blog młodych, lubelskich artystów oraz krytyków sztuki


b l o g

m ł o d y c h,

l u b e l s k i c h

a r t y s t ó w

o r a z

k r y t y k ó w

s z t u k i









Kategorie: Wszystkie | prawo i sztuka | teksty krytyczne | wydarzenia | wystawy | zaproszenia
RSS
wtorek, 27 listopada 2012
Bartosz Kokosiński - Niekontrolowane treści

 

Niekontrolowane treści 

Wystawa Niekontrolowane treści jest próbą zwrócenia uwagi na nieco inną stronę malarstwa Bartosza Kokosińskiego, chęcią pokazania jak silne związki łączą go z rzeczywistością pozaartystyczną. Ekspozycja stara się ukazać sprzeczności, ścieżki naprężeń i przeciwstawnych kierunków, według których rozwija się działalność artysty. Dialektyczny związek tej sztuki z rzeczywistością wynika z nie dających się łatwo pogodzić pragnień: fizycznego anektowania wszystkich przedmiotów, artystycznej z nimi pracy w skali 1:1 oraz chęci ich wymazania, wyrzucenia i ostatecznie zastąpienia w destylacie jakim są zwęglone, monochromatyczne abstrakcje.


To nie tylko malarstwo o malarstwie jako medium, lecz przede wszystkim zmaganie się artysty z procesem uśmiercania i przywracania do istnienia. Podróż przez zakamarki jego wyobraźni od czerni do koloru pomimo zmienności odbywająca się ciągle w podobnej emocjonalnej tonacji. 


Jak pokazuje historia, sztuka wchłania wszystko. Być może historia sztuki również. Twórczość Bartosza Kokosińskiego zdaje się wyrastać z tej zasady, z pewnego chaosu rzeczywistości, który inkorporowany do pracy nie może ułożyć się w spokojną i gładką formę. Niemniej musi poddać się jej rygorom, przez co rezultatem tych sił stają się obrazy znajdujące się na granicy, przechodzące w rzeźbę bądź instalację. Są to twory graniczne również ze względu na pewien potencjał transmutacji, przemiany materii rzeczy codziennych w sztukę. Proces ten nie kończy się jednak przedłużeniem ich życia. To raczej opowieść o zamieraniu. Powstałe prace kształtują się z "resztki po symbolicznym" a stojące za nimi historie są często opowieścią o rozpadzie. To destrukty, rozkruszone fragmenty świata zebrane na powrót i przetrawione przez blejtram. Nie łatwo ustalić, gdzie przebiega granica obrazu. Jest to celowe rozmycie, poszerzenie pola walki o obszar poza płótnem. W ten sposób obraz często przemienia się w strukturę dominującą nad przestrzenią.  Można powiedzieć ironicznie, że gest niepohamowanego zagarniania świata, sprawia, iż sztuka nie będąca w stanie objąć całej jego treści wyrzuca ją fizycznie poza ramę przedstawienia. 


W tym punkcie styka się w dziwny sposób z inną strategią obróbki resztek rzeczywistości. Monochromatyczne prace Kokosińskiego przywodzą na myśl spaloną fotografię. Są odpodobnionym obrazem świata, wyzbytym jego wizerunku. Gest wymazania referencji, zatarcie wyglądu mające swoje korzenie w ikonoklastycznym procesie niszczenia jest sposobem na destylacje wyobrażeń. To równocześnie praca z okruchami pamięci, fragmentami wspomnień z rodzinnej okolicy. Cykl czarnych płócien powstawał pod wrażeniem pejzażu lat dziecinnych. Sposobem ich powstawania jest podwójne zapośredniczenie: rzeczywistość - zdjęcie - obraz. Sublimacja odbywa się w nich poprzez zmianę postaci, co mogłoby wskazywać również na alchemiczny potencjał wyobraźni Kokosińskiego, w której zamiast przemiany w złoto transmutowana materia podąża raczej w dół. 

kurator: Szymon Maliborski 



 

Uncontrolled Matters

The exhibition Uncontrolled Matters is an attempt to draw attention to the slightly different side of Bartosz Kokosiński’s painting, a desire to show how strongly he is connected with the extra-artistic reality. The exposition was put together to pinpoint the contradictions, the paths of tensions and crisscrossing directions, which signpost his artistic evolution. The dialectical relationship of this art with reality results from the desires that are extremely hard to reconcile; the physical annexing of all objects, working with them in the scale of 1:1 and the will to erase them, irreversibly replace them in a distillate of charred, monochromatic abstractions.

 

It is not only painting about painting as a medium. It is the artist struggling with the process of putting to death and bringing back to life. Travelling through the nooks and corners of his imagination from black to colour our emotions do not change drastically despite the different experiences we are exposed to.

 

History has shown that art can absorb anything. Perhaps so can history of art. It seems that the works of Bartosz Kokosiński have emerged from this rule, some kind of chaotic reality, which cannot be put in order and clear form. Nonetheless, it needs to obey its rules. As a result of the forces clashing with each other we receive paintings transcending into sculptures or installations.

 

His works may be called borderline also due to their potential to transmutate, transform every-day objects into art. This process does not mean prolonging their life, however, but rather reporting their expiry. The remaining works are formed from the “remains of the symbolic” and the stories behind them are quite often stories of decomposition. The fragments of the world that are saved from destruction are collected and reinterpreted by placing them inside the frame. The boarder of the painting is not easily defined. The author blurs it intentionally in order to widen the battlefield for the space beyond the canvas. This way the painting often changes into a structure that dominates the space. It might be said ironically that the gesture of uncontrollable appropriation of the world causes the art, which is unable to convey all that matters, to throw it physically out of the frames of the presentation.

 

In this point it connects in a specific way with another strategy of processing the remains of reality. Monochromatic works by Kokosiński bring to mind a burnt photography. They capture the picture of the word deprived of its image. The gesture of erasing the references, blurring the vision has its roots in the iconoclastic process of destruction. It is a way to distill products of our imagination. It means, at the same time, working with the remains of personal memories. The series of black paintings was created under the impression of the landscapes from the artist’s childhood. They are created by double mediation: reality – picture – painting.

Sublimation is achieved by changing the state. It exposes the alchemic potential of Kokosiński’s imagination, in which instead of turning into gold the matter is directed downwards.

curator: Szymon Maliborski

od prawej: Jan Gryka, Bartosz Kokosiński, Szymon Maliborski

wystawa czynna do 7.12.2012 / pon.-pt. godz. 11.00-17.00, sob. 12.00-16.00

17:48, piotrek.pekala , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 lutego 2012
Martwe czy żywe WSPOMNIENIA Anny Sprężyny?

Najważniejszym „miejscem” wystawy Anny Sprężyny jest przestrzeń, w której tekst łączy się z obrazem. I nie chodzi tutaj jedynie o otoczone wspólną ramą passe partout, na którym artystka połączyła ze sobą te obrazy i zdania, lecz przede wszystkim o „terytorium”, gdzie  ta intermedialna opowieść bierze swój początek.

Połączenie tych, pozornie nie przystających do siebie środków wyrazu, na wystawie w Młodym Forum Sztuki Galerii Białej zostało złagodzone przy pomocy wspólnego obramowania każdej takiej pary. Subtelna opowieść naniesionych na obraz narracji, początkowo kontrastuje z antyestetycznym charakterem postrzępionej malatury. W swoich tekstach artystka opowiada o migotliwie pojawiających się w jej pamięci wydarzeniach, które wizualizuje umieszczona powyżej malarska struktura. Pojawia się ona głównie w formie nierównomiernie wyrwanych fragmentów jakby większej całości. Zastanówmy się zatem, czym jest ta całość, której kawałkami są pojedyncze ślady przeszłości. Otóż moim zdaniem niesymetryczne ściany anty-salonowej przestrzeni MFS zakreślają ramy wewnętrznego portretu samej artystki, gdzie przeszłość jest jedynie tłem pierwszoplanowej postaci.

Ten autoportret w swoich wizualnych fragmentach przedstawionych na wystawie początkowo jest niekomunikatywną abstrakcją. Pod względem warsztatowym nie zadowoli ona nawet  awangardowych malarzy. Dlatego też zaskakującą okazała się być decyzja studentki, która postanowiła z tych poszarpanych obrazów uczynić swoją dyplomową realizację. W tym przypadku jest to o tyle istotne, ponieważ zasadniczo zmienia charakter tego egzaminu. Moment obrony – przez wzgląd na powyższą tezę - okazał się być wydarzeniem, w którym studentka nie broniła finalnego efektu zabawy malarską materią, lecz postanowiła ukonstytuować swoją artystyczną postawę. Wysiłek ten nie został przesadnie doceniony przez komisję egzaminacyjną (Sprężyna za swój dyplom licencjacki uzyskała ocenę 4,5) 

Same abstrakcyjne – jak nazwał obrazy Sprężyny Jan Gryka – bez pomocy autorskich „podpisów” rzeczywiście można by potraktować jako niewiele mówiący zbiór nieumiejętnie malowanego malarstwa. Tak też prawdopodobnie zostały potraktowane przez pedagogiczne grono. Jednakże w towarzystwie tekstu (na dyplomie studentka towarzyszące obrazom „definicje” naniosła  ołówkiem bezpośrednio na ścianie), te przedstawienia stają się interesującą wypowiedzią artystyczną. Podpisy są czymś w rodzaju drogowskazów, prowadzących odbiorcę do miejsca, w którym te niefiguratywne struktury zyskują swoje uzasadnienie czyli tam, gdzie została wykonana wakacyjna fotografia. Sieć komunikatów wydobywająca się z tego, w swej istocie, nieuchwytnego miejsca, buduje swoistą mapę subiektywnie widzianego krajobrazu. Widok tej przestrzeni uchwycony w tak szerokim kadrze powoduje, że eksponowana abstrakcja zyskuje rzeczywiste podobrazie. Tę subiektywnie zapamiętywaną przestrzeń z pewnością miał na myśli Jan Gryka pisząc w tekście towarzyszącym wystawie, że dzieła te tworzą „nieokreślone fragmenty większych całości.” Po czym kurator dodaje: „Układają się one w pewną strukturę, która jest formą opowiadania zaś luki czy przerwy między obrazami nabierają dodatkowych znaczeń”.

Luki i przerwy nabierają znaczenia równorzędnego do reszty „opowiedzianej” struktury. Ponieważ istotniejsza jest właśnie całość tego osobistego uniwersum, którego centrum wyznacza autorka a język abstrakcji jest tutaj (czyżby jedynie?) obiektywnym  językiem artystycznej wypowiedzi podporządkowanym artystce w tym samym stopniu co pismo uformowane w konkretne zdanie. Malarstwo jest tutaj „jedynie” narzędziem , czyli środkiem prowadzącym do celu. Dlatego przez ten uniwersalny język prześwieca nota o autorce windująca jej biografię na poziom uniwersalnego komunikatu. Obrona dyplomu jest obroną samej siebie, a nie anonimowych barw, rozmieszczonych na płótnie zgodnie z przypadkowo zauważonym widokiem, czy też piramidą „martwych” dla sztuki „natur”. Jest próbą wyostrzenia konturów tej „niedoświetlonej” fotografii przedstawiającej nieostry zarys młodej adeptki sztuki.

