywnej “ZdaErzenia”.

W dniach 24-26 października 2008 w ACK UMCS „Chatka Żaka” w Lublinie, odbędzie się kolejna edycja Festiwalu Kultury Alternatywnej “ZdaErzenia”.

Jest to festiwal po trosze artystyczny, po trosze muzyczny, ale chyba zawsze najważniejszą jego płaszczyzną była sfera towarzyska. Festiwal od kilkunastu lat kreuje, interguje i inspiruje młode środowiska twórcze, dając pole do dialogu, wymiany doświadczeń i współpracy. Jest tubą lubelskich artystów i animatorów, a lubelskiej publiczności daje szanse na zobaczenie interesujących nowych zjawisk w kulturze i sztuce. 




ZdaErzy się: 

Teatr/taniec/dźwięk: „Trzy Dźwięki” Zespół Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej, „wnętrze rzeczy” zuBra2, „Cień Anioła” Ewelina Drzał i Katarzyna Żminkowska, „intro_roll” Justyna Konstańczuk, „IQ” Daria Dziedzic i Anna Żak, „Swan...like” Barbara Bujakowska

Performance/happening: „Matki Polki Ósmy Marca” Anna Biernacka, „Schody I.” D-e-F, „Nr 1” & „Nr 2” Tektura

Fotografia: wystawa prac studentów Akademii Fotografii w Warszawie, wystawa projektu „Lublin - miejsce rzeczywiste, miejsce wyobrażone: O duchach miasta i miejscach, w których żyją"

Film: Kartonbar – filmy Karola Bartona, Barszcz ukraiński: animacje i filmy ukraińskie

Wykłady:  „Biało na czarnym: kultura afro-amerykańska i jej polskie reprezentacje (muzyka, film, literatura)” dr Andrzej Antoszek, „Czarne płyty w kolorze” Andrzej Kępski AKA Natty B & Bartosz Wójcik AKA Bartosz Wójcik

Muzyka: Thinguma*jigSaw, Lachowicz, Psychocukier, Patrapapapak, Kerd, Kar Ma Pa, Kim Nasung, Redekonstrukcje SoundSystem, Śmierć Disko Sound(s)

Poezja: Jam Poetry Session

Komisariat ZdaErzeń poszukuje wolontariuszy do pomocy przy organizacji imprezy. Zapraszamy na spotkanie wolontariuszy w czwartek, 9 października w ACK „Chatka Żaka” o godz.18:30 (przy portierni).

Festiwal realizujemy przy pomocy finansowej Miasta Lublin.

Komisariat ZdaErzeń

www.zdaerzenia.pl
www.myspace.com/zdaerzenia


poniedziałek, 22 września 2008
Anna Maria Karczmarska - POJEDYNEK
Gombrowicz, jak wiemy z jego Dzienników, w Paryżu wobec zgromadzonego towarzystwa ściągnął portki. (W. Gombrowicz, Dzienniki 1961-66). Anna Maria Karczmarska we współczesnej Warszawie, zrzuca z siebie strój z zamierzchłej epoki, stając naprzeciw starej, zdewastowanej kamienicy na osiedlu Praga Północ. Na przekór pobliskiemu pomnikowi Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni i przypadkowym przechodniom, przez krótką chwilę staje naga, w butach na obcasach, przez co bardziej jeszcze naga. Dominuje żeby po chwili ulec. Gest artystki, mimo iż bardziej teatralny niż naszego literata, gdzieś się jednak z nim spotyka. Opuszczone tak po prostu spodnie, wśród intelektualnie dopiętego na ostatni guzik, pachnącego towarzystwa, paradoksalnie korespondują z obnażeniem młodego ciała, w przyobleczonej w pomniki Polsce. I mimo, że figura ta również przypomina posąg, to przez kontekst wciąż jest cielesna i naga. I dziwne to może, że w erze natłoku erotycznych podtekstów na reklamowych billboardach, odważna nagość z Polską w tle po raz kolejny jest zabiegiem trafionym. Warto zapytać dlaczego?
 
 
anna maria karczmarska - pojedynek
 

Otóż, Karczmarska zamiast uparcie kontynuować modne wideo, wycofuje się w przeszłość. Sięga po kamerę 16 mm i w inteligentny sposób naśladuje konwencję niemego kina, tylko po to aby za chwilę ją złamać. Dysonans pomiędzy tym, co w myśl przyzwyczajenia widza powinno było się wydarzyć a bezpośrednio ukazaną nagością w późniejszych ujęciach, jest zbyt wymowny aby go nie odczuć. W oczach widza oswojonego z widokiem wijących się nagich ciał z internetowych portali, ciało Karczmarskiej nawet w nieco wystylizowanej figurze, przypominającej manekinowate postaci z plenerów miejskich Helmuta Newtona, wydaje się być aktem reinterpretacji wizerunku kobiecego ciała. Gombrowicz pisze: (...) ja, smętny kochanek zagubionej przeszłości... (...) I kusiła mnie ta sztuczka żeby nagle wywyższyć i wyodrębnić im kogoś skatalogowanego. I jeżeli walka o naturalność piękna kobiecego ciała jest wątkiem dostatecznie wyeksploatowanym, to w przypadku Karczmarskiej staje się świeżym, może dlatego, że niezamierzonym, pojawiającym się niejako samoistnie. Ponadto, nie czuje się, iż wynika z chęci przezwyciężenia kompleksu, przeciwnie - ciało artystki znakomicie wpisuje się w konwencje, jednakże rozsadza je, wyzywa swoją naturalnością. Oto - pisze Gombrowicz - czemu piękność młoda jest pięknością nagą, jedyną, która nie potrzebuje się wstydzić. I ktoś stale zespolony z młodością nigdy nie polubi stroju. To jest fundament mojej estetyki.

anna maria karczmarska - pojedynek

Liczne atrybuty jak czarna peleryna, pistolet czy w końcu opaska na oczach, przydają jej znamion bezosobowej alegorii. Nawiązując szczególną relację poprzez sugestywność narracji oraz pojedynek z okaleczoną kamienicą aktorka zdaje się niejako reprezentować architekturę miasta, samą Warszawę jak i Polskę (która przecież również jest rodzaju żeńskiego) stłumioną fallicznie dominującym Pałacem Kultury i Nauki. Notabene to właśnie w Loży Stalina artystka stała wcielona w Matkę Boską podczas jednego ze swoich performance. I właśnie na tej granicy mówiąc słowami Georgesa Bataille'a pomiędzy świętą a grzesznicą inscenizuje ona swoją postać. (G. Bataille, Erotyzm, 1957). Chociaż film poprzez ścieżkę dźwiękową i sam wątek pojedynku zdaje się nawiązywać do dzieła Stanleya Kubricka pt.: Barry Lyndon z 1975 roku, to moim zdaniem bliższy jest on ostatniemu obrazowi mistrza. To właśnie do Oczu szeroko zamkniętych (1999) odsyła akt zrzucania peleryny. Nagość Karczmarskiej wydaje się nawiązywać do uczestniczek tajemniczego misterium. Nagość jest przeciwieństwem stanu zamkniętego, to znaczy istnienia nieciągłego. To stan otwarcia, poszukiwania możliwej ciągłości bytu poza sobą. Ciała otwierają na ciągłość swe tajemne kanały, które nam dają poczucie bezwstydu. Bezwstydem jest zamęt, który sprawia, że nie panujemy nad ciałem, że tracimy trwałą i wyraźną osobowość (G. Bataille, Erotyzm, 1957) .

Wątek rytuału ciała, swoistego erotyzmu i kobiecej ofiary kusi aby interpretować obydwa dzieła w duchu wspomnianego Bataille'a. Cóż znaczy erotyzm ciała, jeśli nie pogwałcenie istoty partnerów? Pogwałcenie które graniczy ze śmiercią, które graniczy ze zbrodnią. Wszelki erotyzm ma na celu dosięgnięcie istoty w najczulszym punkcie, tak by zamarło w niej serce.

anna maria karczmarska - pojedynek

O wymowności i sile dzieła Karczmarskiej stanowi fakt emocjonalnego podłoża użyczonego inscenizacji filmowej przez realność rozgrywającej się akcji. Iluzja filmowego obrazu w ciekawy sposób igra z mającym rzeczywiście miejsce wydarzeniem w dychotomicznym napięciu. Niejednoznaczność świata przedstawionego powoduje, iż narasta na nim sieć symbolicznych znaczeń. Artystka w odważny sposób, aby znowu użyć słów francuskiego pisarza, dokonuje rozbicia form ustanowionych, tych uregulowanych form życia społecznego, na których zasadza się nieciągły porządek określonych jednostek, jakimi jesteśmy. Robi to - dokonując pewnego "przejścia", które w tym filmie spotykamy na kilku płaszczyznach, a w swej najciekawszej postaci jest pojedynkiem z samą sobą. Myślę, - pisze Bataille - że człowiek może p r z e z w y- c i ę ż y ć   to, co go przeraża, może temu spojrzeć w oczy i za tę cenę zrozumieć samego siebie, skończyć z tą dziwną niewiedzą, która go do tej pory określała.

Piotr Pękala

13:25, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 lipca 2008
"Spacerkiem po Lublinie"


Poprzedni tekst, mający osobisty i ciepły charakter, zachęcił mnie do krótkiej i chyba jeszcze bardziej subiektywnej refleksji dotyczącej tego co „w trawie piszczy” w dziedzinie sztuk wizualnych, którym tenże blog jest poświęcony. Otóż lata temu, bodajże w „Kurierze Lubelskim”, jedna z cyklicznych rubryk zatytułowana była „Spacerkiem po Lublinie” i chociaż autora lub autorów tych, krótkich (o ile pamiętam o interwencyjnym charakterze) artykułów nie pamiętam – to w głowie do dziś pozostał mi tytuł i czasami, kiedy czas i okoliczności sprzyjają, uświadamiam sobie, że właśnie jestem w trakcie całkiem spontanicznego, niespiesznego „spacerku po Lublinie” lub tuż po nim. Niespiesznej atmosferze ostatniego sprzyjały, pierwsze, nieco rozleniwiające, upalne dni w tym roku. Ulegając owej atmosferze, postanowiłem zaufać pierwszym wrażeniom, pierwszym impulsom, które do mnie dotrą podczas tej niewymuszonej żadnym obowiązkiem wędrówki.
Poza rzeczywiście imponujących rozmiarów przedsięwzięciem pt. „Remont generalny”, o którym na tej stronie i na stronie Galerii Białej (www.biala.free.art.pl) całkiem sporo informacji można już odnaleźć, i do którego jeszcze wrócę – udało mi się trafić na wystawę odbywającą się również w kilku przestrzeniach, również zbiorową (choć kameralną w porównaniu z projektem zrealizowanym przez „Białą”). W galeriach: Grodzkiej i Labirynt 2 miała miejsce (otwarta do 6.07.08) wystawa „Minimum-Maksimum”, której kuratorem był Andrzej Mroczek. Jak sam o niej napisał: Inspiracją do tej wystawy i jej tytułu była dla mnie znana, wyznawana przez artystów Minimal-art'u zasada, że "mniej oznacza więcej". Oprócz dwóch interesujących prac „klasyków” sztuki najnowszej: Mirosława Bałki „136x120x44”z 2007 r. i Mikołaja Smoczyńskiego „studia nad alfabetem: o, o, o” z 2008 r, prezentowanych w Galerii Labirynt 2, zatrzymała mnie realizacja, której autorem jest Kurt Fleckenstein (www.labirynt.com ; www.kurt-fleckenstein.com). Minęło letnie rozleniwienie i kompletnie zapomniałem o minimalistycznej, proweniencji formy tej pracy (przypominającej płaszczyzny układane z metalowych prostokątów przez Carla Andre) i kontekście wystawy zbiorowej, w którym się znalazła. Spora szachownica, ułożona na podłodze galerii z płaskich, plastikowych paneli wypełnionych na przemian czarnym i czerwonym płynem zatytułowana i opisana była: „Szachy- cesarska gra”, 2008, pleksi, ropa naftowa, krew, 320 x 320. Krew i ropa naftowa – pola szachownicy sąsiadujące ze sobą, w każdym z płynów mogłem zanurzyć palec, z każdego z nich „korzystam” na co dzień, wiadomości dotyczące tych dwóch płynów codziennie w mniej lub bardziej oczywisty sposób pojawiają się w wydaniach wszystkich dzienników, zarówno tych drukowanych, radiowych jak i telewizyjnych. Obydwa są nośnikami różnych, ale jednak, energii. Wydobycie jednego z tych płynów, dominacja w regionach jego występowania – w zadziwiający i od lat podobny sposób wpływa na przelanie drugiego. Nie zmieniło się wiele, czego dowodzą całkiem aktualne konflikty zbrojne, nie zmieniły się „zasady” gry, tak jak od półtora tysiąclecia niewiele zmieniły się zasady gry w szachy, postrzeganej wtedy jako rozrywka jeśli nie tylko cesarska, to z pewnością ludzi o ustalonej pozycji społecznej. Mam też wrażenie, że kulisy i reguły „gry” w ropę, której baryłka z dnia na dzień drożeje, też niekoniecznie są dostępne większości jej konsumentów. Patrząc na szachownicę Fleckensteina mam raczej wrażenie, że mimo formy, znajduje się ona blisko nurtu ozdobionego przez krytyków szyldem sztuki krytycznej lat 90-tych XX wieku lub po prostu sztuki zaangażowanej. Gdyby nie jej forma, mocno zakorzeniona w tendencjach minimal-artu, miałbym do czynienia tylko z ostrą, zbyt oczywistą publicystyką. Tak na szczęście nie jest.
Podobną, chyba jeszcze bardziej, niesamowitą zdolność powściągnięcia języka porozumienia z odbiorcą, poprzez wybór materiału, tworzywa i formy, z której korzystają - odnalazłem u dwóch artystów biorących udział w trwającym równolegle projekcie Galerii Białej. Mirosław Maszlanko skonstruował, jak od lat - z traw i wosku, formę „przenikającą” dwie niewielkie sale dawnego szpitala, wcześniej klasztoru wizytek, w którym mieści się Centrum Kultury i w którego przeznaczonej do remontu części odbywa się wystawa „Remont Generalny”. Konstrukcja powtarza formę sklepienia obydwu sal a jednocześnie anektuje swoją kruchą obecnością ich wnętrza przypominając o kruchości każdej organicznej materii, jej przemijalności. Jak w poezji haiku oferując widzowi zdolnemu do zatrzymania się i kontemplacji „satori” – olśnienie, następujące dzięki odnajdowaniu ujawniających się powoli znaczeń. Idąc dalej tropem „tendencji zerowych” trafiłem na malarstwo Dariusza Korola, równie efemeryczne i delikatne jak konstrukcje Maszlanki. ”Malowane”- okopcane dymem świec w określonym porządku, białe powierzchnie, sporych rozmiarów obrazów, z racji nietrwałości tworzywa pozostają ciągle w procesie. Na pasach z rytmem „wykopconych” prostokątnych form, zapisują dotknięcia ciekawych widzów, ślady rąk opierających się o nie dzieci – upodabniają się do ścian dawnego klasztoru, na których zapisane zostały w mniej lub bardziej widoczny sposób i w znacznie dłuższym czasie ślady użytkowników tych murów.
O pracach tych dwóch artystów zdecydowanie trudniej jest pisać, niż o pracy Fleckensteina, który mówi niemal wprost, podaje zostawia wyraźne i czytelne tropy. Jednak dzięki temu, po ponuro brzmiącym komunikacie Fleckensteina, przy pracach Maszlanki i Korola zatrzymałem się na długo ...
Niedługo potem tym uświadomiłem sobie, jak bardzo bliski tym dwóm artystom okazuje się być Andrzej Bielawski, jak Fleckenstein, uczestnik wystawy w Galerii Grodzkiej, od lat używający do konstruowania swoich monochromatycznych obrazów równie ulotnych materii: papieru, ryżowego, wosku, popiołu, atramentu, czasem suchych liści. I nie jest to kwestia podobieństw formalnych a raczej szczególnego stosunku do materii, z których skonstruowane są te prace. Ich medytacyjne i minimalistyczne formy wcale nie „są tym co widzisz” – jak powiedział kiedyś Frank Stella o swoich obrazach – stanowią raczej zapisy procesów i emocji, refleksji ich autorów nad kruchością stanów materii, choć pewnie nie tylko.
Mając świadomość, że ścieżek i szlaków wytyczonych przez kuratorów obydwu wystaw odnaleźć można znacznie więcej, a jednocześnie będąc przekonanym, że obydwu wystawom i pozostałym ich uczestnikom poświęcone zostaną również inne teksty krytyczne – pozostaję przy trasie mojego „spacerku”, ani trochę nie żałując jej wyboru.

Ernom







czwartek, 12 czerwca 2008
REMONT PROWOKUJE (WSPOMNIENIA)


Wystawa Remont Generalny lokuje się między tym, co rzeczywiste a tym, co wyobrażone, między teraźniejszością a przeszłością, w kontekście naturalnie niszczejącej architektury, przejściowo bezpańskiej i porzuconej. W istocie dzięki artystom martwe wnętrza ożyły, a historia zabytkowego obiektu ma nowy epizod.  

  
Wchodząc na klatkę schodową, mijam stare drzwi z szyldem: Katedra i Zakład Farmakognozji Akademii Medycznej. Wspomnienia ożywają. Przecież ja tutaj bywałem jako ośmio- dziewięciolatek; odwiedzałem mamę, która pracowała przed laty w jednej z sal pierwszego piętra. Przed oczami staje nagle wywołany z pamięci obraz: długi, jasny korytarz. Była w nim szatnia oraz przeszkolone gabloty i gablotki, a w nich pudełka na leki z obco brzmiącymi nazwami, albo farmaceutyczne buteleczki z różnokolorowymi proszkami zaopatrzone w etykietki z nazwami po łacinie. Spoglądam na ściany, a na nich historia sztuki w obrazkach od prehistorii do sztuki najnowszej. To dolny pas. Ponad nim – epizody z historii naturalnej – od pierwotniaków do kontrowersyjnego projektu Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i meczu Polska-Niemcy na Euro 2008. Praca rysownika Mariusza Tarkawiana, monumentalna i pracochłonna, ukazująca swoistą ikonosferę, w której stale się obracamy zaglądając do podręczników opowiadających dzieje sztuki i człowieka albo włączając TV. Zastanawiają proporcje. Na jednej długiej ścianie wiele tysiący lat historii, na drugiej (tylko) XX i XXI wiek. Bliższa nam historia jest bardziej nasycona obrazami, bardziej znana i oswojona. Przeszłość ginie w uogólnieniach. W oddali majaczą dwa rysunki dzieł kluczowych dla sztuki XX wieku: czarny kwadrat Malewicza i pisuar Duchampa – swoiste „kamienie milowe” nowoczesności. Wobec Malewicza na wystawie sytuują się jednak chyba tylko dwie prace: Grzegorza Klamana i Darka Korola, więcej tu prac z ducha Duchampa: od instalacji Michała Stachyry, poprzez Gazobetonownię po Roberta Kuśmirowskiego.


Pamiętam, że najbardziej lubiłem pracownię z mikroskopami. Często przynosiłem tam własne preparaty. Z wypiekami na twarzy zaglądałem w okular, aby podziwiać struktury ukryte przed okiem nieuzbrojonym. Ile w tym było fascynacji, ile odkryć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że fotograficzne powiększenia drobin Jana Gryki, oprawione i wyeksponowane na ścianach klatki schodowej wiodącej na pierwszą kondygnację, mają coś z preparatów. Tylko, czy można się nimi zachwycać? Trafiam do dwóch sal z instalacją Mirosława Maszlanki. Tutaj czuję się naprawdę dobrze. Dlaczego? Bo to harmonijna praca nawiązująca w swej przemyślnej kopułowej strukturze stworzonej z trzcin połączonych pszczelim woskiem do barokowego sklepienia wnętrza. Jest w niej równowaga i powaga. Pachnie tu pasieką i trawami. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tymczasowości tej medytacyjnej realizacji, której towarzyszy autokomentarz artysty z dwoma cytatami z Biblii. Myśli znów dryfują w przeszłość pobudzane wspomnieniami. Co tu było? Pamiętam! Laboratorium, do którego z reguły nie miałem wstępu, ale ukradkiem zaglądałem przez uchylone drzwi lub czasem mogłem na chwilę wejść pod nadzorem poważnego pana w białym fartuchu. Laboratorium składało się z kilometrów przezroczystych rurek, wężyków, buzujących kolorowych płynów w kolbach i mnóstwa szafek wypełnionych laboratoryjnymi próbówkami i naczyniami. Istne królestwo alchemika. Miejsce magiczne, tajemnicze i nieprzystępne. Plątanina trzcinek przypomina mi ten obraz z przeszłości, niewyraźny i zamazany.