PP

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wtorek, 15 listopada 2011
Małgorzata Pomian - ICONS

otwarcie wystawy 18.11.2011 / godz. 18.00

wystawa czynna do 9 grudnia 2011 od poniedziałku do soboty w godz. 11.00-17.00

 

ICONS

Według badań, które Jake Halpern cytuje w swojej książce Fame Junkies, większość nastolatek w USA wolałaby być sławna niż inteligentna. Połowa badanych uważa, że bardziej prestiżowym zajęciem jest posada asystentki gwiazdy niż praca profesora na uniwersytecie. Telewizja i prasa bombardują nas dobrymi radami jak żyć, jak się ubierać, co jeść i kiedy robić kupę. Poprzez codzienne pranie mózgu odbierany nam zostaje instynkt samozachowawczy. Człowiek, który chce uzyskać akceptację środowiska jest w stanie uwikłać się w niekończący pęd za bluzą, butem czy  torebką.

Nie jest dobrze nie stosować się do reguł panującej gry. Istnieje ryzyko zostania społecznie wyplutym na margines niezauważalności. Zgodnie z tym o czy przekonują nas w gazetach, prawdziwa kobieta to Zara, Bata, Taniec z gwiazdami, Louboutin i Hermes Birkin. Prawdziwy mężczyzna to drogi zegarek, grzywka Justina Biebera, Vistula, Bugatti, Red Bull i Canal Sport. 

Jako dziecko swojej epoki przedstawiam to, czym się karmię, czyli obrazki współczesnych świętych, błogosławionych, bogów i ich muzy - czyli postaci z gazet i internetu. Ludzie, których maluję, żyją w zupełnie innej rzeczywistości - sztucznie wykreowanym świecie. Zainteresowani nim ludzie mogą zapomnieć o rzeczywistości, która w starciu z błyskiem, bogactwem i rechotem bijącym z przekaźników traci na swej atrakcyjności. Podobnie jest z modlitwą. Ludzie oddający się jej doświadczają stanu chwilowej nieobecności. Zaryzykuję więc porównanie tych osobowości medialnych do świętych którym kiedyś oddawano cześć. Współcześni bogowie są nosicielami marek, które powinniśmy mieć by być tak piękni i szczęśliwi jak oni. 

Podczas pracy, przeprowadzam syntezę wyselekcjonowanych zdjęć. Bohaterom odbieram ich naturalne środowisko – wyjmuję ich z kontekstu w jakim się znajdują i przedstawiam na płaskim ikonicznym tle. Podobno w modzie i sztuce wszystko zostało już odkryte i wykorzystane a jedyne co można teraz robić to zestawiać ze sobą poznane elementy. Ośmielona tym twierdzeniem, pełnymi garściami czerpię z twórczości Andy'ego Warhola i tradycji pisania ikon, swobodnie dobierając korzystne dla mnie formy. Powierzchnię obrazu traktuję jak papier zdjęty z roli maszyny drukującej. 'Papier' ten jest niefortunnie przycięty, tworząc niechciane i nikomu niepotrzebne odrzuty.  

Małgorzata Daria Pomian

 

 

 

 

 

17:24, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
środa, 31 sierpnia 2011
ostatnie dni lata...

Po letniej przerwie, wracając z wakacyjnych rozjazdów, Galeria Biała z nowymi siłami przygotowuje się do kolejnego, obfitującego w nowe atrakcje, sezonu.  

W oczekiwaniu na pierwszą powakacyjna wystawę, tych z Państwa, którzy jeszcze nie widzieli, zapraszamy na wciąż trwającą ekspozycję norweskiej artystki Hege Lonne pt. „Formy równoważne”. Wystawa została przedłużona do 19 września, czyli prawie do równonocy jesiennej, kiedy to formami zrównoważonymi staną się obydwie półkule naszego globu. W tym czasie staniemy się świadkami rozpoczynającej się astronomicznej jesieni. Słońce wejdzie wtedy w astrologiczny znak Wagi, wygładzając ostre formy wakacyjnej opalenizny. Bezlistne drzewa na wystawie Loenne skutecznie, jak sądzę, wprowadzą Państwa w jesienny klimat, który nam z kolei, kojarzy się przede wszystkim z okresem wytężonej pracy. Zadań, wobec których stoimy odważnie, niczym Ziemia mająca po raz kolejny okrążyć Słońce:)



Serdecznie zapraszamy!

Galeria Biała

czwartek, 21 lipca 2011
Make Food Not Bombs! – Robert Kuśmirowski w Warsztatch Kultury

Budynek londyńskiego Barbican Centre stoi w miejscu, które zostało bardzo zniszczone w trakcie bombardowań podczas II Wojny Światowej. We wrześniu 2009 roku Robert Kuśmirowski zamienił galerię The Curve w bunkier przypominający te z czasów II wojny. Pięć lat wcześniej, podczas wystawy w Zamku Ujazdowskim, zbudował studnię, celowo nawiązując do cysterny przy CSW. Przygotowując wystawę „Humanbomber” w Warsztatach Kultury również nie zrezygnował z nawiązania do historii i pierwotnego przeznaczenia tego budynku. W budynku Warsztatów miały się mieścić Zakłady Zbrojeniowe, które jednak nie zostały oddane do produkcji, a hala została podarowana Zespołowi Szkół Mechanicznych do prowadzenia warsztatów. Miejsce to nie straciło jednak charakteru militarnego, gdyż nieświadomi niczego uczniowie byli szkoleni na kadry niezbędne w razie ewentualnego zagrożenia bezpieczeństwa państwa.

 


Sam artysta w latach 1988-1990 odbywał w lubelskich warsztatach praktyki w zakresie obróbki skrawaniem, budowy maszyn i mechaniki precyzyjnej. Na wystawie „Humanbomber” możemy zobaczyć obiekty związane z tym okresem życia artysty, np. młotek, plombownica, dokumentacja techniczna. Wystawa ta nie sprowadza się jednak to sentymentalnej podróży w okres jego młodości. Robert Kuśmirowski skonstruował w hali Warsztatów różne pomieszczenia, które służą człowiekowi do mieszkania lub pracy. Na środku sali stoi drewniana chata pokryta strzechą, którą artysta przewiózł spod Parczewa. Ta wiejska chałupa dzieli przestrzeń wystawienniczą na dwie części. Z jednej strony mamy świat przypominający starą wieś – zabita deskami drewniana szopa, stary magiel, latarnia na drewnianym słupie, która oświetla tą część budynku ciepłym światłem. Poi drugiej stronie znajdują się dwa metalowe kontenery, w których mieszczą się stanowiska pracy do obróbki metalu i drewna oraz portiernia. Za chałupą znajdują się jeszcze dwa pomieszczenia, do których widz może zajrzeć wyłącznie poprzez wizjer – sala więzienna i wojskowy bunkier.



Ludzie pracujący w tych miejscach, podobnie jak uczniowie z zakładów mechanicznych, są elementami większej maszyny. Możliwe że ich prosta i pozornie niewinna praca składa się na funkcjonowanie czegoś, co może okazać się niebezpieczne. Artysta być może sięga tu do często podejmowanego zagadnienia w myśli XX wieku – Spengler, Jaspers, Heidegger i inni pisali o tym, że w epoce technicznej wytwory pracy człowieka zwracają się w końcu przeciwko niemu (najlepszym przykładem takiego wytwory jest oczywiście bomba atomowa).

Na wystawie można zobaczyć jednak miejsca, które stają się swego rodzaju azylem dla tych, którzy nie chcą być trybikami w maszynie. Jedno z takich miejsc to zabita deskami szopa, która jest repliką chaty anarchisty Teda Kaczynskiego znanego jako Unabomber. Kaczynski był amerykańskim terrorystą, który sprzeciwiał się postępowi technicznemu i wynikającemu z niego złu. Mieszkał w chacie w Montanie, gdzie konstruował bomby, które następnie wysyłał do ludzi w drewnianych paczkach. Ted Kaczynski mieszkając w Montanie prowadził prosty, niemal dziki tryb życia.


Miejscem, w którym człowiek także zostaje usytuowany niejako poza systemem jest cela więzienna. Osadzeni walczą z systemem, są dla niego szkodliwi, a nawet niebezpieczni. Cela więzienna paradoksalnie staje się miejscem, w którym można znaleźć wolność. Niemniej jednak życie anarchisty, terrorysty czy więźnia jest wolne jedynie pozornie. Choć działają na szkodę systemu i starają się zaburzyć funkcjonowanie „machiny” są oni jednak jej wytworem. Ted Kaczynski walczył ze stechnicyzowanym społeczeństwem za pomocą obiektów technicznych, walczył z systemem za pomocą bomb, które same w sobie są pewnymi systemami. Unabomber stał się swoją własną bombą w drewnianym pudełku.


Życie, które wybiera więzień czy terrorysta, jest życiem w odosobnieniu, w zamknięciu – w klatce. Klatkami są także miejsca pracy człowieka. Nie chodzi tu tylko o ograniczenia przestrzenne, ale przede wszystkim o brak możliwości wolnej decyzji. Trudno określić, czy człowiek czuje się bardziej zniewolony przez fakt zamknięcia przez parę lat w bunkrze, w ramach odbywania służby wojskowej, czy też przez fakt braku możliwości odmowy, gdyż ta równałaby się zamknięciu w innej klatce. Życie człowieka można porównać do wędrowania pomiędzy różnymi klatkami. Zmiana decyzji równa się zamianie jednej klatki na inną – choć może większą, wygodniejszą. Na taką interpretację wystawy naprowadzają kolejne obiekty umieszczone przez artystę w hali Warsztatów Kultury – trzy klatki na myszy, od najbardziej „prymitywnej” do bardziej „designerskiej”, przemyślanej i humanitarnej.

W tym momencie warto wrócić do centralnego obiektu – do wiejskiej chałupy. Wydaje się, że to jedyne miejsce, które może być prawdziwym azylem dla ludzi zamkniętych w klatkach. To wrażenie dodatkowo wzmaga postawienie chaty na wzniesieniu z ziemi porośniętej trawą – przypomina to wyspę, albo oazę na pustyni. Każdy dom jest w jakiś sposób azylem, bezpieczną przestrzenią, zamkniętą i niedostępną dla nieproszonych gości. Gospodarstwo chłopa jest azylem podwójnym – nie tylko jako dom, ale także jako miejsce pracy człowieka, który jest w najmniejszym stopniu zaangażowany w służbę na rzecz „maszyny”.