Obok jest sala z pracą Dominika Lejmana, która też jest mgliście rozmyta. Dominik Lejman pozornie w sposób oczywisty nawiązał w swej wideo instalacji do sceny Ukrzyżowania. Pozornie, gdyż – przeciwnie do większości artystów zwykle podejmujących ten temat – zamiast „działać” powiększoną w stosunku do rozmiarów naturalnych skalą postaci, zminimalizował je w swej projekcji, jakby pomniejszając rolę i znaczenie tej sceny. U Lejmana Ukrzyżowanie – kulminacyjny moment historii Zbawienia – „zanika”, staje się niewyraźne, gubi trudne do wypatrzenia szczegóły, wobec czego stajemy bezradnie niespokojni, nie mogąc jednoznacznie odczytać niewyraźnych detali. Ale wiadomo przecież, że to nie przypadek, lecz zamierzony efekt, który każe pomyśleć o symbolice tego pomniejszenia: dzisiejszym ukierunkowaniu kultury dalekim od problematyki sacrum, marginalizowanej i pozostającej niemal w zaniku. Właśnie: sacrum. Ta wystawa naprawdę ma wiele wątków symbolicznych, odsyłających do sfery niewypowiedzianego. Odleglejsza w czasie (niż ta przez mnie zapamiętana) historia obiektu przywołuje imaginacyjne obrazy klasztoru. Co wiemy o sięgającej XVIII wieku przeszłości? Nikt nam już o niej nie opowie, a przecież tyle historii, ile pamięci. Może gdzieś istnieją jakieś archiwa dawnego klasztoru wizytek? Podobno ślady wiodą aż do Anglii, gdzie do dziś sukcesorki tych samych wizytek, które kiedyś były w Lublinie, mają swój dom zakonny. Pozostają kamienie i legendy. Krąży jeszcze pewna opowieść, dość przygnębiająca, która przypomina mi się przy okazji oglądania pracy Roberta Maciejuka o kazimierskich betankach i ich nieszczęściu zbiorowego zaślepienia. To legenda o mrocznej tajemnicy wizytek, które jedną z sióstr miały więzić w sąsiadującym z klasztorem lamusie. Powód: podobno postradała zmysły. Mam nadzieje, że to tylko ludowa pieśń, a ta być musi – jak u Greków – aby dramat mógł być napisany. Ten dramat na razie nie został dopisany. Chociaż temat uwięzienia odnaleźć można w pracy Pauliny Kary, gdzie natykam się na otwory z okiem. Oczy wpatrują się we mnie budząc niepokój, potęgowany jeszcze przez odgłosy wydobywające się gdzieś z wnętrza wielkiego pudła, w którym te oczy są zamknięte. Stara architektura, zwłaszcza opuszczona i zrujnowana, o tak skomplikowanej historii (klasztor, szpital, Akademia Medyczna) stymuluje epatowanie nastrojem grozy, co genialnie wykorzystał Robert Kuśmirowski w swej prostej instalacji z krzyżem zamkniętym w krypcie z obdrapanymi i zapajęczonymi ścianami, do której widzom pozwolił zajrzeć jedynie przez niewielki otwór.

Wędrowanie i zaglądanie do kolejnych sal przypomina mi zaglądanie sprzed lat: do pracowni, gdzie przebywali studenci, gdzie był skład leków, gdzie stały sprzęty wykorzystywane do badań naukowych. Coś z tej atmosfery jest na tej wystawie. Odnajduję też nową wersję znajomej pracy: złożoną z krawatów instalację Anny Nawrot. W ogóle jest znajomo. Jak w tytule książki: sztuka inna, sztuka ta sama.

P. M.

sobota, 07 czerwca 2008
Przed Remontem / Młode Forum Sztuki

 

widok wystawy

 

Magda Milczarek, Beata Nowicka, Jacek Wierzchoś

 

Wiola Głowacka 

 

Karolina Kościuk 

 

Agata Krutul 

 

Monika Zapisek 

 

Jakub Kiyuc 

 

Paulina Daniluk 

 

Dawid Jurek i  Kama Bubicz

 

Eliza Galey 

 

Paulina Chreścionko 

 

Marta Polkowska 

 

 

21:59, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Dodaj komentarz »
6 czerwca, remont generalny - otwarcie!


Ania Nawrot otwiera wystawę.

 

Leon Tarasewicz

 

Jan Gryka 

 

Mariusz Tarkawian 

 

Mirosław Maszlanko 

 

Grzegorz Klaman 

 

 Dariusz Korol

 

Anna Orlikowska 

 

Elżbieta Jabłońska

 

Anna Nawrot

 

Paulina Kara

 

Robert Maciejuk 

 

Krzysztof Sołowiej

 

Michał Stachyra 

 

21:38, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 czerwca 2008
3/4 czerwca - galeria biała, remont trwa...

Mariusz Tarkawian - słowo o XX wieku

 

 

Mirosław Maszlanko tka sieć.

 

Leon Tarasewicz - przy pracy, pośród kolorów

Leon Tarasewicz - przy pracy, pośród kolorów

 

Janek Gryka - magia barw

Janek Gryka - magia barw

 

Piotrek Wysocki & Robert Maciejuk - otwierają zakład ramiarski:)

Piotrek Wysocki & Robert Maciejuk - otwierają zakład ramiarski:)

 

Mariusz Tarkawian i Łukasz Głowacki - kontrola jakości:)

Mariusz Tarkawian i Łukasz Głowacki - kontrola jakości:)

 

Mirosław Maszlanko - adaptuje kolejną przestrzeń

Mirosław Maszlanko - adaptuje kolejną przestrzeń

 

Ania Orlikowska - uczy się elektryki:)

Ania Orlikowska - uczy się elektryki:)

 

 

Rafał Rosłoń - w oczekiwaniu na telefon i wytyczne od Stachyry:)

Rafał Rosłoń - w oczekiwaniu na telefon i wytyczne od Stachyry:)

 

... c.d.n.

 

 

 

13:44, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 czerwca 2008
2 czerwiec - Remont generalny - Galeria Biała

Leon Tarasewicz - walka z żółtą taśmą 

 


Praca wre, humor dopisuje 

 

Obrady przy kwadratowych płytach 

 

 

 

pomocne dłonie 

 

korytarz w tarakcie metamorfozy

 korytarz w tarakcie metamorfozy

 

Nauka Mariusza trwa dalej:)

Nauka Mariusza trwa dalej:) 

 

Leon przy pracy... mistrz i uczeń?:)

Leon przy pracy... mistrz i uczeń?:) 

 

ukochane farby...:)

ukochane farby...:) 

 

Mirosław Maszlanko - lepi w mroku...

Mirosław Maszlanko - lepi w mroku...

 

Otwarcie wystawy w piątek, 6 czerwca, o godz. 18.00.

 

18:22, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 kwietnia 2008
Jaki Nikifor - jaki Dwurnik?

 

 

K. Hołda w swoim wywodzie dobrze ukazała charakter prac Nikifora, chociaż nie podkresliła jak ważna była dla jego twórczości biografia. Niska pozycja w zhierarchizowanym społeczeństwie, oraz ułomność fizyczna stały się podstawą jego izolacji. Wydaje się, że właśnie w biografii (pomijając całą legendę) tkwi klucz do zrozumienia malarstwa Nikifora. Społeczne wykluczenie, niemożność komunikacji i kształcenia doprowadziła do stworzenia własnej, szczerej postawy twórczej. To właśnie ta niezależność artystyczna będąca z jednej strony bezpiecznym murem, a z drugiej sposobem komunikacji była ważnym elementem fascynującym wykształconych malarzy, którzy od lat 30. interesowali sie artystą. Ta wewnętrzna samodzielność, oderwanie od szkół, instytucji, dawała mu prawdziwą wolność, której inni twórcy mogli mu tylko zazdrościć. Dwurnik może intuicyjnie wyczuł tą inność i niezależność Nikifora.

nikifor

 

K. Hołda pisze: „Porównanie prac obu malarzy pokazuje, że Dwurnik chyba jednak nie do końca dorównał swojemu mistrzowi”. No cóż, na wernisażu E. Dwurnik mówił o wyższości swego mistrza i o swojej fascynacji. Pytanie czy rzeczywiście chciał mu dorównać? I w czym? Popularności-produkcyjności? Wykluczeniu i ostracyzmie środowiskowym? Należy chyba na wstępie uzmysłowić, że prezentacja w Galerii Białej miała na celu ukazanie pewnych sposobów wykorzystania fascynacji, i zaprezentowania potencjalnie wspólnego wycinka twórczości obu artystów. Potencjalnie - ponieważ są znaczne różnice między ich pracami (kolorystyka, kadrowanie, kreska, plany, kompozycja, figuratywność i jej brak, cel, ich charakter). Wycinek twórczości - ponieważ Nikifor tworzył także obrazy figuralne w tym wzorowane na feretronach wielokwaterowe kompozycje. Natomiast Dwurnik to w większości nie powszechnie znane obrazy miast – swoiste horror vacui, ale właśnie całopostaciowe, niezwykle ekspresyjne obrazy figuralne, abstrakcyjne, pejzaże, i akty. Dwurnik przeciętnemu widzowi nie znającemu się szerzej na sztuce, w tym na twórczości artysty kojarzy się właśnie z widokami miast. Z jednej strony chyba taki typ obrazu jest najłatwiej przyswajalny, rozpoznawalny i często staje się także lokatą. Z drugiej strony artysta często tworzy na zamówienie dostosowując się w tym do wymogów zleceniodawców.

dwurnik

 

K. Hołda napisała o fascynacji Dwurnika jego „romantyczną legendą” przy jednoczesnym braku zrozumienia wizji mistrza z Krynicy. Wydaje się, że jeżeli nawet studencka fascynacja malarska pojawiła się nagle, w nie do końca uświadomiony sposób, młody student próbował później zgłębić tajemnice malarstwa Nikifora, a jednym z przejawów było „fizyczne” wręcz odczucie takiego sposobu malowania. W związku z tym, z pewnością nie miało ono nic wspólnego z powierzchownym zainteresowaniem wyłącznie legendą Nikifora. Sam wspominał: „Potrząsnęła mną do tego stopnia, ze pojechałem po prostu w Polskę wieść życie wędrownego, biednego artysty. Pracowałem w plenerze, siadałem na ulicach małych miasteczek i rysowałem do upadłego, (...) czasem prawie głodowałem, doprowadzałem się do takich krańcowych stanów, no, prawie paranoja. Pod koniec dnia wpadałem w pewien rodzaj transu, który wynikał z takiego rytmu, powtarzania ruchu ołówkiem, i to zobaczyłem wyraźnie po latach, w obrazkach Nikifora, ze jest u niego ten specyficzny rytm, taka motoryczność, (...).”

dwurnik

 

Co do wymogu prowadzenia dialogu Dwurnika z Nikiforem trudno tutaj zgodzić się z K. Hołdą - bo czy każda fascynacja musi opierać się na jego prowadzeniu? Czy artysta nie może ograniczyć się do próby zrozumienia (o ile w ogóle możliwe jest wniknięcie choć minimalnie w świat drugiego artysty), analizy, czasem niemej adoracji, a kiedy indziej wyrywkowego przeszczepienia elementów formalnych czy treściowych. Owszem Dwurnik wykorzystał stylistykę Nikifora „jak gotową matrycę”, co nie jest żadnym przestępstwem, a co zdarzało się w sztuce już od starożytności (malarstwo pompejańskie naśladowało greckie, a XIX-wieczni malarze stosowali stylistykę drzeworytów japońskich – przykłady można mnożyć). Pytanie tylko w jakim celu wykorzystuje się ową matrycę. Dwurnik przejął z twórczości Nikifora linearyzm, częściowo tematykę, jednak stworzył zupełnie nowy obraz miasteczek. Prace na wystawie zwłaszcza z lat 60. pokazują jak młody student „uczył się” malarstwa Nikifora, jak próbował pojąć jego tajniki. Potem jego prace całkowicie się zmieniły – stały się dokumentacją polskiej rzeczywistości. I nie było w nich nic z ciszy, melancholii i zadumy tajemniczych, bajkowych miasteczek Nikifora. Ostra kolorystyka, ekspresja, deformacja, horror vacui, groteskowe postaci (częściowo wpływ malarstwa niemieckiego) – wszystko służyło ukazaniu oblicza polskiego życia w krzywym zwierciadle. Piętnował zużycie, szarość, kołtuństwo, brutalizację codzienności tak skrzętnie ukrywaną przez władze. Ewa Kuryluk pisała o rosyjskich obrazach z lat 30. i 40. z wystawy „Agitacja na rzecz szczęścia” jako o sztuce, która przyczyniała się do oszustwa. Świat na tych obrazach był idealny, a kraj pełen dobrobytu. Na obrazach Dwurnika widać groteskowy wizerunek współczesnego życia. W latach 80. stał się mentalnym dokumentalistą ówczesnej walki z władzą. Po przełomie 1989 r. artysta dalej tworzył obrazy widziane okiem demaskatora. Podobnie jak E. Redliński (Konopielka - Tranformejszen) nie rezygnował z sarkastycznego tonu. Ciekawe, że na ulicach jego miast coraz częściej pojawiają się zwierzęta - od tych swojskich jak krowy i owce po egzotyczne żyrafy. Biorąc pod uwagę tą pobieżna analizę nie może być tutaj mowy o plagiacie.

dwurnik

 

K. Hołda pisze: „Natomiast w olejnych obrazach Dwurnik traci całą nikiforowską subtelność, a w zamian daje – no cóż, anegdotę. Czyli akurat to, co umiał pominąć Nikifor (a czego nie umieli inni deptakowi malarze).” Dwurnikowi nigdy nie chodziło o nikiforową subtelność. Wykorzystując pewne formalne rozwiązania mistrza z Krynicy stworzył całkowicie własny język malarski doskonale współgrający z charakterem i celem jego prac. Także co do anegdotyczności w obrazach Dwurnika można mieć zastrzeżenia. Anegdota – gatunek narracyjny jako pojęcie często było dość płasko stosowane w terminologii opisującej jego twórczość (wymiennie z narracją). Zapewne ze względu na wielość wątków, liczne postaci, owo wrażenie „dziania się” przylgnęło do tekstów o Dwurniku i dziś ciężko się bez niego obejść. Jednak bardziej realne wydaje się odrzucenie tego pojęcia ponieważ jego obrazy są rodzajem malarskiego dokumentu, migawką obrazu widzianego. O tym braku narracji pisała prof. M. Poprzęcka czy Zdenek Felix. Prof. M. Poprzęcka napisała: „W całym swym dziele Dwurnik przedstawia, ale nie opowiada. Jego malarstwo nie jest ani narracyjne, ani literackie. Nie znajdziemy w jego obrazach żadnych literackich inspiracji, tematycznych odniesień, ilustracyjności, (...)”.

nikifor

 

K. Hołda napisała także: „W zestawieniu z emocjonalnym, płynącym ze szczerej potrzeby malarstwem Nikifora, prace Dwurnika stają się wykalkulowane, wyzute z emocji i, co gorsza, nie widać w nich żadnej koncepcji miasta jako jakiegoś ogólnego bytu, żadnego pytania o to, czym naprawdę jest miasto.” Co do emocji to jest ich dużo w obrazach Dwurnika choć ukrytych pod płaszczem sarkazmu i groteski. Ekspresjonizm, w którym celem było wyrażanie siebie, uwalnianie emocji posługiwał się podobnymi środkami stylistycznymi jak ostra kolorystyka, kontrasty czy deformacja. Koncepcja miasta Dwurnika jest zupełnie inna niż koncepcja miasta Nikifora. Jeden piętnuje - drugi się delektuje i marzy, jeden walczy - drugi ucieka. Miasta Dwurnika nie są alegorią, nikiforową fantasmagoryczną wizją, są raczej wskazówką jakie nie powinny być w swojej tkance społecznej.

Paulina Zarębska

piątek, 04 kwietnia 2008
NikiforDwurnik i Tarkawian

Z zasady popieram każde stanowisko, szczególnie jeśli jest odmienne od mojego. W Lublinie to dopiero początek wolnego pisarstwa krytycznego i trzeba usilnie popierać i szukać możliwości, aby ten ledwo kiełkujący mechanizm miał szansę przetrwania w dłuższej perspektywie, bo wówczas będzie można mieć z niego pożytek w postaci dyskursu społecznego i poważnego zarazem. Internetowe blogi, szczególnie te ogólnopolskie, takąż funkcję dość dynamicznie zaczęły wypełniać, dołączył również lubelski ZOOM w naszym drukowanym otoczeniu. Prawdopodobnie przynajmniej kwartalnik tzw. papierowy typu dawny „Na przykład” byłby tu wyższą koniecznością również w takim sensie aby młoda krytyka lubelska mogły mieć za swój wysiłek intelektualny jakiś grosz, bo w innym wypadku będą szukać pracy w Warszawie albo jeszcze dalej. W obecnej chwili taka szansa jest namacalna i byłoby mądrze to jakoś wykorzystać. Czego sobie i Lublinowi jako przyszłej stolicy kultury życzę.

Odnosząc się zaś do kilku szczegółów w tekście Kasi Hołdy, należy zauważyć, że Dwurnik jako zupełnie wyjątkowy i jedyny artysta w sztuce polskiej był w stanie wykorzystać pierwotną potencjalność zawartą w malarstwie Nikifora. To, co jest nieosiągalne dla tzw. profesjonalnych twórców, często zniekształconych przez system edukacji, a akademie w szczególności, stało się możliwe właśnie w twórczości Dwurnika. Co prawda wśród widzów pojawiło się kilka głosów, że Nikifor jest i szczery i prawdziwy a Dwurnik jedynie go naśladuje. I tu uważam, że właśnie dzięki Dwurnikowi Nikifor zyskał kolejne życie. Gdybyśmy z dystansu popatrzyli na sztukę polską to dość szybko uświadomimy sobie, jaki wpływ miał Dwurnik na to, co wydarzało się w kolejnych jej dekadach aż do dzisiaj. Tak więc to, co jest zawarte w pytaniu pani Kasi: „Trudno więc zrozumieć, jaki był cel w powtarzaniu tego – gdzie przebiega granica między inspiracją a plagiatem?”- możemy spokojnie okryć milczeniem i nawet nie udzielać odpowiedzi, gdyż ona realnie funkcjonuje od 1965 roku, w faktach, które Edward Dwurnik generuje ze znacznym pożytkiem dla sztuki w ogóle a nie tylko dla spełnienia oczekiwań np. krytyków. To, że jako jeden z niewielu był uczestnikiem Documenta w Kassel w 1983 roku, kiedy to świat zalewała nowa fala malarstwa, tym razem dzikiego, może wskazywaniem na znacznie szerszy kontekst jego sztuki. Dwurnik był „dzikim malarzem” już w latach 60-tych i takim pozostał w latach obecnych, choć od jakiegoś czasu upodabnia się i do Pollocka. Nasi dzicy zniknęli już dawno, światowi też, a sztuka Dwurnika jest ponad nimi. Niewątpliwie by móc dotknąć istoty twórczości Dwurnika trzeba porzucić własne intelektualne przekonania, oduczyć się historii sztuki i tak jak do Nikifora odnieść się szczerze, tak też i do Dwurnika - wówczas być może poczujemy jego przewrotną intelektualną grę ze sztuką i światem zarazem. Jest na tej wystawie również obraz pt. „Sokołów Podlaski (Barany)” z 1967 roku. Obraz jest epopeją czy opowieścią na temat rzezi baranów w Sokołowie i przedstawia kilkadziesiąt scen, w których barany przetwarzane są na futra. I obraz nie powstał na podstawie fotek, reprodukcji, prasy czy stron internetowych, dlatego po 40-tu latach jest bardziej wiarygodny niż wszystkie obrazki, które powstały później w odniesieniu do innych rodzimych uznanych malarzy, inspirowanych Dwurnikiem. Dwa nowe obrazy z Lublina, wiszące obok Sokołowa, powstały 40 lat później. W twórczej pracy Edwarda Dwurnika w jednym i w drugim przypadku występuje ta sama ostrość widzenia, intelektualna przewrotność, brak obciążeń polskością i tzw. ludyczną moralnością. Pozostaje czysty język wizualny, dyskursywny i przewrotny, kontekstualny wobec miejsca, artystyczny i zarazem uniwersalny - co można sprawdzić na Sokołowie.