Robert Kuśmirowski w swoich artystycznych działaniach sięga do różnych okresów historycznych – w tym wypadku genialny fałszerz wziął na warsztat czasy fałszowania historii, czyli okres PRL-u. W tym okresie na polskich wsiach wciąż można było zobaczyć chałupy pokryte strzechą jednak stawały się reliktami przeszłości. Być może pokazanie takiej chaty w Warsztatach Kultury miało w pewien sposób pokazać tęsknotę artysty za czasami, w których owa wspomniana „maszyna” nie działała jeszcze tak sprawnie i nie wszystko miała pod swoją kontrolą. Powrotu do takiej sytuacji pragnął także Unabomber.


W tekście na temat wystawy Robert Kuśmirowski napisał: „ Tak powstały konglomerat budynków do wystawy, nie powinien być obciążony szkolną narracją i nie będzie „opowiedziany” wprost. Będzie pozbawiony wszystkich naleciałości i wyższych idei, jakie mogłyby ciążyć na odbiorcy. Wolę zmuszać do badań nad zasianą już głuszą i do formowania wiedzy pod własnym, przez lata ułożonym, przekonaniem.” W odpowiedzi na to wyzwanie artysty powstał ten tekst, który jest jedynie jedną z wielu interpretacji wystawy „Humanbomber”.

                                                                                                   Aneta Kopczacka

niedziela, 12 czerwca 2011
Soul Asylum, czyli o wystawie "Azyl" Konrada Maciejewicza

Na wystawie „Azyl”, Konrad Maciejewicz prezentuje nam kolaże i wycinanki. Wykorzystuje w nich wyłącznie wycinki ze starych gazet, które przez wiele lat zbierał. Teraz, materiały do swoich dzieł kupuje np. przez Internet – są to pisma ilustrowane, głównie kobiece, nawet sprzed 40 lat. Artysta przypisuje pewne znaczenie już samemu zbieraniu czasopism i ich wyszukiwaniu. W fotografiach ze starych gazet interesująca jest dla niego ich faktura i kolorystyka – zarówno „pierwotna”, jak i ta, która jest efektem działania czasu. W przypadku prezentowanych kolaży mamy do czynienia z fragmentami jakiegoś „materiału” – tkaniny, włosów, skóry, itd –, któremu autor sam nadaje kształt, niż z wyciętymi w całości obiektami. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że widzimy abstrakcyjne, barwne kompozycje, wśród których na pierwszy plan wysuwa się postać ludzka. Dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się pracom, możemy zauważyć, że te abstrakcyjne formy przypominają swoim kształtem i kolorem fekalia, wnętrzności, czy też motywy falliczne.

Na wystawie „Azyl” zobaczyć możemy 22 prace. Są one rozwieszone w trzech niewielkich salach dosyć obskurnej piwnicy budynku Centrum Kultury. Aby przestrzeń nabrała bardziej domowego, przytulnego charakteru, Konrad Maciejewicz wytapetował dwie ściany w galerii. Wybrał tapety w stylu retro – wzorzyste, o ciepłych, złotawo-beżowych barwach. W ostatniej sali zawieszona została także bordowa zasłona. Te zabiegi sprawiają, że przestrzeń wystawiennicza staje się bardziej intymna i przypomina stary, opuszczony dom.

Prace Konrada Maciejwicza są niezwykle niepokojące. Sam mówi, że wpływ na nie miały jego osobiste tragedie. Środowisko, w jakim umieszcza bohaterów swoich przedstawień, to głównie dom. Nie jest on jednak tytułowym azylem dla tych ludzi. Postacie z jego obrazów desperacko potrzebują azylu, jednak mamy wrażenie, że w żadnym miejscu nie zaznają spokoju. Azyl należy się tym, którzy są ścigani – ci ludzie są prześladowani przez swoje własne lęki, traumy, grzechy… Są oni w samym centrum tragicznych wydarzeń, choć siedzą we własnych, przytulnych domach, we własnych łóżkach oraz ubrani są w ciepłe swetry.

Artysta pokazuje głównie postaci kobiece. Jeden z kolaży przedstawia leżącą młodą dziewczynę z kręconymi włosami, która zjada fekalia. Jej twarz jest nimi ubrudzona. Dziewczyna wygląda na ciężarną. Przedstawienie to pomimo tak silnego wydźwięku nie obrzydza i nasuwa mi skojarzenia z huastecką i aztecką boginią. Bogini ta, nazywana przez Indian Huasteków Tlazolteotl, w mitologii azteckiej nosi imię Ixcuina. Określa się ją jednak także jako „zjadaczkę nieczystości” – była boginią brudu, hazardu, rozpusty, śmierci, ale także boginią płodności, miłości, rozkoszy. Była uosobieniem zarówno sił niszczycielskich, jak i twórczych. Jako zjadaczka nieczystości uwalniała ludzi od ich lęków, nieczystych myśli, grzechów, choć także zsyłała choroby i obdzierała żywcem ze skóry.

Młoda dziewczyna z obrazu Maciejewicza zjada nieczystości, ale jednocześnie w jej łonie rozwija się nowy człowiek. Potrafi zamienić brud i śmierć w nowe, nieskalane niczym życie. Idąc tym tropem warto zwrócić uwagę na medium artysty. Stare gazety, które wykorzystuje Maciejewicz są „brudem”. Życie gazety jest krótkie i bardzo szybko staje się ona tylko śmieciem. Artysta biorąc do ręki owe „śmieci” i „niszcząc” je jeszcze bardziej poprzez wydzieranie, wycinanie i klejenie, daje im nowe życie. To życie jest całkiem nowe, czyste – nie funkcjonują one już jako śmieci, ale jako dzieło sztuki, które podlega specjalnemu traktowaniu. Autor dał im więc nie tylko drugie życie, ale także nadał im nowe znaczenie. Pomieszczenie galeryjne jest dla nich tytułowym azylem – w tym miejscu są bezpieczne, nietykalne. Przez taki sam proces muszą przejść bohaterowie obrazów, aby pozbyć się swoich prześladowców – jeśli chcą rozpocząć nowe życie, muszą najpierw przyjąć i przetrawić swoje „nieczystości”.

Inny z obrazów ukazuje ubraną w szlafrok dorosłą kobietę, która przygotowuje „posiłek”. Tym „posiłkiem” są jednak ludzkie odchody, które wpadają do metalowej miski prosto z obnażonych pośladków, które zdają się nie należeć do nikogo i według mnie, pełnią tu bardziej rolę sprzętu gospodarstwa domowego. Kobieta jednak ze strachem patrzy w drugą stronę – w stronę czegoś tajemniczego, co budzi w niej większe przerażenie i obrzydzenie niż konieczność zjedzenia miski pełnej odchodów.

Jednym z ciekawszych obiektów jest obraz, na którym również widzimy kobietę. Jest ona w niezwykłej pozycji i w niezwykłym otoczeniu – wokół niej jest pełno poskręcanych szmat i gałganów, które układają się w kształt jelita. Kobieta jest częścią tego jelita. Obraz ten ma przepiękną, płynną kompozycję, a kobieta wygląda na mniej przerażoną niż inne bohaterki cyklu Azyl. Z tego obrazu bije pewna harmonia – być może ta kobieta reprezentuje moment trawienia-oczyszczania. Zaplątana w szmaciane jelita wygląda jakby zasypiała w ciepłej pościeli.

Nie wszystkie obrazy na wystawie pokazują nam świat „domowego zacisza”. Na dwóch kolażach pojawia się motyw okna. Trudno jest jednak powiedzieć, czy okno to ukazane jest od strony wnętrza domu, czy z zewnątrz. Na jednym z nich, w oknie tym stoi dziewczyna. Takie przedstawienie od razu nasuwa mi skojarzenie z obrazami Caspara Davida Friedricha i innych romantyków, którzy pokazywali niebezpieczną, dziką przestrzeń od strony jakiegoś bezpiecznego, przytulnego miejsca. W przypadku obrazu Konrada Maciejewcza nie mamy żadnej bezpiecznej „przystani”. Wokół dziewczyny wiją się ciemnozielone, najeżone kolcami rośliny, które wyglądają jak macki tajemniczego potwora. Dziewczynę wciąga do okna jakaś ręka. Z kolei na drugim, podobnym obrazie, widzimy już tylko otwartą pustą przestrzeń i te groźne rośliny.

Pomimo ukazania tak mocnych tematów, kolaże te nie odrzucają. Są pięknie skomponowane. Dzięki zamalowaniu tła wyglądają jakby były trójwymiarowe. Warto zwrócić uwagę także na układ prac – on staje się także kluczem do ich odczytania. Pierwszym obrazem, który widzimy (i który znajduje się także na plakatach i ulotkach informujących o wystawie) jest wizerunek kobiety ubranej w ciepły sweter i leżącej na poduszce. Na jej brzuchu leży miska wypełniona jabłkami, które wysypują się z niej i wpadają przerażonej kobiecie do gardła. Na tym obrazie nie ma jeszcze ukazanych wnętrzności, odchodów i innych rzeczy budzących odrazę. Można uznać więc, że obraz ten ukazuje nam początek tych wszystkich lęków i nieczystości – pokarm, który zostanie przetrawiony. Znamienne jest to, że jest to jabłko – symbol grzechu pierworodnego. Przechodząc przez kolejne sale, musimy zmierzyć się z traumami innych bohaterów. Każdy obraz jest bardzo wyrazisty i pobudzający, więc ta „podróż” sama w sobie jest dla odbiorcy pewnym procesem oswajania lęków. Ostatnim obrazem, który widzimy przed wyjściem, jest kolaż przedstawiający omawianą już w tekście ciężarną dziewczynę zjadającą fekalia. W tej samej sali widzimy więc początek i koniec tej „drogi przez mękę” – zjedzenie pierwszego jabłka oraz kiełkujące nowe, czyste życie.                                                     

                                                                                                     Aneta Kopczacka

środa, 01 grudnia 2010
Deformacje Alicji Pulik

Kilka prac Alicji Pulik pokazanych na wystawie, która właśnie trwa w ramach Młodego Forum Sztuki Galerii Białej porusza problem deformacji. Dzieje się to, niejako na marginesie głównego zagadnienia, jaki studentka postawiła sobie podczas realizacji opisywanego projektu. Pulik postanowiła stworzyć szereg autoportretów zainspirowanych zdjęciami, które powstały w wyniku użycia aparatu telefonicznego zainstalowanego w telefonach komórkowych. Powstałe figury, w niektórych pracach znacznie odbiegają od (nazwijmy je „realnego”) fotograficznego odzwierciedlenia, a w kilku miejscach przechadza we wręcz abstrakcyjne formy.

Parmigianino, Autoportret w wypukłym zwierciadle, ok. 1524

Włoski artysta Parmigianino w 1524 roku namalował swój autoportret (reprodukcja powyżej), na którym wygląda jakby przeglądał się w wypukłym lustrze. Dzisiaj możemy powiedzieć, iż powstały obraz wygląda jakby został zrobiona przy użyciu szerokokątnego obiektywem. Ręka, która znalazła się bliżej „soczewki obiektywu”, została odtworzona większa proporcjonalnym stosunku do reszty ciała zaburzając tym samym realizm odbijającego się oblicza.