edward dwurnik

Takich artystów jak Edward Dwurnik polska sztuka miała niestety niewielu! Można mieć jedynie marzenia i chcieć by nowi młodzi, w tym aktualni kultowi, dali radę i po 40 tu latach będą tak samo wiarygodni jak Edward Dwurnik, czego im życzę i krytykom wytrwałości w ich recepcji i owocnych redefinicji ciągle nowych w nieustannym trudzie odkrywania sztuki.

edward dwurnik

A co do wystawy. To, że formaty prac Nikifora i Dwurnika są podobne wynika z faktu, że w większości to akwarale, które powstały w latach np. 60-tych i jest to naturalne podobieństwo. Technika i tematyka również – to chyba zaleta a nie wada tej wystawy. Pani Kasia Hołda pisze o koncepcji miasta i potrzebie przestrzeni Nikifora, której nie widzi u Dwurnika. A może ten drugi artysta, ukazując naszą polską aktualną i żywą rzeczywistość również poprzez społeczne klisze, schematy i standardy ją właśnie demaskuje. I nie chowa się za plecami Nikifora a jedynie artystyczne przetwarza świat, którego Nikifor nigdy nie namalował. Miasteczka Nikifora pełne są tajemnicy, utopii, harmonii. Zaś te Dwurnika wydają się realne i jednocześnie przewrotne. Nikifor w uproszczeniu idealizuje zaś Dwurnik ożywia. I są to dwa artystyczne światy, tu zestawione razem w wybranym i bardzo wąskim zakresie tematycznym. W innym wymiarze zamiar ten zapewne nie miał by sensu.


Na koniec niespodzianka od Mariusza Tarkawiana i Roberta Kuśmirowskiego, którą to lubelscy artyści przygotowali dla Edzia za dobre zachowanie w ostatnich 40 latach.

Jan Gryka

mariusz tarkawian

mariusz tarkawian


dwurnik i tarkawian


16:36, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (6) »
środa, 02 kwietnia 2008
Nikifor i Dwurnik.

nikifor dwurnik


Krynica Zdrój na pierwszy, powierzchowny rzut oka jest dosyć sztampowym miejscem. Na deptaku stoi fotograf z wózkiem zaprzęgniętym w owczarka i z peleryną góralską, żeby stylizować fotografowane dzieci, dookoła spacerują powstałe ad hoc sanatoryjne pary, popijając lecznicze wody i grupa z przewodnikiem: „Na tej ławce, proszę państwa, Jan Kiepura wymyślił swój największy utwór”. Tej Krynicy służą deptakowi plastycy, którzy malują miasto takim, jakim chcą je widzieć przyjezdni. Nikifor Krynicki (1895-1968) siadywał w tych samych miejscach i patrzył w tę samą stronę, co inni malarze, ale akurat on umiał przeniknąć całą powierzchowną otoczkę, na której koncentrowali się inni. (Z drugiej strony inaczej, niż często prymitywiści, nie ograniczał się do motywów ludowych i religijnych, lecz zabrał się za pejzaż miejski.) Mówi się, że nie malował on tego, czego nie akceptował. Jeśli nie podobał mu się jakiś nowy budynek, to my tego budynku w jego pracach nie zobaczymy. Przedstawiał miasto takim, jakim uważał, że powinno być, a nie takim, jakie było. I w tym, jak myślę, tkwi wielkość Nikifora. Potrafił on coś, co brzmi banalnie, ale co w gruncie rzeczy potrafi niewielu artystów – przetransponować swój sposób postrzegania rzeczywistości na sztukę i nie przejmował się za bardzo, czy jest to zgodne z tym, jak postrzegają inni. Stworzył w swoim malarstwie koncepcję miasta jako przestrzeni architektonicznej, wizualnej, estetycznej. Krynica i inne miejsca jakie malował były zaledwie punktem wyjścia dla tej koncepcji. Nie można też pominąć innych zalet sztuki Nikifora, które zresztą często się wymienia – wyczucie koloru, dobry rysunek, umiejętność syntezy, ale zarazem wrażliwość na detal.

Nikifor Krynicki stosunkowo wcześnie, bo w latach 30tych, został „odkryty” przez artystów (np kapistów) i krytykę. W 1938 roku Jerzy Wolff opublikował w Arkadach artykuł o Nikiforze. Po wojnie Nikiforem opiekowali się Ella i Andrzej Banachowie z Krakowa, organizowali mu wystawy, propagowali jego sztukę. Potem rolę opiekuna Nikifora wziął na siebie Marian Włosiński, krynicki malarz. Natomiast miejscowa społeczność odrzucała Nikifora jako dziwaka i włóczęgę. W końcu jednak, jak to bywa czasem, choć nie zawsze, lokalne środowisko zrehabilitowało Nikifora i zastąpiło jego status wiejskiego głupka statusem pełnoprawnego artysty. Dzisiaj możemy zwiedzać dwa muzea jego prac – w Nowym Sączu i w Krynicy.

Edward Dwurnik zafascynował się Nikiforem w latach 60tych, jako student. Starał się malować tak samo jak Krynicki i te same motywy, starał się nawet stać takim samym, wędrownym i biednym malarzem. W tej chwili w Lublinie w Galerii Białej trwa wystawa obu artystów. Porównanie prac obu malarzy pokazuje, że Dwurnik chyba jednak nie do końca dorównał swojemu mistrzowi. Budzą się tu wręcz podejrzenia, że Dwurnik nie tyle zrozumiał wizje Nikifora, ile zainteresował się romantyczną legendą wokół niego i nie tyle prowadzi dialog z Nikiforem, ile wykorzystuje jego stylistykę jako gotową matrycę. Akwarele Dwurnika z lat studenckich są dokładnie takie, jakby je malował Nikifor – podobny format, ta sama technika, ten sam styl. Różnią się tylko podpisem – ale jedynie w treści, bo liternictwo też jest takie same, jak u Nikifora. Trudno więc zrozumieć, jaki był cel w powtarzaniu tego – gdzie przebiega granica między inspiracją, a plagiatem? Natomiast w olejnych obrazach Dwurnik traci całą nikiforowską subtelność, a w zamian daje – no cóż, anegdotę. Czyli akurat to, co umiał pominąć Nikifor (a czego nie umieli inni deptakowi malarze). W zestawieniu z emocjonalnym, płynącym ze szczerej potrzeby malarstwem Nikifora, prace Dwurnika stają się wykalkulowane, wyzute z emocji i, co gorsza, nie widać w nich żadnej koncepcji miasta jako jakiegoś ogólnego bytu, żadnego pytania o to, czym naprawdę jest miasto. Osiołki lubelskie i Banksy w Lublinie zostały namalowane specjalnie na te wystawę. Na obu obrazach pokazane są wyświechtane, standardowe motywy – Brama Krakowska, katedra, Starówka, pod Bramą Krakowską (na płótnie Banksy w Lublinie) scena rodzajowa – tak, jak je każdy widzi i zna na pamięć. Dwurnik zatrzymuje się na poziomie klisz, ponad który sięgnął Nikifor, by pokazać swoją ideę przestrzeni.

Katarzyna Hołda
14:14, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 marca 2008
kup pan/i sztuke

25–26 kwietnia 2008 roku w ramach festiwalu kultury alternatywnej zdaErzenia [www.zdaerzenia.pl] odbędą się targi młodej sztuki. dla artystów okazja do odkurzenia swoich dzieł i sprzedania ich za jakiekolwiek pieniądze. bo po co mają się kurzyć i zawalać kąty. dla miłośników sztuki jakich w naszym mieście nie brakuje okazja do zakupu jakieś sztuki na ścianę, regał, biurko, rękę, szyje....

Paweł Susid, bez tytułu 1998 i 2001; www.sztukpuk.pl

nasze skrzynki mailowe pękają od zgłoszeń z całej polski /studenci wydziału artystycznego umcs jakoś na razie pozostają w mniejszości. dlaczego? nie macie jakiejś sztuki do sprzedania?/

konkrety:

-udział w targach jest bezpłatny. transakcja między artystą a kupcem odbywa się bez pośredników. nie ponosimy odpowiedzialności za handlowe niepowodzenia

-za wygląd stanowiska odpowiada wystawiający. najlepiej samemu zadbać o podstawowe sprzęty typu krzesło i stół -koszt podróży ponosi wystawiający

-o nocleg trzeba zadbać we własnym zakresie

zresztą targi nie będą opierały się tylko na handlu. planujemy kilka akcji, które potraktują sprzedawanie sztuki z przymrużeniem oka. jeśli macie jakieś pomysły to piszcie/dzwońcie!

przyszli klienci odkładajcie pieniądze w skarbonki/skarpety. mówicie stop! po dwóch piwach. kto wie ile wart będzie za parę lat zakupiony dziś za grosze kawałek sztuki /patrz: targi taniej sztuki organizowane swego czasu przez raster/

 


 


Anna Okrasko, Zbieram na Susida, 2006; z cyklu Zawsze chciałam malować jak inni; scrabble 35 części; za: www.czarnagaleria.art.pl

ja też zbieram na susida. ale zanim uzbieram, to na targach kupie sobie jakąś sztukę. i torebkę.

 

katarzyna słoboda/ slobodanka@tlen.pl

poniedziałek, 17 marca 2008
Kama Bubicz - Jacy jesteśmy?

 

kama bubicz

 

Kama Bubicz w projekcie „Kim jesteśmy” próbuje stawiać pytania, które mają w jakiś sposób identyfikować ludzi z jej otoczenia. Realizacja jest wynikiem przeprowadzonej, wśród 40-tu osób ankiety, w której należało odpowiedzieć na szereg pytań. Dotyczyły one różnorodnych preferencji i zainteresowań. Udzielone odpowiedzi były podstawowym powodem powstania portretów pytanych osób. Jedynie odpowiedź na pytanie „Kim jesteś? została ujawniona na wystawie. Obrazom towarzyszy popiół ze spalonych ankiet. Wiadomości tam zawarte zamieniły się w wizualny przekaz. Sama zaś autorka pisze: „Pytanie, które stawiam w tytule mojego projektu, pozostaje otwarte, nie ma bowiem możliwości uzyskania na nie pełnej odpowiedzi poprzez krótką ankietę. Być może jednak całe to działanie stanie się dla kogoś przyczynkiem do refleksji nad własną tożsamością.”