Francis Bacon, Autoportret, 1969

Kilka wieków po nim (że pozwolę sobie uczynić ten upraszczający skok) Francis Bacon, aby wziąć jeden z bardziej znanych przykładów, uczulił z deformacji swojej, ale również innych twarzy strategie artystyczną, która pozwalała mu w ten sposób odsłonić psychologiczny rys portretowanych postaci. Mówiąc inaczej zrezygnował z realnego przedstawienia na rzecz odsłonięcia innych (ujmując rzecz najprościej jak się da) bardziej wewnętrznych struktur uwiecznianej postaci.

Laura Pawela, REALLAURA , 2002 - 2004

Rozpatrując obrazy Pulik z innej strony, czyli od strony obrazów wygenerowanych przez telefon komórkowy, należy z pewnością wskazać na twórczość Laury Paweli. Ta współcześnie działająca artystka zbudowała obiekty w postaci lightboksów, które stanowiły część szerszego intermedialnego projektu o nazwie Reallaura (2002-2004). Cykl tych prac, tak jak go widzę, był próbą utworzenia krytycznego obrazu współczesnego społeczeństwa. Do tego celu Pawela wykorzystała powszechnie jeszcze wtedy występującą w telefonach komórkowych charakterystyczną grafikę charakteryzującą się bardzo niską rozdzielczością. Używając własnej osoby, jak i innych postaci stworzyła „obrazy”, w których dostrzegamy każdy pojedynczy piksel, a towarzyszące im napisy zostały utworzone z jednej linii tych malutkich kwadratów.

Echa powyższych strategii odnajdujemy w bieżącej wystawie w Galerii Białej. Osobiście wolę te płótna, na których studentka zrezygnowała z dosłownego cytowania obudowy telefonu, a dała się ponieść, że tak powiem, fantazji w kreacji własnego oblicza, jednocześnie wydobywając techniczne niedoskonałości aparatów tego typu. Zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej zasygnalizować obecność telefonu komórkowego na drodze budowania tych momentami abstrakcyjnych struktur w inny, mniej dosłowny sposób. Korzystne w takim przypadku mogłoby się okazać wyjście poza ramy malarstwa i wprowadzić do potrzeb wystawy jakiś obiekt, który w korespondencji z obrazami jedynie sugerowałby ich proweniencje. Może... Podobnych rozwiązań jest z pewnością wiele i początkująca artystka z pewnością będzie miała jeszcze niejedną okazję do poszerzenia swoich artystycznych rozwiązań. Dla mnie, jednak najbardziej interesującym pozostaje fakt, stopniowego porzucania fizycznego konkretu w drodze do niefiguratywności przedstawienia. Abstrakcji, zrodzonej z narcystycznego kontaktu z podręcznym aparatem, a wzmocnionej przez malarskie medium.

PP

środa, 27 stycznia 2010
środa, 20 stycznia 2010
MŁODE FORUM SZTUKI SCHODZI DO PODZIEMIA

W poszukiwaniu nowych przestrzeni dla sztuki młodych postanowiliśmy spenetrować przestrzenie znajdujące się pod nową siedzibą galerii. To właśnie tam, pośród pulsujących żył wodnych postanowiliśmy zapuścić korzenie doprowadzając w okolice starych fundamentów, świeże tchnienie młodzieży. I w ten sposób, paradoksalnie, odnaleźliśmy prapoczątek naszej instytucji.

Student Krzysztof Bryła w 25 roku działania galerii z młodzieńczym zapałem postanowił dokopać się do pierwszych oznak galeryjnej działalności. Wynikiem jego poszukiwań okazały się obrazy przedstawiające namalowane na różne sposoby, ręcznie robione plakaty pierwszych wystaw.Odwzorowanie ich dzisiejszego stanu jest próbą uchwycenia 25 lat w malarskim geście; zamknięciem symboliczną klamrą minionych wydarzeń artystycznych, automatycznie współtworzącym ich ciąg dalszy.

Korzenie Galerii Białej zawsze „sięgały” młodych. Z czasem, ci pierwsi spośród nich, powyrastali na dojrzałych artystów, którzy z kolei utworzyli drugi filar profilu Białej. Jednakże w dalszym ciągu duży nacisk kładziony był na pozyskiwanie początkujących zapaleńców dlatego też trudno by nam było wyobrazić sobie rok podsumowań bez studenckiego akcentu.

Ten dwojaki charakter profilu galerii 22 stycznia osiągnie swoją postać niemalże modelową, gdy w tym samym dniu zostaną otwarte dwie równoległe wystawy: Ireny Nawrot, która od 1985 roku współpracuje z galerią, oraz debiutancka wystawa indywidualna wspomnianego studenta.

wtorek, 12 stycznia 2010
KRZYCZĄCE SZEPTY

czyli o wystawie Anawany Haloby Loud silence w Galerii Aneks

Od wystawy Anawany Haloby w poznańskiej Galerii Aneks mieszczącej się w Arsenale miną już niemal rok. W wakacje tego roku widziałem jej pracę również w Arsenale tylko że już podczas weneckie biennale. Ta koincydencja nazw nie jest jedynym powodem dla którego postanowiłem wrócić do wystawy sprzed roku. Postanowienie to wynikało z tego, iż moim zdaniem wystawa w wówczas mroźnym Poznaniu była zwykle ciekawsza niż zaprezentowana w upalnej Wenecji.

W piekle twego łóżka stać się Persefoną, Charles Baudelaire


Prezentowane w Poznaniu prace Anawany Haloby w swoim wyrazie rozpięte są pomiędzy krańcami tego oksymoronicznego tytułu. Mimo, iż prezentowane w dwóch różnych częściach miasta, dzieją się w jednej przestrzeni i słyszalny jest wciąż ten sam głos. Zmienia się tylko nasilenie, ale to my zbliżamy się lub oddalamy od jego źródła.


 

Na prezentowanej w aneksie projekcji widzimy czarnoskórą kobietę (samą autorkę) leżącą na materacu w jakimś nieokreślonym, surowym pomieszczeniu. Ubrana tylko w białą sukienkę, przykryta jest „tkaniną” wykonaną z monet połączonych drutem tworzącym regularne struktury. W tym samym czasie słyszymy kobiecy głos w towarzystwie niepokojących dźwięków. I jeżeli samo nakreślenie sytuacji nie sprawia większego problemu, to już dokładniejszy opis tego, zdawało by się, prostego filmu nasuwa pewne trudności. Kobieta pogrążona jest w jak gdyby niespokojnym śnie, nieustannie zmieniając pozycję poprawia na sobie to niewystarczające okrycie. Podobnie czynimy wtedy, gdy w zbyt zimnych warunkach wciąż poprawiamy cienki koc, mając nadzieję na poprawę sytuacji. Jednakże dalej marzniemy, a niespokojne ruchy ciała coraz bardziej uniemożliwiają sen. Podobnie dzieje się podczas „snu” Anawany. Na ścianie przez jakiś czas widnieje niby to przypadkowy napis: Close this window before you leave.

Jednocześnie trudno nie ulec wrażeniu, iż ten misternie utkany „koc” pełni zarazem obiekt niemalże erotycznego fetysza. Monety bezpośrednio dotykają również nagich fragmentów ciała, co często widzimy w zbliżeniu. Głos kobiety, który początkowo braliśmy za oznaki koszmaru, teraz wydaje się nam odgłosem rozkoszy. Ta dynamika jednoczesnego przyciągania i odpychania bardzo łatwo daje się interpretować w kontekście politycznym. Artystka żyje i tworzy jednocześnie w rodzimej Zambii, jak i w Norwegi. Specjalnie zostawiając w tym miejscu ten geopolityczny wątek chciałbym ukazać, jak ta „międzykontynentalna” egzystencja generuje w dziełach tej artystki wcale nie takie oczywiste znaczenia. Gdyż w moim odczuciu właśnie tam, pod tą oczywistą powierzchnią, w pracach Haloby jest miejsce gdzie przezwycięża ona „granice”. Zatem pozwólmy myśli zapuścić się głębiej.

Niecodzienna tkanina tak samo okrywa, co i rani. Podrapania dokładnie prezentuje nam kamera. Tajemnicza ścieżka dźwiękowa, nie odpowiada bezpośredniemu zapisowi z planu zdjęciowego. Nagrana osobno, wzbogacona o niepokojące dźwięki i prezentowana głośniej, zdaje się niejako działać osobno - zacieśnia więzy łączące widza z obrazem, otacza go i wciąga do wnętrza prezentowanego świata. W wyniku rozsadzenia dokumentalnej narracji tworzy się wielowymiarowa przestrzeń, której elementy zaczynają się wzajemnie reprezentować i jednocześnie stapiać w jedno. Bo oto dostrzegamy, iż kolor pieniędzy jest o podobnym odcieniu co ciało artystki. Drut łączący monety „połączył” również rękę z tułowiem zostawiając na nich ślad po zadrapaniu. Mało tego, monety swoim kształtem korespondują ze znajdującym się na podłodze, częściowo zasłoniętym przez materac, namalowanym kołem. Silną symbolikę odnoszącą się do ciała spotykamy również w innym projekcie artystki When the private became public, w którym podczas projekcji prezentowanej na podłodze otoczoną ścianką na kształt studziennego kręgu, w kolistym (sic!) obrazie obserwujemy ręce kobiet wyciągające z czerwonej ziemi australijskiej pustyni długie fragmenty zapętlonej tkaniny. Siedzące w kręgu przedstawicielki różnych ras próbują jak gdyby dostać się do wspólnych, można rzec transkontynentalnych korzeni. Jednakże znowu ziemia nasuwa skojarzenie z ciałem, gdyż po raz kolejny autorka zadbała o to, aby kolor zbliżony do barwy jej ciała dominował w kadrze. Ponadto po pewnym czasie kamera, po tym jak filmuje plątaninę rąk, rejestruje nogi zgromadzonych kobiet. Oczywiście cała sytuacja niejako staje się wielkim porodem „matki ziemi”.