W drugiej części wystawy autorka poszukuje osobistej tożsamości poprzez próbę budowania własnych wizerunków tekstem, tekstem tak małym, że nie można go odczytać, choć jest fizycznym i autentycznym zapisem słownym.

Kama Bubicz jest studentką II roku Edukacji artystycznej w Instytutucie Sztuk Pięknych Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie.
Wystawa odbywa się w ramach programu edukacyjnego Młode Forum Sztuki Galerii Białej na Korytarzu Akademii (I piętro) w Centrum Kultury, ul. Peowiaków 12 w Lublinie. Część druga wystawy jest eksponowana w budynku ISP WA UMCS w Lublinie al. Kraśnicka 2b na korytarzu przy Pracowni rysunku sala nr 6.

 

 

kama bubicz

 

 

 

kama bubicz

 

kama bubicz


otwarcie wystawy: 14.03.2008, godz. 18.00 / Korytarz Akademii w Centrum Kultury

Wystawa czynna do 11 kwietnia 2008 w dni powszednie w godz. 11.00 17.00

od 17.03.2008 wystawa rysunku w ISP WA, al. Kraśnicka 2b

 

16:40, mlodeforumsztuki , wystawy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 marca 2008
TARGI MŁODEJ SZTUKI

Projekt polega na stworzeniu tzw. targów sztuki czyli stoisk z twórczością artystów. Autor sam wycenia zaprezentowane przez siebie prace i wystawia je na sprzedaż.

Ideą przedsięwzięcia jest m.in. promocja twórczości młodych artystów działających na terenie Lubelszczyzny i nie tylko. Do udziału w targach zapraszamy również artystów z innych stron Polski. Projekt jest okazją to skonfrontowania prac artystów tworzących w różnych rejonach kraju. Poza tym targi mogą stanowić także przegląd współczesnej sztuki.

Organizatorzy chcą Targami Młodej Sztuki nawiązać do sytuacji, w której artyści nie mając odpowiednich środków finansowych, nie są w stanie zrealizować swoich projektów. Targi sztuką dadzą szansę twórcom zarobienia „parę groszy” oraz zwróci uwagę, że sztuka „młodych” także ma swoją cenę.

Nie ma ograniczeń w tematyce i wykonaniu prezentowanych prac. Zakres jest możliwie jak najszerszy – od drobnej twórczości w postaci biżuterii, rękodzielnictwa, ceramiki poprzez odzież, nadruki na koszulkach, aż po rysunki, grafiki, fotografie, malarstwo, instalacje.

Projekt odbędzie się w dniach 25 – 26 kwietnia 2008 roku w ramach Festiwalu Kultury Alternatywnej „ZdaErzenia” w ACK „Chatka Żaka”. O wygląd stoisk musi zadbać sam wystawiający. Mile widziane są innowacyjnie zaprojektowane stoiska – kreacja leży w rękach autora.


!!!Zgłoszenia należy przesyłać do 10 kwietnia!!!

Zainteresowanych prosimy o kontakt:

:: info@zdaerzenia.pl


Koordynatorzy projektu:

:: Renata Kołaczek 511-044-975

:: Kaśka Słoboda slobodanka@tlen.pl  

 

wtorek, 15 stycznia 2008
Strach i prokuratura

Polska premiera najnowszej książki wybitnego pisarza i uczonego Jana Tomasza Grossa, amerykańskiego profesora Uniwersytetu Yale pt: „Strach” odbyła się w atmosferze skandalu.

Tematem książki jest II Wojna Światowa, a konkretnie bolesna dla wszystkich sprawa relacji Polaków i Żydów w czasie wojny i po wojnie. Książka budzi wielkie kontrowersje. I o ile nie dziwi to w kontekście krytyki choćby publicystów, czy uczonych, to zaangażowanie w sprawę prokuratury wydaje się co najmniej niestosowne, żeby nie powiedzieć, że jest skandalem na światową skalę. A taka właśnie sytuacja ma miejsce: krakowska prokuratura (w mieście, gdzie jednym z profesorów prawa karnego na Uniwersytecie Jagiellońskim jest obecny minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski) z urzędu wszczęła postępowanie w sprawie wyjaśnienia, czy autor przypadkiem nie znieważył Narodu polskiego (!).

Po sprawie Nieznalskiej wydawało się, że już żadnych absurdalnych sytuacji więcej nie będzie, a jednak. Po tematach tabu dotyczących religii, czy pornografii, w XXI w. w Polsce do tych tematów dołączyła sprawa II wojny. Jest to bardzo niebezpieczne, szczególnie, gdy dotyka twórczości artystycznej, literackiej, czy naukowej.

Wyjaśnienia wymagają jednak następujące kwestie: prokuratura wszczyna sprawę z urzędu co oznacza, że SAMA inicjuje postępowanie, czyli podejmuje stosowne czynności, jeśli przewiduje, że mogło dojść do popełnienia przestępstwa. Inaczej, niż ma to miejsce, gdy do prokuratury wpłynie doniesienie o pełnionym przestępstwie i wtedy prokuratura musi podjąć czynności, niezależnie od tego, czy zgłoszenie mieściło się w granicach zdrowego rozsądku, czy też nie. Jak widać krakowska prokuratura na wszelki wypadek dmucha na zimne, nie zważając przy tym na konstytucyjną gwarancję wolności wypowiedzi, jak również swobody prowadzenia badań naukowych i ogłaszania ich wyników, czy swobodę twórczości artystycznej/literackiej.

Przestępstwo znieważenia (publicznego znieważenia) Narodu polskiego lub Rzeczpospolitej Polskiej, jak wynika z przepisu art. 133 kodeksu karnego podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Jak zauważono w doktrynie (A. Zoll i inni, Kodeks karny. Część szczególna. Tom II. Komentarz., Kraków 2006 r.), przepis ten nie definiuje pojęcia "znieważa", w szczególności nie wskazuje, jakiego rodzaju zachowania stanowią znieważenie, pozostawiając przy tym kwestię interpretacji tego pojęcia funkcjonującemu w społeczeństwie systemowi ocen. Znieważanie oznacza więc zachowanie mające obelżywy, obraźliwy charakter, polegające na uczynieniu sobie z Narodu lub Rzeczypospolitej Polskiej pośmiewiska, okazywaniu pogardy czy uwłaczaniu szacunkowi oraz czci przysługującej Narodowi oraz RP. Istotą "znieważenia" jest niemożliwość dokonania oceny takiego zachowania w kategoriach wartości logicznej prawdy lub fałszu, ponieważ ma charakter niezracjonalizowany, przejawiający się w zmierzaniu sprawcy do zdyskredytowania określonych wartości, przeciwko którym jest skierowane w oderwaniu od faktów

Pojęcie "znieważa" należy do kategorii terminów ocennych, niemających raz na zawsze ustalonego, jednoznacznego zakresu. Ma dużą pojemność znaczeniową, pozostawiającą szerokie pole dla wykładni, której nie należy dokonywać w sposób maksymalnie rozciągający zakres tego terminu Jego interpretacja powinna być dokonywana na podstawie kryteriów maksymalnie zobiektywizowanych.

To wszystko oznacza to, że interpretacja pojęcia „znieważenia” w praktyce należy do odpowiedniego organu władzy publicznej, organu ścigania – prokuratury.

Trudno jednak mówić o znieważeniu w sytuacji ogłaszania pewnych określonych faktów wynikających z przeprowadzonych badań naukowych, nawet jeśli okażą się one niekorzystne, czy niewygodne dla Narodu. Mnie książka Grossa nie obraża, obraża mnie natomiast organ władzy publicznej, jakim przecież jest prokuratura.

Jedynym plusem całej sytuacji jest to, że prokuratorzy sięgnęli po lekturę, a liczy się każda przeczytana książka w społeczeństwie, które w zasadzie nic nie czyta. Nie jestem tylko pewna, czy jest to wystarczający argument.

Joanna Hołda

czwartek, 10 stycznia 2008
ROK 2008 – EUROPEJSKIM ROKIEM DIALOGU MIĘDZYKULTUROWEGO

W dniu 1 stycznia 2008 r., zmieniająca się co pół roku, Prezydencja w Radzie Unii Europejskiej została objęta, po raz pierwszy przez państwo członkowskie przyjęte w 2004 r. – przez Słowenię. Faktyczny i oficjalny początek Prezydencji słoweńskiej nastąpił tydzień później w Ljubljanie, gdzie 7 stycznia 2008 r. odbyła się konferencja „Dialog międzykulturowy jako fundamentalna wartość Unii Europejskiej”, a 8 stycznia przy udziale Przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso oraz Premiera Słowenii Janeza Janaša uroczyście zainaugurowano Europejski Rok Dialogu Międzykulturowego 2008. Europejski Rok Dialogu Międzykulturowego został ustanowiony na mocy Decyzji nr 1983/2006/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z 18 grudnia 2006 r. Inicjatywa ta ma na celu zachęcenie wszystkich mieszkańców Europy do odkrywania korzyści, jakie płyną z różnorodności kulturowej i etnicznej naszego kontynentu. Proces rozszerzenia Unii Europejskiej, zwłaszcza o kraje Europy Środkowo- Wschodniej oraz Bałkanów, pociąga za sobą konieczność wzmacniania dialogu międzykulturowego, jako czynnika budującego obywatelstwo i tożsamość europejską. Instytucje wspólnotowe, choć prowadzenie polityki kulturalnej należy przede wszystkim do poszczególnych państw członkowskich, angażują się w szereg różnych programów i inicjatyw udzielających przede wszystkim wsparcia finansowego dla przedsięwzięć związanych z działalnością kulturalną. Przykładami działań wspólnotowych w obszarze kultury są m. in.: program Kultura 2007-2013, program Europejska Stolica Kultury (2007-2019) oraz wymieniony wyżej Europejski Rok Dialogu Międzykulturowego 2008.


W ramach Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego 2008 działania podejmowane zarówno na poziomie europejskim, jak i krajowym koncentrować się będą wokół 8 dziedzin, do których należą:

· Kultura i media

· Edukacja/Nauka

· Migracja

· Mniejszości

· Wielojęzyczność

· Religia

· Miejsce pracy

· Młodzież


W szczególności, podkreśla się, że ekspresja kulturalna ma kluczowe znaczenie dla wzajemnego zrozumienia. Stąd współpraca kulturalna, oparta na zasadzie wolności kulturalnej ekspresji, ma przyczyniać się do realizowania podstawowych celów Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego – budowania wspólnej, europejskiej tożsamości i spójności.


Realizacja założeń Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego odbywa się m. in. poprzez dofinansowanie ze środków unijnych, 7 projektów o charakterze europejskim. Zostały one wyłonione przez Komisję Europejską w otwartym naborze wniosków. Wybrane projekty posiadają silny wymiar europejski i angażują w realizację określonych celów przede wszystkim osoby młode. Polska jest partnerem w trzech projektach o zasięgu europejskim. Są to projekty: Alter Ego (przeznaczony jest dla młodzieży w wieku od 14 do 18 lat i dotyczy wspólnych projektów artystycznych, przede wszystkim w dziedzinie sztuk wizualnych); Kultury za rogiem (również przeznaczony dla młodzieży w wieku od 14 do 18 lat, koncentrujący się na sztukach medialnych oraz na działaniach w społecznościach lokalnych); Stranger (młodzieżowy projekt audiowizualny, który m. in. poprzez warsztaty audiowizualne, interaktywną stronę internetową oraz pokazy i wystawy, ma utworzyć wspólną platformę kontaktów).

Poza projektami o wymiarze europejskim, z funduszy unijnych w ramach Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego mogą korzystać projekty krajowe w każdym państwie członkowskim. W Polsce z takiego wsparcia skorzysta 13 projektów, obejmujących debaty i konferencje, badania i publikacje, festiwale i przeglądy oraz warsztaty międzykulturowe. W ramach obchodów Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego w Polsce odbędą się mi. in.: konferencja naukowa podsumowująca cykl TRANSKULTURA (Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki w Krakowie); Festiwal Teatrów Europy Środkowej „Sąsiedzi” (Centrum Kultury w Lublinie); Festiwal Trzech Kultur – dialog kultur, który nas łączy we Włodawie (Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego we Włodawie); „Spotkajmy się – inny nie znaczy obcy”. Warsztaty i szkolenie dla młodzieży (Miasto Lublin). Koordynatorem wydarzeń w ramach Europejskiego Roku Dialogu Międzykulturowego w Polsce jest Narodowe Centrum Kultury.

Więcej informacji na stronach:

http://ec.europa.eu/culture/portal/index_en.htm

http://www.interculturaldialogue2008.eu

http://dialog2008.pl

Dominika Kiedrowska

 

W OBIEGu

Przy okazji czytania artykułu Katarzyny Hołdy, Kamienny krąg martwych natur. Sesja na temat edukacji artystycznej, http://www.obieg.pl/text/07123101.php.

Myślę, że problem czy kształcić potencjalnych artystów czy sprawnych plastyków (w uproszczeniu) jest problemem lubelskim. Inne uczelnie mają o wiele bardziej rozbudowany program i studenci chcący pracować w przestrzeni miasta w” konkretnej sytuacji i pod kątem funkcji” (cyt. z artykułu), realizując projekty użyteczności publicznej czy szeroko rozumianej użyteczności codziennej mogą wybrać kierunki takie jak wzornictwo przemysłowe, architektura wnętrz czy projektowanie. Oczywiście kierunki te pewnie również wymagają reorganizacji niemniej jednak oferta na innych uczelniach wydaje się być bogatsza. Oczywiście zacieranie granic między dyscyplinami jest jak najbardziej wskazane.

Na sesje zaproszone zostały osoby zajmujące się kształceniem „niestandardowym”. Trudno wysnuwać zatem z ich wystąpień wnioski jak to naprawdę jest z kształceniem artystycznym/plastycznym w Polsce. Problem można oświetlać z szeregu różnych perspektyw. Być może wniosek byłby niezmiennie taki sam: jest źle.

Nie wiem czy zawężenie „tego, co można by nazywać sztuką i obiegiem artystycznym” jest właściwie postawionym problemem. Każdy ma prawo do zawężania zakresu swoich zainteresowań i działalności pozostając świadomym tego, to co dzieje się poza tym obszarem. Nie warto chować się w okopach elitarności, ale nie wypowiadanie się na temat „plastyków tworzących dla Lichenia” uważałabym za maskowanie własnego zdania, do którego każdy ma przecież prawo. Przy okazji przypomniał mi się artykuł w Arteonie: „Dyskretny urok Lichenia” Agnieszki Kłos nr 9/2006. Ale to już zupełnie inny temat......

Powrócę jednak do problemu obiegu artystycznego. Katarzyna Hołda napisała: „Często można odnieść wrażenie, że artyści zajmują się absurdalnymi, nieweryfikowalnymi problemami, albo w ogóle nie tworzą w oparciu o problemy, lecz o ‘fajne pomysły’. Od pewnego czasu wystawy w galeriach zbyt często są wtórne, nudne i przekombinowane, a ocenianie sztuki ‘galeryjnej’ łatwo przeradza się w roztrząsania, kto miał bardziej błyskotliwy pomysł.” W zupełności się zgadzam. Roztrząsanie to jednak bardzo często ma charakter towarzyski, a rzadko kiedy pomysły takie dyskutowane są na jakimś szerszym gruncie.

Ów „szerszy grunt” to jednak problem sam w sobie. Marginalne i towarzyskie wydarzenia w centrum są dużo bardziej oświetlone niż ciekawe i ważne inicjatywy na obrzeżach. Taki panuje mit. Jednak w czasach powszechnego dostępu do internetu nie trudno założyć stronę internetową czy chociażby bloga i prowadzić na jego łamach wymianę informacji, opinii itp. Problem w tym czy istnieje jakaś „środowiskowa (bez negatywnych aspektów tego terminu) stymulacja”, ożywiona wymiana zdań, ogólnie mówiąc współpraca? Ale to temat na osobną dyskusje...

 

 

Katarzyna Słoboda

 

czwartek, 03 stycznia 2008
Vaginalium




30 listopada  około godziny 18:30 została ukończona zmiana Sali nr 6 w miejsce o nazwie Vaginalium. Cała idea zdarzenia wywodzi się z faktu, że zostaliśmy  poproszeni o nowy wystrój sali. Na okoliczność otwarcia postanowiliśmy zrobić niewielki happening ze sporą dawką improwizacji.
Do Sali zapraszała płaskorzeźba autorstwa Wioli Głowackiej oraz chłopcy przebrani za alfonsów. Ludzie zebrani przed salą otrzymywali bilecik z hasłem, które trzeba było powiedzieć do okienka w drzwiach.  Po wypowiedzeniu hasła gość mógł wejść do Vaginalium, plącząc się na dobry początek w czerwonej kotarze.

Część pierwsza Sali to dom publiczny, podświetlony na elektryzujący czerwony kolor. Na ścianach kamasutra i zdjęcia dziewczyn z sesji która odbyła się kilka dni wcześniej. Dołożone również zostały głosy wspomagające charakterystykę domu publicznego oraz główne przesłanie wydobywające się przez głośniki: jak daleko jeszcze do maximum zawstydzenia? W tej części można było posiedzieć, napić się wina w kręgu przemiłych dziewczyn do towarzystwa.

Druga część sali to gabinet ginekologiczny, dosyć  psychodeliczny, wypełniony ultrafioletem. Tam można było zobaczyć wyuzdane pielęgniareczki, które zapraszały na fotel ginekologiczny oraz improwizowały z narzędziami ginekologicznymi i nie tylko…

 

 

Co chcieliśmy przez to powiedzieć?

Na pewno chcieliśmy się uzewnętrznić, pokazać na ile starczy nam odwagi w tym temacie. Jak się okazało w trakcie realizacji - ciągle jeszcze zawstydzającym.

Czepiliśmy się tego zagadnienia ale było dla nas tylko pretekstem. Nie chcieliśmy w żaden sposób przesadzić. Wiele osób było przygotowanych, że przekroczymy jakąś granicę, a my nie przekroczyliśmy żadnej… chcieliśmy stworzyć nową chwilowo istniejącą rzeczywistość, której kwintesencja tkwiła w głosie słyszalnym w tle: jeszcze do maximum zawstydzenia…

 

 

Możliwe, że nie do końca zostaliśmy zrozumiani ale kto zaryzykował wczucie się w klimat Vaginalium i został do końca, ten wspomina przyjemną imprezę wydziałową w ultrafiolecie i czerwieni lampek, z przechadzającymi się pielęgniareczkami i paniami do towarzystwa, wszystko zakrapiane i odymione.
Tym sympatycznycm  akcentem  postanowiliśmy uczcic, tak spopularyzowany już, temat sexizmu a jeśli chodzi o uczelnie ciagle jeszcze zastrzeżony.

Beata Nowicka

16:13, mlodeforumsztuki , wystawy
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 grudnia 2007
Grupa Zamek.

Nowe życie tworzy nową sztukę.

Kazimierz Malewicz, O sztuce

50 lat temu, wiosną co prawda a nie chłodną jesienią, zdarzyło się też tak, że nowa sztuka pojawiła się wbrew “nowemu” życiu - w latach postalinowskiej odwilży. W 1957 roku powstała grupa Zamek - grupa lubelskich artystów, założona w większości przez absolwentów KUL, zainspirowanych wiedzą i pasją dotyczącą sztuki najnowszej i równie chyba silną potrzebą wolności, przez profesora Jacka Woźniakowskiego (wówczas młodego wykładowcy KUL), spotykających się podczas studiów w pracowni prowadzonej na tejże uczelni przez Antoniego Michalaka. Do grupy weszli aktywniejsi członkowie wcześniej zawiązanego Koła Młodych Plastyków. Trzon grupy stanowili: krytyk (późniejszy redaktor lubelskiego czasopisma poświęconego sztuce nowoczesnej - “Struktury”) Jerzy Ludwiński, artyści: Włodzimierz Borowski, Jan Ziemski, Tystus Dzieduszycki. Do pierwszego składu weszli także: Jerzy Durakiewicz (Marek), Ryszard Kiwerski, Mirosław Komendecki, Krzysztof Kurzątkowski, Stanisław Michalczuk, Lucjan Ocias, Józef Tarłowski, Przemysław Zwoliński (Sadlej). Z grupą związana była również Hanna Ptaszkowska, Urszula Czartoryska. Tyle tytułem wstępu, historia grupy Zamek – wyczerpująco i do cna zaprezentowana została podczas zorganizowanych przez współpracujące ze sobą: Instytut Historii Sztuki KUL, Ośrodek Brama Grodzka - Teatr NN i lubelską “Zachętę” (tak owocna współpraca instytucji w tym mieście nie zdarza się często). Prezentacja w warstwie teoretycznej, badawczej, była na tyle kompletna, że właściwie kolejnym, póki co wyimaginowanym, etapem może być już tylko duża, retrospektywna wystawa prac artystów tejże grupy. Obchody jubileuszu i panel dyskusyjny miały miejsce 30 listopada a wśród uczestników byli m.in. Hanna Ptaszkowska, Anna Baranowa, Anna Maria Leśniewska, Małgorzata Kitowska-Łysiak, Lechosław Lameński. Panel poprowadził Piotr Majewski, autor referatu Nowocześni i nowatorscy – z monograficzną dokładnością prezentujący grupę i kontekst historyczny, w którym działała. Autorem drugiego referatu Nowoczesność w kręgu grupy “Zamek”, sytuującego grupę w kontekście sztuki nowoczesnej, był Marcin Lachowski. Wśród gości honorowych znaleźli się min. Jerzy Durakiewicz, Ryszard Kiwerski, Lucjan Ocias. Zabrakło ... żyjącego przecież Włodzimierza Borowskiego.