Kolejnym interesującym wątkiem w twórczości Haloby niejako wiążącym projekcję z Aneksu z resztą jej realizacji jest przywiązanie artystki do ornamentu. Obserwując niecodzienny „koc” dostrzegamy, iż wiązanie tworzy rytmicznie powtarzający się ornament. W filmie wideo The air between two women autorka odnajduje rytmiczne rozłożenie elementów na antypoślizgowej warstwie stopni schodów. W tym momencie ten zaskakujący element wydaje się symbolicznie „ubezpieczać” przed zejściem w głąb ciemnej nieznanej przestrzeni, jednocześnie, jak i w przypadku pozostałych prac, pełni funkcję specyficznego teleportu. Gdyż to powtarzające się „schodzenie w głąb” powoduje, że w przypadku dzieł Haloby właśnie jak powietrze częściowo wchodzimy do jej wnętrza, jednocześnie pozostając na zewnątrz. „Analogia otchłani – jak pisze Derrida – oraz mostu ponad otchłaniami mówi, że musi tu istnieć jakaś analogia pomiędzy dwoma całkowicie heterogenicznymi światami – coś trzeciego, co pozwoli przekroczyć przepaść, zabliźnić rozwarcie i pomyśleć rozchylenie [écart]. Krótko mówiąc symbol. Most jest symbolem, przechodzi z brzegu na brzeg, a symbol jest mostem.” (J. Derrida, Prawda w malarstwie, Gdańsk 2003, s.44). Dlatego w przypadku Haloby rytmiczny ornament, niemalże analogiczny do koronki na obrębie jej sukienki, promieniuje na całą przestrzeń, w której znaczony i znaczący trwają w miłosnym uścisku. Widzimy jej ciało, ale słyszymy już jej uszami. Kierowani tajemniczym drogowskazem, powtarzając wdech za wydechem, schodzimy do jakiegoś wnętrza gdzie ogłuszają nas szepty, gdyż dotarliśmy tam, gdzie one biorą swój początek. Tak, jak we wspomnianych już projekcji, w „studziennym” wnętrzu autorka odsłania przed nami miejsce w którym, rzec można, bije wspólne tj. jej i ziemi źródło.

Dlatego też, moim zdaniem, dopiero na tym poziomie interpretacji możemy właściwie odczytać kolejną realizację zaprezentowaną w Poznaniu. Ta bardzo wyrazista i mocno oddziałująca instalacja z pewnością odróżnia się od tej zaprezentowanej w Aneksie. Po tym, jak wchodzimy do zaciemnionego miejsca, od razu atakowani jesteśmy mocnym uderzeniem dźwięku. Natężenie sfery audialnej rozpiętej na zasadzie prostego kontrastu, od szepczących głosów po głośne uderzenia basu, zaskakuje odbiorcę na spółkę z wszechogarniającą ciemnością. Silny dźwięk basu przeplata się z symultanicznie szepczącymi ponad dziesięcioma zwisającymi z sufitu głośnikami. Po chwili ten natłok bodźców udaje się opanować, a w głowie zaczyna pomału rysować się wstępna mapa przestrzeni. Podejście pod jeden z głośników powodował zrozumienie szeptanej sentencji. Autorka zgromadziła tutaj zdania wyjęte z opisów różnych traumatycznych wydarzeń przytaczanych przez kobiety. Tuż u progu słyszymy Can You see them? Podczas dalszego „spaceru” kontakt nie ustaje. Głosy komunikują na przykład: we are hungry! Czy też zwracają się do nas słowami: look at the corner! Co jest ciekawie zainscenizowane, ponieważ głos niejako zadaje nam pytanie, wprowadzając od razu stan zagrożenia.

Artystka zakomponowała przestrzeń w taki sposób, aby uwikłać nas w to „zbiorowe” przerażenie. Rytmiczny dźwięk basu, wstępnie rozpoznany jako raczej odgłos bębna, okazuje się spotęgowanym biciem serca. Zatem po raz kolejny weszliśmy w niedookreśloną przestrzeń, która jednocześnie jest więzieniem szepczących do nas postaci, jak i wnętrzem jakiegoś upostaciowionego wizerunku zbiorowej traumy z kłębowiskiem myśli-demonów wewnątrz. Prywatne staje się publiczne.

Piotrek Pękala

Anawana Haloba

Anawana Haloba Loud Silence

wernisaż wernisaż wystawy odbył się 23 lutego 2009, w Galerii Aneks w Poznaniu

czwartek, 17 grudnia 2009
Odśnieżanie Dostojewskiego

 

Nadeszła długo oczekiwana (przynajmniej przez mnie) zima, a ducha naszego rozgrzewa wizja zbliżającej się, już kolejnej, „piekielnej lekcji” Cezarego Wodzińskiego. Dla tych, którzy byli ostatnio nie będzie nowiną wiadomość, że zmianie uległa dotychczasowa forma tych comiesięcznych spotkań. Obecnie ci z Was, którzy nieśli w sercu nierozwiązane problemy do domu, teraz mają szanse swobodniejszej partycypacji w kierunku myśli owych spotkań. Profesor zaproponował nieco mniej formalną, bardziej seminaryjną formułę. A któż jest powodem rozbicia sztywnych ram dotychczasowych wykładów? Otóż nie kto inny, jak właśnie Fiodor Michajłowicz Dostojewski!

Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą, wskrzeszanie wciąż, jak się okazuje, palącej myśli Fiodora Michajłowicza, jest bezpośrednio spowodowane reżyserskimi planami Janusza Opryńskiego, który odważnie postanowił targnąć się na ostatnie dzieło mistrza. Przyznam się, że do tej pory dosyć skutecznie wzbraniałem się przed oglądaniem dotychczasowych ekranizacji, czy też teatralnych inscenizacji Braci Karamazow. Po prostu, nie chciałem nanosić na obraz tej drogiej mi powieści zasłony konkretu. Mój sceptycyzm wynikał również z tego, iż nie wierzę, że można wyreżyserować tę powieść lepiej niż zrobił to sam autor. Jednakże wierzę, że można ją wyreżyserować inaczej! W historii kina (bo sztuk teatralnych widziałem zbyt mało aby się na ten temat wypowiadać) spotykamy oczywiście kilka filmów „zrobionych na” Dostojewskim. Te udane próby to przeważnie wybitne filmy, wybitnych reżyserów. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska jak Tarkowski, Bresson, Żuławski (Andrzej) i pewnie jeszcze kilku innych.

- Dlaczego więc tym się udało? - może ktoś zapytać.

- Cóż przyjacielu, moim zdaniem stało się to tak.

Przede wszystkim, każdy z wymienionych wyżej reżyserów, to artysta o szalenie indywidualnym podejściu do kina. Co istotne, taki charakter miał również stosunek owych artystów do mistrza z Petersburga. Był to dialog dwóch indywidualnych postaw, na styku których rodziło się nowe dzieło. Żaden z tych artystów nie próbował rekonstruować świata Dostojewskiego z dbałością o szczegóły z epoki, oni starali się wskrzeszać  i d e ę.  Brali ją w nawias, oglądali ze wszystkich stron, a co najważniejsze zastanawiali się, jak ona może funkcjonować we współczesnych im czasach. Tarkowski napisał w pewnym miejscu swojego dziennika, że nie ma potrzeby filmować książki Dostojewskiego - trzeba pokazać stosunek tego pisarza do świata. Notatki te pochodzą z lat poprzedzających Zwierciadło (1975). I choć ani wcześniej, ani też później Tarkowski nie zatytułował żadnego ze swoich dzieł tytułem wziętym z książki rosyjskiego pisarza, to nie sposób odseparować Dostojewskiego od żadnego z jego filmów. Jest to temat na doprawdy pokaźne tomiszcze.

Wpływ tego pisarza okazuje się być wpływem bardzo głębokim. Dostojewski został przez wspomnianych reżyserów nie tyle adaptowany, on został przez nich niejako adoptowany tak, jak adoptuje się dziecko poszerzając tym samym krąg swojej rodziny. Czy można adoptować ojca? No właśnie wszystko wskazuje na to że tak! Twórczość artysty, który ulega urokowi tej płomiennej myśli zostaje nią bezpowrotnie już nasączona. I co najważniejsze, książki te żyją w działach „adepta” życiem bardziej a u t e n t y c z n y m niż w dosłownych ekranizacjach. Oczywiście do pomyślenia są również inne strategie poradzenia sobie z wielkim przodkiem, które mogą okazać się sukcesem. Zmagać się trzeba i to zmagać jak najbardziej świadomie. Dlatego też trzeba docenić Janusza Opryńskiego, za to, że nie tylko sam się do tego przygotowuje lecz również przygotowuje nas.

Dostojewski, mimo że już blisko 130 lat minęło od jego śmierci, żyje i kwitnie niczym winna latorośl. Czy jego myśl potrzebna jest nam dzisiaj w późnonowoczesnej Polsce? Uważałam, że ta konwulsja rodem z dziewiętnastowiecznej Rosji może mieć ożywczy wpływ na uśpionego bezrefleksyjnym katolicyzmem, oblanego słodki lukrem konformizmu Polaka. Dostojewski jest przecież wielkim nonkonformistą. To, czy jego myśl w ostatecznym rozrachunku przysłuży sie chrześcijaństwu, czy też nie, zostawmy na później. Nie dowiemy się tego, jeżeli najpierw nie odtworzymy się na „piekło”, które nam z taką dbałością odrysowuje na kartach swych powieści. Musimy przejść tą drogę, aby zobaczyć czy jest coś dalej. Bardzo łatwo każde dzieło zinterpretować tak, aby utwierdzić się w swoich poglądach. Można nazwać Iwana diabłem, a Aloszę aniołem i przekonywać o jego tryumfie. Pytanie tylko w jaki celu, gdyż cała para idzie wtedy w gwizdek. Ciekawe skądinąd, jest to, że lata lecą a myśl Iwana jest w dalszym ciągu n i e  d o  p o m y ś l e n i a. Tylko chory wie, że musi wyzdrowieć, ale cóż gdy ten obstaje przy swoim zdrowiu?

Wodziński proponuje nam, żebyśmy zachorowali, zaraża nas dostojewszczyzną. Ostatecznie ktoś, jeżeli jego wiara jest odpowiednio silna, potraktuje ten zastrzyk jako szczepionkę mającą na celu wytworzenie odpowiedniej ilości przeciwciał. Jest to podróż w nieznane, ale przecież zawsze możemy wysiąść i kupić  b i l e t  na najbliższy pociąg do „domu”. Nie róbmy twierdzy z wiary (jeżeli się ona szczęśliwie już w kimś tli), ani też fosy z naszego światopoglądu. Dzisiaj nie musimy nawet opuszczać mostów. Zamroźmy na chwilę nasze przeświadczenia wraz z tendencją panującą za oknem. Wsłuchajmy się w tę nieokiełznana myśl w iście syberyjskiej aurze sobotniego wieczoru.

W oczekiwaniu na Wielkiego Inkwizytora, umieszczam poniżej cytat z Sartre'a, który stanowi świetny komentarz do „Buntu Iwana” i jego świetną adaptację . Oto jak francuski filozof „przejrzał” się w Dostojewskim:

Zmieniłem się. Opowiem później, jakie to kwasy zżarły zniekształcającą przejrzystość, która mnie spowijała, kiedy i jak terminowałem u przemocy i odkryłem własną brzydotę – była ona ługi czas moim pierwiastkiem negatywnym, niegaszonym wapnem, w którym rozpuściło się cudowne dziecko – jakie racje przywiodły mnie do systematycznego myślenia przeciw sobie, tak dalece, iż oczywistość idei mierzyłem przykrością, którą mi sprawiała. Złudzenie retrospekcji rozsypało się w drzazgi; męczeństwo, zbawienie, nieśmiertelność – wszystko to niszczeje, gmach wali się w gruzy, w piwnicy przychwyciłem Ducha Świętego i wygnałem go; ateizm to przedsięwzięcie okrutne i długodystansowe, chyba doprowadziłem je do końca. Widzę jasno, nie żywię złudzeń, znam swoje prawdziwe zadania, zasłużyłem na pewno na nagrodę przyznawana dobrym obywatelom; od lat prawie dziesięciu jestem człowiekiem, który się budzi uleczony z długiego, gorzkiego i łagodnego szaleństwa i który nie może mu się nadziwić, nie potrafi nie roześmiać się wspominając swoje dawne błądzenia i nie wie już, co począć ze swoim żywotem. Stałem się znów pasażerem na gapę, którym byłem mając lat siedem. Konduktor wszedł do przedziału, spogląda na mnie, ale mniej surowo niż ongi; w istocie najbardziej byłby rad odejść, niechbym sobie dojechał spokojnie, chciałby tylko usłyszeć ode mnie jakieś godziwe usprawiedliwienie, mniejsza z tym jakie, zadowoli się każdym. Na nieszczęście nie znajduje żadnego, bo i zresztą szukać nie mam ochoty; posiedzimy tak we dwóch, czując się nieswojo, aż do Dijon, gdzie – wiem o tym doskonale – nikt nie czeka na mnie.

[Jean-Paul Sartre, Słowa, pierwsze polskie wydanie z roku 1965, Warszawa, strony: 202-203.]

Piotrek Pękala

wtorek, 19 maja 2009
Blow-up Kamila Stańczaka czyli: o przestrzeniach ostatniej realizacji pt: Peryferia

                                                                                                              Jest spokojnie

                                                                                                              I tylko

                                                                                                              I tylko ten wiatr!

                                                                                                              Siekiera Nowa Aleksandria

 

Ostatnia wystawa Kamila Stańczaka w Galerii Białej zajmuje w dorobku tego artysty miejsce szczególne. Nie po raz pierwszy eksplodują ramy płócien tego artysty, jednakże po raz pierwszy eksplozja ma tak daleko idące konsekwencje. Wcześniej już mogliśmy zaobserwować próby przełamania wirtualnego świata obrazów konkretnymi przedmiotami, wystającymi z obrazów jak np. karabin - zabawka zawieszony na ramieniu namalowanej dziewczynki. Ostatnio w Białej byliśmy świadkami jak owe przedmioty siłą wybuchu "wypadły" z płótna i tracąc swój rzeczywisty aspekt pospiesznie zabrały z niego resztki wyobrażonego świata. Można początkowo odnieść wrażenie, że jest spokojnie, jednakże po chwili czujemy na twarzy niepokojący, lekki podmuch wiatru – echa zaistniałego wybuchu. Zajmująca centralne miejsce głównej ściany plama zielonej farby stanowi wizualny ekwiwalent eksplozji rozrzucającej na p e r y f e r i a galeryjnej przestrzeni niedookreślone elementy dziwnego świata. I właśnie ten ruch od centrum ku peryferiom pozwoli nam zaobserwować siły rozmieszczone w tej instalacji. Gdyż cała prawda o tych makietach w moim odczuciu leży pomiędzy nimi.

Budynki, do stworzenia których inspiracją podobno były opuszczone obiekty w okolicach Puław i leżących nieopodal Zakładów Azotowych dawno już porzuciły swoją realną bazę i stały się fragmentami świata wyobrażonego Kamila. Konstrukcje wśród których wyrastał, teraz przeobraziły się już niejako w jego prywatną mitologią. Umieszczając jej fragmenty na obrzeżach - siebie sytuuje w centrum. "Toksyczne" kolory zarówno podziemnych części makiet, jak i lawy wypływającej z ich wnętrz, symbolicznie odnoszą się do tego poczucia skażenia w jakim przyszło żyć puławiakom, o którym niegdyś śpiewała Siekiera słowami: Nasze domy pośród nocy, nasze domy obok f a b r y k !


Cała sytuacja przypomniała mi film Michelangelo Antonioniego Zabriskie Point (1970), w który to dziewczyna, mówiąc metaforycznie, w wyniku uwięzienia w rzeczywistości zmakietowanego świata przesyconego sztucznością reklamy, siłą fantazji wysadza go w powietrze. Jej sprzeciw jest w tym filmie zestawiony z nieudaną próbą wyzwolenia się z krępującej rzeczywistości-systemu jej przyjaciela. I jeżeli film kończy się jej autentyczną ucieczką, to i tak jest ona niczym w porównaniu z tym, co zdołał uczynić w wyobraźni. W kontekście analizowanej wystawy znaczący okazuje się również fakt, iż ów stan świadomości dojrzewa w bohaterce podczas podróży na pustynie, czyli na właśnie jakieś peryferia. Jednakże nawet tam, gdzie eksploduje erotyczne napięcie pomiędzy nią, a wspomnianym chłopakiem, są oni w dalszym ciągu związani niewidzialnymi nićmi z centrum, czyli miastem które nie chce o nich zapomnieć.

Siekiera: Idziemy na s k r a j, idziemy na s k r a j! A niebo jest tuż! a niebo jest tuż! Idziemy!!!

Wracając do galerii proponuję zastanowić się co tutaj wybucha? W moim odczuciu wybuchła głowa artysty-Kamila, rozwiązując supły dwuwymiarowych nawyków. Pozwolił sobie jajkiem wypełnionym farbą cisnąć w biel zastałych przestrzeni. I nawet jeżeli galeria nie zadrżała w posadach, to i tak ten akt wandalizmu wprowadza ożywczy powiew do Białej, ale przede wszystkim do twórczości samego Kamila. Precyzja będąca znakiem rozpoznawczym tego artysty pozostała, jednakże nie domknęła przedstawienia, przeciwnie zaczęła komunikować o czymś więcej niż tylko o sobie. Rozpadający się, spójny i konsekwentnie zbudowany świat fantazji spowodował, że więcej zaczęło się wydarzać p o m i ę d z y jego fragmentami, niż w samych obiektach.

W pustych przestrzeniach galerii, samotnie spacerując pomiędzy tymi fragmentami zaczynamy dostrzegać wypełniające całą przestrzeń bardzo subtelnie działające siły powstałe na wskutek wybuchu (jeszcze raz przypomnę: wybuch głowy samego Kamila:) Przeciwstawne do tych, siły scalania tych rozsypanych fragmentów w jedno, powstające w naszych z kolei głowach, substancjalnie korespondując z tymi pierwszymi. ukazują siłę fantazji w jej można rzec czystej postaci. Aby jeszcze raz zacytować puławski band: .Przed nami jest świat, przed mani jest świat: Bez końca! Hej!

Można też do tych wniosków dojść inna drogą. Jak już wspomniałem dwuwymiarowa, obramowana przestrzeń rozpada się. Jednakże śledząc uważnie prezentowane prace zauważamy że znaczna część z nich przedzielona jest poziomą n i e w i d o c z n ą płaszczyzną, poniżej której makiety pokryte są jednorodną jaskrawą barwą. Takie zjawisko można sobie wyobrazić porównując je do zjawiska płaszczyzny głębi ostrości zaobserwowanej na fotografii, która mimo iż swoim zasięgiem obejmując cały kadr, widoczna jest tylko na fragmentach, które przecinając powoduje ich wyostrzenie. Podobnie tutaj. Linia przecinająca obiekty daje asumpt do wyobrażenia płaszczyzny na całej przestrzeni. Rozmieszczenie prac na różnych wysokościach powoduje silne odkształcenia i pofalowania zaistniałej płaszczyzny. Wspomniana ściana główna swoim pionem z jednej strony ucina miniaturową budkę, jak i stając się przezroczystą zatrzymuje eksplodującą farbę na zewnątrz nie pozwalając wlać się jej do wnętrza galerii. Patrząc na fragmenty architektury rozmieszczone na podłodze widzimy, że są one w niej jak gdyby zanurzone. Zaczynamy odmaterializowywać zamkniętą galeryjną przestrzeń nadając jej jedynie m e n t a l n y status. Bo przecież widzimy, (pisze widzimy gdyż właśnie w pamięci należy przeprowadzić to ćwiczenie) obiekty w całości tzn. nawet ze zwykle ukrytymi pod ziemią fragmentami. Przecinamy je w dowolnym fragmencie. Jaskrawe kolory są kolorami naszej wyobraźni. Teraz to my jesteśmy w centrum. Przekraczamy granice fizycznych ograniczeń i wędrujemy zarówno ponad jak i pod obiektami. Jesteśmy wewnątrz i jednocześnie za zewnątrz galerii. Eksplodujemy!

                                                                                                                                                Piotrek Pękala

19:40, piotrek.pekala , teksty krytyczne
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 lutego 2009
Hołowno - kraina rumianku

Kama Bubicz / Paulina Chreścionko / Paulina Daniluk / GAZOBETONOWNIA: Barbara Abramowicz, Aleksandra Mijal, Natalia Głowacka / Wiola Głowacka / Jan Gryka / Dawid Jurek / Ewelina Kruszewska / Agata Krutul / Jan Milewski / Mariusz Tarkawian / Jacek Wierzchoś / Monika Zapisek

Wystawa jest prezentacją kilkunastu projektów, które zapoczątkowano na plenerze w Hołownie w lipcu 2008 roku.  Plener wraz ze mną prowadził Robert Kuśmirowski a uczestniczyli w nim studenci IV roku Edukacji z Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie.

 

 

Programowo dotyczył on poszukiwania odpowiedzi na nastepujące pytania:
- Czy w warunkach wiejskich może funkcjonować sztuka publiczna?
- Jaka i czy w ogóle może wystąpić potencjalna recepcja artystycznych realizacji?
- Czy kontekst historyczny miejsca i stan aktualny mogą mieć wpływ na autorskie projekty?
- Czy realizacje tego typu mogą mieć funkcje edukacyjne i użytkowe?

 

Na bazie istniejących uwarunkowań historycznych i socjologicznych, ale również wobec wizji rozwoju miejsca i jego tożsamości próbowaliśmy wykreować projekty artystyczne, które mogłyby być zrealizowane jako stałe realizacje.
Chodziło nam raczej o sprawdzenie potencjalności miejsca, jego otoczenia i zbudowanie artystycznych projektów, które stałaby się  nie tylko wizerunkiem miejsca ale miałyby funkcje turystyczne i zarazem użytkowe dla tamtejszej społeczności.