Panelowi towarzyszyła prezentacja książki Grupa “Zamek”. Historia-krytyka-sztuka (pod. red. Małgorzaty Kitowskiej Łysiak, Marcina Lachowskiego i Piotra Majewskiego) oraz odsłonięcie strony internetowej www.grupazamek.tnn.pl przygotowanej przez Ośrodek Brama Grodzka - Teatr NN, która mam nadzieję, będzie rozbudowywana (póki co biogramy 4 najaktywniejszych członów grupy (Ludwiński, Borowski, Dzieduszycki, Ziemski) - i do której zaglądać warto - oprócz tekstów oferuje bowiem, bogaty materiał ikonograficzny i “historię mówioną”.

Jak zwykle sesje teoretyczne bywają ubogie w artefakty, których dotyczą. Tej towarzyszyła wystawa pt. “Grupa Zamek” – karta z historii Lublina, o raczej dokumentalnym charakterze, w Galerii 1 na KUL oraz wystawa indywidualna prac Ryszarda Kiwerskiego, ale z ostatnich kilku lat, w Galerii Sztuki Sceny Plastycznej KUL na Starym Mieście. Istotne jest jednak to, że sesja miała miejsce, że przywraca pamięć i pomaga “mitologizować” miasto i jego historię, w sensie przypominania o tożsamości i historii – w tym wypadku tej artystycznej.

Sztuka stukturalna to absolutnie nowoczesne, wówczas, zjawisko związane z twórczością artystów z kręgu Zamek, sytuowane w szerszym nurcie zwanym malarstwem materii, to “formuła nowoczesności” młodych lubelskich artystów, których sukces międzynarodowy zapoczątkowany wystawą prac Borowskiego, Ziemskiego i Sasa (Tytusa Dzieduszyckiego) w Galerii Le Ranelagh w Paryżu w 1960 roku, byłby zapewne przesądzony gdyby nie blokada niesiona przez peerelowską rzeczywistość, zakazy związane z reżimem, w którym przyszło funkcjonować młodym artystom i przeciwko, którego ograniczeniom ich postawa była również buntem. Czas “odwilży” dobiegał końca.

Sas pozostał w Paryżu, większość “zamkowców” wyjechała z Lublina. W Lublinie pozostało niewielu – m.in. Ziemski. Ważne, że byli ...

Trochę patetycznie to brzmi, ale warto przypomnieć, że w mieście, którego tożsamość jest cały czas odkrywana urodzili się też Władysław Czachórski (1850-1910), Józef Pankiewicz (1866-1940), Eugeniusz Eibisch (1896-1987), którzy zdobyli edukację i odnieśli sukcesy poza Lublinem.

Historia “zamkowców” jest o tyle odmienna, że edukację zdążyli zdobyć w tym mieście, ba wszystko co najistotniejsze dla tej grupy artystów zaczęło się w również tutaj. Dzieląc jednak los starszych o pokolenia artystów – również opuścili to miasto. Dlaczego o tym piszę? Blog, w ramach, którego ukazuje się ten tekst poświęcony jest jak najbardziej aktualnym wydarzeniom, przede wszystkim na polu młodej i jak najbardziej aktualnej sztuki. W Lublinie nowe pokolenia artystów i środowisk artystycznych, galerii, ludzi tak czy inaczej związanych ze sztuką próbują swoją aktywnością “tworzyć nową sztukę” i miejsca dla niej (coraz więcej ich nazwisk pojawia się w obiegu kulturalnym miasta i na tym blogu, ma się rozumieć). Dlatego w kontekście losów sporej części artystów związanych, choćby miejscem urodzenia z tym miastem i spoglądając z perspektywy nadto może historycznej (reżim upadł a w Lublinie funkcjonuje już od lat wyższa uczelnia plastyczna) i nostalgicznej, zastanawiam się ilu z nich uda się nie wyjechać lub ilu z nich, po dłuższych lub krótszych wyjazdach, uda się tu wrócić - zakładając, że będą na to mieli ochotę?

Ernom

2007-12-16

P.S.

Przestrzeń i możliwości działania, doza wolności i sprawa całkiem praktycznych kwestii poruszanych na blogu (choćby ubezpieczeń społecznych dla osób uprawiających wolne zawody) ma w tym względzie całkiem spore znaczenie.

 

 

 

wtorek, 11 grudnia 2007
Ubezpieczenia społeczne dla wolnych zawodów.
    Specjalnie dla Was, Ludzie Sztuki, dla mojej grupy zawodowej, postanowiłam rozpocząć lobbing na rzecz stworzenia w Polsce systemu ubezpieczeń społecznych dla wolnych zawodów twórczych. Moja akcja nie nabrała jeszcze rozpędu (dotychczas próbowałam porozmawiać z dwoma posłami), ale już mam za sobą pierwsze niepowodzenia, o których zaraz tu sobie przeczytacie.
    Dla tych z Was, którzy jeszcze studiują - w Polsce, aby mieć ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, mamy do wyboru: zatrudnić się na etat (nasze składki płaci pracodawca), zarejestrować się jako bezrobotny (płaci państwo), płacić samemu do ZUS (jakieś 600 zł miesięcznie) lub zarejestrować się w KRUSie (trzeba być rolnikiem, płaci się samemu 250 zł kwartalnie). Co do etatu, to mało jest etatów dla twórców, zresztą logicznie rzecz biorąc to wolne zawody właśnie na tym polegają, że nie są etatowe. Zarejestrowany bezrobotny nie może pracować na zlecenie, to znaczy nie może zarabiać, a jeśli chodzi o płacenie samodzielne, to średnie zarobki miesięczne w twórczych zawodach bardzo często są akurat takie, jak ta składka, albo niewiele wyższe, zwłaszcza w przypadku młodych osób.
    Co więc ma zrobić niezatrudniony na etacie twórca (artysta, krytyk, kurator, publicysta, animator kultury, konserwator zabytków itd.), żeby się ubezpieczyć, nie łamiąc prawa? Jest to jedno z najdonioślejszych pytań, stawianych sobie dziś przez ludzi sztuki.
    Na Zachodzie są ubezpieczenia dla twórców, dostosowane do realnych zarobków. W Polsce też tak powinno być. Nasuwało się samo przez się, że w tej sprawie moimi – naszymi - naturalnymi sprzymierzeńcami są:
1) poseł Palikot (PO), wielki przyjaciel sztuki i artystów, mecenas i dobroczyńca kultury;
2) posłanka Sierakowska (LiD), człowiek lewicy, osoba wrażliwa na krzywdę społeczną i zwolenniczka państwa opiekuńczego.
Chciałam z nimi porozmawiać, ale nie przeszłam przez door selection.
    W biurze posła Palikota byłam przed wakacjami. Udawali tam zainteresowanie, wzięli mój telefon i obiecywali, że oddzwonią, ale nigdy nie oddzwonili. Cóż, w życiu tak bywa. Przynajmniej się wyjaśniło, że nie jest to partner dla nas, że jego deklaracje były nieszczere.
    Do biura posłanki Sierakowskiej zadzwoniłam dopiero co, a tam pan Cezary (pracownik lewicowej partii!) najpierw nie zrozumiał, co mam na myśli, mówiąc „ubezpieczenia społeczne”, a potem powiedział, że jeśli chcę się spotkać z panią poseł, to mam napisać pismo, bo bez pisma nie mamy o czym rozmawiać. W piśmie mają się znaleźć „mocne argumenty, przykłady konkretnych przypadków i opis, jak ten system działa na Zachodzie”. Otóż, Panie Cezary, różne opisy, na przykład działania systemów składkowych, zamawia się u ekspertów za pieniądze i gdzie jak gdzie, ale w biurach poselskich doskonale się to wie. Co do konkretnych przypadków, to chyba by trzeba było napisać kto jest w KRUSie (choć nie rolnik!), kto, oficjalnie bezrobotny, podpisuje umowy przez podstawione osoby, kto ma fikcyjny etat u wujka itd. Jednym słowem, warunkiem, by się spotkać z panią poseł Sierakowską, jest sporządzenie ekspertyzy i donosu na kolegów. Przy okazji chciałabym tu wyrazić szczere podziękowania dla pana posła Palikota, który dba o artystów, że jego pracownicy nie każą wyborcom pisać wypracowań.
    Takie są dotychczasowe dzieje mojego lobbingu. No, ale jeśli lewicowcy potrzebują „mocnych argumentów” na piśmie, żeby uznać, że każdej grupie zawodowej należy się prawo do ubezpieczeń, to zaczynam rozumieć, dlaczego liberalny poseł Palikot w ogóle się nie zainteresował.
    Zresztą, nie ma co popadać w nadmierny pesymizm. W końcu w Polsce jest 460 posłów i 100 senatorów, a kadencja trwa cztery lata, jest więc masa czasu, żeby zadzwonić do każdego biura poselskiego. Może się akurat trafi ktoś, kto po 18 latach demokracji już rozumie, że wyborca nie jest petentem, tylko mocodawcą posła.

Katarzyna Hołda
15:27, mlodeforumsztuki , prawo i sztuka
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6