 

Efektem naszego tam pobytu jest kilka impresji na temat Hołowna i okolic oraz wizyjne projekty wiejskich SPA, podziemnego amfiteatru, wyposażenia wiejskiej chaty, czy też systemu informacji wizualnej. Sądzimy, że w dalszej perspektywie może powstać jeszcze wiele różnorodnych wizji, które pojawiają się już jako tzw. potencjalność. W Hołownie znalazł swoje siedlisko Robert Kuśmirowski, który buduje tu artystyczne pracownie rezydencjalne dla artystów z Polski i ze świata.


Nieoczekiwanie więc otwiera się perspektywa realnej współpracy przy realizacji różnorodnych projektów, które mogą się stać niezwykłą atrakcją dla tego regionu.

Jan Gryka

 

 

 

 

 

15:17, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 lutego 2009
PLĄTANINA WĄTKÓW W GALERII BIAŁEJ

W jednej ze swoich realizacji Anselm Kiefer skonstruował postaci złożone z plątaniny drucianych elementów osadzonych na czymś w rodzaju gipsowej białej sukni. Te lekko upiorne w swojej ekspresji postaci z jednej strony stanowią kontynuacje wątku sukienek często pojawiających sie na realizacjach płaszczyznowych tego artysty, z drugiej zaś strony otwierają sie na dobre znany w sztuce motyw splotu. Kiefer często nanosi na płaszczyznę swoich "płócien" jak gdyby unoszące sie w powietrzu sukienki. Jadwiga Sawicka w swoich dotychczasowych pracach, zarówno tych malarskich jak i na fotografiach, często umieszcza elementy damskiej i męskiej garderoby. W ostatniej propozycji Galerii Białej w swojej instalacji świetlnej wykorzystuje również wątek "plątaniny". To spiralnie skręcone osobliwe konfetti swoim kształtem potwierdza zaistniałą węzłowatą strukturę.

Leonardo da Vinci zdaniem Gustawa René Hocke, wiedziony potrzebą „hieroglificznego maskowania oraz dążenia do tego, by ukazać mistyczną siłę, którą uważał za Boga, za pomocą abstrakcyjnej sygnatury. Najpierw próbuje to osiągnąć, stosując szyfrowe pismo i piktogramy. Później, w trakcie właściwych studiów nad labiryntami, inicjuje brzemienny w skutki eksperyment - abstrakcyjną grę ornamentów plecionych.” (Hocke, 2003: 167).

Co ciekawe nie musimy nawet sięgać po te mało znane realizację aby zauważyć użycie owych form w połączeniu z wizerunkiem kobiety w dobrze znanych rysunkach tego artysty. Wystarczy wspomnieć Studium Głowy Ledy z ok. 1505-07 roku gdzie autor przedstawia postać z włosami upiętymi w liczne w a r k o c z e. Ciekawym w tym momencie wydaje sie fakt, iż plątanina w opisywanej postaci Kiefera również zdaje sie pełnić funkcję osobliwej fryzury.

Rozpatrując ten wątek w kontekście dwóch ostatnich wystaw w Białej, z łatwością zauważymy, iż wydawało by sie daleka w swej wymowie od realizacji Sawickiej praca Katarzyny Józefowicz również została osnuta wokół zbliżonego wątku. Ściany Pokoju zostały również skonstruowane za pomocą zadrukowanych pasków papieru połączonych na zasadzie splotu. Oczywiście nie sugeruję, iż ów odwieczny wątek został tutaj świadomie podjęty przez obydwie artystki, przeciwnie – obie instalacje zostały podporządkowane zgoła innym tematom, a interesujący nas wątek funkcjonuje w nich w sposób raczej organiczny. Nie mniej jednak proponuję przyjrzeć sie temu dokładniej, gdyż obydwie prace niejako dokonują "rewitalizacji" tego symbolu, a zrozumienie owego procesu w moim odczuciu pozwoli spojrzeć głębiej w indywidualną specyfikę obydwu dzieł.

Jak już ukazałem wyżej spiralne formy od wieków towarzyszyły przedstawieniu kobiet wyrażając różne tajemnicze powiązania kobiet ze zjawiskiem nieskończoności. W pracy Picassa z 1931 roku pt.: Czerwony fotel figura kobiety została niejako zbudowana wyłącznie za pomocą linii obłych. Owe kształty zrodziły sie na drodze redukcji kobiecej fizjonomii do najprostszych form. Pierś wynika ze spiralnie skręconej do wewnątrz linii ramienia. W realizacji Sawickiej spiralne serpentyny wiodą już autonomiczną egzystencję, a ślad kobiety pozostał na niej jedynie, albo aż w postaci nazwiska.

To co w przypadku hiszpańskiego artysty pojawiło sie prawdopodobnie na drodze intelektualnych spekulacji nad fenomenem kobiecości - w przypadku Katarzyny Józefowicz objawia sie w wyniku zastosowania czynności "kobiecej", czyli tzw." robienia na drutach". Spojrzenie artystki na kobiecość daleka jest od erotycznych obiektów Picassa. Kobieta w realizacji Józefowicz to raczej pracująca kobieta-matka robiąca na zimę ciepły szal. Ten zdawałoby sie antyfeministyczny substytut kobiecości zostaje spotęgowany do tego stopnia, że efekt finalny przysłania nieomal cały świat, a mówiąc inaczej zaczyna go re – prezentować!

Bo właśnie w końcu stoimy przed "ścianą" i mamy wrażenie obcowania z czymś co nas przerasta. „U Leonarda – pisze Hocke - chodzi o abstrakcyjną, racjonalną symbolikę nieskończoności wraz z działającymi wewnątrz tejże nieskończoności <> (konwulsyjnymi), a jednak tajemniczo uporządkowanymi siłami.” (Hocke, 2003: 167).

Współcześnie mamy już swoją "nieskończoność" a jest ona nieskończonością informacji która u Józefowicz występuje w postaci właśnie symbolicznej, umożliwiającej spojrzenie na ten przecież uporządkowany chaos ze skali makro. To wstępne wrażenie oddalenia perspektywy zaczyna sie już w pierwszej sali. Na ustawione na podłodze konstrukcje z malutkich kubików patrzymy jak na "rozsypujące sie nowe budowle" z pejzażu filmu s-f. I nie tyle o kruchość współczesnego świata tutaj chodzi co o kruchość postrzeganej rzeczywistości w ogóle. Rozpadający sie świat współczesny jest tu tylko aktualną ikonograficznie realizacją odwiecznego zagadnienia. W drugiej sali nasz punkt widzenia się znacznie oddala, gdyż widzimy już bezkształtne mrowisko, które łączy sie tylko w swoim t r w a n i u. Uciekając od oczywistości potęgowania takiej perspektywy autorka drugą salę zaprojektowała jako mieszczący odbiorcę wnętrze otwartego kubika. Jesteśmy więc w sytuacji niejasnej, gdyż z jednej strony widzimy już pejzaż z pierwszej sali w jak gdyby totalnym oddaleniu jak i znajdujemy się wewnątrz jednego z elementów ów pejzaż konstruujących. Zatem widzimy jak autorka unikając jakichkolwiek oczywistości proponuje raczej poszerzenie horyzontów naszej percepcji. Niepewni - tkwimy nijako w rozdarciu pomiędzy tym stricte fizyczną czynnością - czyli pracą, a tym do czego naszą myślą możemy wzlecieć. Siła tej ekspozycji polega właśnie na tej dychotomii. Skupiwszy sie na ich fizycznej postaci autorka pozwala powoli i nienachlanie całej tej znaczeniowej nadbudowie zaistnieć.

Nieregularne struktury które "przypadkiem" zarysowały sie na tkanych płaszczyznach przypominają te z obrazów Romana Opałki. Podobnie jak u tego artysty prace Józefowicz powstały na wskutek wręcz medytatywnej, nieustającej czynności. Mało tego w tej papierowej strukturze został również jak u Opałki "zapisany" upływający czas w wyniku czego jednym spojrzeniem możemy zobaczyć okres kilkunastu miesięcy. Idąc dalej nic nie powstrzyma nas oby wyobrazić sobie p l ą t a n i n ę myśli które za pomocą dłoni zostały w p l e c i o n e w ten mozaikowy materiał.

Wyobrażenie węzłów i splotów koncepcyjnie powiązane jest również ze spiralą, a ten kształt odnajdujemy właśnie w instalacji Sawickiej. Ta przecież lekka instalacja również niejako przytłacza nas swoim ogromem, a ogrom ten jest spowodowany nagromadzeniem n i e s k o ń c z o n e j ilości kobiecych nazwisk. Nazwisko jest również niejako zamiennikiem ubrania. Jeżeli sukienka wisząca na wieszaku komunikuje bardziej o braku ciała niż o sobie samej to nazwisko w podobnym stopniu odsyła do "noszącej" go postaci realnej. Jeżeli sukienka odsyła do wewnątrz to jeżeli zapomnimy na chwilę o ciele, to bardzo łatwo zauważymy, że jest to mimo wszystko próba diagnozy współczesnego wnętrza. Bo właśnie zarówno sukienka jak i imię jest to właśnie najmniej fizyczny aspekt kobiecości, ten który daje się "unieść". I o ile fotografia przedstawiająca wiszące ubranie może budzić niepokój to różowe serpentyny oświetlone świątecznymi lampkami wręcz przeciwnie. Sawicka w Galerii Białej zainscenizowała istny karnawał, ukazujący jak na przestrzeni historii postaci te przyczyniły sie do ocieplenia społecznego klimatu. W pierwszej sali serpentyny zwisając w dół, na podłodze zataczały spiralne kształty. Towarzyszące im opadające węże mrugając powolnie "przemieszczały" się ku górze!

Literatura cytowana:

Hocke Gustav René, Świat jako labirynt, słowo/ obraz terytoria, Gdańsk, 2003.

                                                                                                                                                 Piotrek Pękala

środa, 18 lutego 2009
50 lat w krainie rozkoszy!
 

 
14 lutego tego roku w nie tylko zakochani obchodzili swoje święto - jak się okazało, pięćdziesiąt lat temu na prujących przez śnieżne zaspy saniach urodził się Jan Gryka. Tym razem, ten skromny mężczyzna, postanowił ową rocznicę przeżyć nieco huczniej niż to zwykł czynić dotychczas. Do końca nikt nie wie co spowodowało w nim tak gwałtowną decyzję. Plotki za plecami sugerują (a ja daję im wiarę; ) że padł On ofiarą swojej żony, a raczej jej niewyobrażalnemu pragnieniu publicznego uwolnienia swojego dawno skrywanego talentu wokalnego. Tak, wieczór który zacne grono najbliższych przyjaciół czyli ¾ lubelskiej bohemy artystycznej spędziło w gościnnej klubo-kawiarni „Centrala” został okraszony powtarzającymi się średnio co pół godziny, na przemian z mikrofonem lub bez wystąpieniami Bliźniaczek prosto z drzewa. Musieliśmy uwierzyć, że dotychczasowe życie tego poczciwego, cichego mężczyzny upływało w krainie niczym z instalacji Zenka - z wodospadami i polnym kwieciem, mlekiem i miodem płynącej pomiędzy dwiema uzupełniającymi się połówkami tego samego zakazanego owocu. Dlatego też nietrudno nam było się zatracić we wspólnym świętowaniu pięćdziesiątki tego Szczęściarza. I wszystko by się dobrze skończyło gdyby nie obecność Tarkawiana z ołówkami, który to wszystkie kompromitujące momenty wyłapał swoją sławną, szybką kreską. Ponieważ mamy świadomość, że prędzej czy później te rysunki pokażą wszystkie liczące się w tym kraju jak i poza jego granicami branżowe pisma, postanowiliśmy upublicznić je sami aby inni nie zabawiali się naszym kosztem. Tak więc poniżej prezentujemy naszą osobliwą kronikę towarzyską której pomysł zerżnęliśmy z Obiegu jak się patrzy, zgodnie z powszechną  metodą kopiowania przez wszystkie kresy pomysłów emitowanych w Centrum. Życzymy miłej zabawy!
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
13:52, piotrek.pekala , teksty krytyczne
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 stycznia 2009
Wielki Sasnal - medytować czy filozofować? czyli: czy w Lublinie możliwy jest dyskurs na temat sztuki w piątkowy wieczór???

"Ale tkwić pośród tej rerum concordia discors i całej
przedziwnej niepewności i wieloznaczności istnienia
i nie pytać , nie drżeć z żądzy i pragnienia pytań..."
                                        
Nietzsche Wiedza radosna

W piątkowy wieczór w lubelskim Centrum Kultury odbyła sie promocja książki Sławomira Marca pt: “Sztuka, czyli wszystko. Krajobraz po postmodernizmie". Niestety nie mogłem być na początkowej części spotkania jednakże fragment  rozmowy na który udało mi się jeszcze załapać wzbudził we mnie niemałe zakłopotanie. Tuż po moim wejściu Krzysztof Jurecki skierował pytanie do autora książki, w którym próbował dowiedzieć się czy ma on jakiś pomysł na to jak poradzić sobie z sytuacją, w której to dzieła sztuki najnowszej w postaci prac Sasnala zaczynają być sprzedawane drożej niż płótna Rembrandta(?). Pytał jak artysta ma poradzić sobie w świecie, w którym, zdaniem Jureckiego, rynkowe, ponoć niejawne, spekulacje, które przyrównywał do mechanizmów giełdowych, powodują zdecydowany rozdźwięk pomiędzy wartością artystyczną a rynkową danego dzieła.  I nie tyle odpowiedź Marca jest tu istotna, co sam duch postawionego pytania.

Bardzo powszechne i tyleż wygodne stwierdzenie iż cena Sasnala jest ceną sztuczną bo astronomicznie wysoką jest bardzo łatwe do wypowiedzenia. Jednakże teza aż nadto sugerująca istnienie jakiejś tajemnej teorii spiskowej, która to wywindowała ceny Sasnala do obecnych cyfr, zwyczajnie niczego nie wnosi do meritum sprawy a wręcz przeciwnie, powoduje iż jest ona jeszcze głębiej spychana  Owa retoryka zdecydowanie dominuje we współczesnej refleksji nad sztuką. I o ile pewien duch krytyczny fenomenu Sasnala rzeczywiście jest potrzebny, to jednak moim zdaniem powinien się odbywać w sposób rzetelny i konkretny, a już na pewno powinien on być właśnie taki na spotkaniu promocyjnym książki, która właśnie ponoć antidotum na postsztukę odnajduje w "polemicznej bezinteresowności (depragmatyzacji)". Dlatego duże zdziwienie wywołało we mnie niejakie zakłopotanie Jureckiego jakie nastąpiło po pytaniu Tomasza Kozaka o szczegóły owego procesu spekulacji, oraz innych dowodów na poparcie swoich, z łatwością rzucanych tez.

Osobiście nic nie wiem o kulisach Sasnalowskiej komercyjnej kariery gdyż przyznam iż póki co nigdy nie miałem tego typu potrzeby ani też okazji aby bliżej sie temu przyjrzeć. Jednakże z perspektywy przecież wieloletniego kuratora jakim jest Jurecki autora "wielu tekstów z zakresu historii sztuki i fotografii" chciałbym jednak dowiedzieć sie czegoś więcej jeżeli ów decyduje się zabierać głos w tej sprawie formułujący arbitralne sądy. Jednakże nie tyle brak odpowiedzi Jureckiego, co moralizatorska odsiecz Jolanty Męnderowicz niejako zmusiła mnie do zabrania głosu w tej sprawie. Przedstawicielka lubelskiego BWA wspominając miniony czas wytknęła dociekającemu polemiście Kozakowi, jeżeli dobrze pamiętam, "arogancję" oraz "zbytnie skupienie na sobie". To tyleż nieadekwatne co i niegrzeczne stwierdzenie spowodowało iż zamarłem na krótką chwilę . Jednakże wraz z upływem czasu i dalszej wypowiedzi Pani kurator poczęło postępować we mnie iście katarktyczne doznanie. Pani Męderowicz, znana postać lubelskiej sceny artystycznej swoim gestem sprowadzając dyskurs na temat sztuki do interpersonalnych zarzutów rozjaśniła mi w głowie więcej niż Jurecki swoim zakłopotaniem.

W jednej chwili stało sie dla mnie jasne, że lubelska scena artystyczna domaga sie gruntownej rewizji. Czy miasto z przecież dość bogatą tradycją artystyczną nie jest w stanie w chwili obecnej wygenerować zdrowej i przede wszystkim merytorycznej dyskusji o sztuce? Wiem, że nie jest to możliwe dopóki posługiwać się będziemy językiem politycznych debat. Bo gdy zasadna dociekliwość artysty karcona jest inwektywami wynikającymi z osobistych przeświadczeń jedyną możliwością odpowiedzi jest reakcja w stylu The Krasnals z całą ich kiepską i zarazem niesmaczną sztuką. Gdyż wyparta kontestacja zawsze wraca, jednakże w formie skarłowaciałej jak w krzywym zwierciadle ukazującej obraz wypierających. Sądzę, że nie ma niczego bardziej stymulującego niż duch niezgody, który powoduje zażartą dyskusję, bez której sztuka cierpi na starczy uwiąd. Jednakże wszyscy powinni sie wzajemnie szanować gdyż jest to warunek konieczny do przeprowadzenia publicznej rozmowy. Niejako wstyd mi iż muszę o tym przypominać, jednakże powtarzam, zostałem do tego zmuszony.

Bo jeżeli żąda sie faktów a zostaje sie usadzonym.  Jeżeli upupia sie antagonistę z pozycji starszego, gdyż jest się merytorycznie bezradnym wobec trudnych pytań. Skrywanie sie w dobrze okopanych pozycjach głosząc twierdzenia ex cathedra na spotkaniu "miłośników" nie spowoduje świeżego ruchu myśli, który moim zdaniem musi stanowić podłoże wysokiej jakości artystycznych  działań. A juz na pewno nie zrodzi ono nowego pokolenia chcącego aktywnie partycypować w artystyczne wydarzenia. Oczywiście tutaj rodzi się pytanie czy starszym zależy na uczestnictwie w "swoich" imprezach ludzi młodych, nie zawsze łatwowiernie konsumujących przyrządzone strawy.

A przecież wszyscy optymistycznie patrzymy na "nową" działalność "nowej" Zachęty w nowych bardzo fajnych przestrzeniach. Dwie z trzech wystaw które dotąd miały tam miejsce to propozycje młodych z całą pewnością budzących duże nadzieje artystek. Jednakże i w czwartkowy wieczór Wielki Sasnal położył swój cień na obrazy Pauliny Sadowskiej. To notabene czułe malarstwo, zdradzające dużą wrażliwość artystyczną studentki aż sie prosi aby otrząsając sie z tej "Ładnej" maniery i przemówiło własnym i pełnym, ale wciąż wrażliwym i uroczym głosem:

JA MOGĘ MÓWIĆ!!!

Sasnal to nie tabu, Lublin to nie Kraków a my to nie jesteśmy krasnalami aby stać w jego cieniu, a sztuka jest drogą jak to powiedział nam w sobotni wieczór Kazuo Ohno w tej samej sali i z tego samego ekranu co dzień wcześniej uspokajał nas Marzec proklamując iż "na szczęście mamy Mozarta". Tak, mamy też kilku nawet z naszego podwórka jak choćby Chopina, Nowosielskiego, czy Kantora i jeszcze sporo innych nazwisk do dumy jednakże mamy też Sadowską i wolę na niej skoncentrować swoją uwagę.

Wywyższam synczyznę nad ojczyznę! Gdyż w krytycznym duchu Gombrowicza upatruję pożytek.

Pamiętam o przeszłości i wyciągam z niej wnioski jednakże spoglądam w przyszłość aż po horyzont jak postać z obrazu Friedricha. Czytam Witkacego i wiem, że artysta może się nie zgadzać i filozofować. Czytam Bernharda i widzę, że czasem artysta musi filozofować aby przeżyć. Słucham Glena Goulda i zaczynam rozumieć jak należy wykorzystywać utwory klasyków aby stworzyć własne dzieło. Gdyż sztuka rodzi się z niewystarczalności sztuki zastanej. Gdyby było inaczej NIC by nie powstało gdyż WSZYSTKO by już było a to nic dalszego od prawdy.

Pani Męderowicz utożsamiając dyskusję z cyt. "bitwą na noże i widelce" zarzuca Kozakowi cytowanie Derridy jednocześnie ubolewając nad tym iż to takie ostatnio powszechne przyznaje, że sama zna Derridę może "za słabo". Sama jednocześnie postuluje wycofanie się w rejony medytacji i ciszy, ciszy która nie jest milczeniem.?! Korzystając z jednak uchylonej furtki postanowiłem (po kilkudniowej medytacji skupiwszy swe strapione wewnętrzne spojrzenie na tym problemie) przemówić. 

 

MIKOŁAJ SMOCZYŃSKI

 

Pamiętam inny wieczór kiedy w niedalekiej przestrzeni ponownie spotkali sie niedawno zmarły Mikołaj Smoczyński z Marią Anną Potocką. Potocka zainteresowała mnie swoimi analitycznymi refleksjami  i inteligentnymi porównaniami. Sztuka Smoczyńskiego wzmogła we mnie wcześniejsze i wciąż niegasnące wrażenie i pogłębiła wcześniejsze doznania.

Czytam książkę Potockiej na temat nowej estetyki. Estetyki, która miałaby dotrzymać kroku sztuce najnowszej. Czekam na książkę która miałaby określić terminologie i kulturę dyskusji w Lublinie. Może Marzec coś o tym wspomina w najnowszej publikacji?

                                                                                                                                      Piotrek Pękala

17:37, piotrek.pekala , teksty krytyczne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 stycznia 2009
ILONA OSZUST - You Can Dance

MŁODE FORUM SZTUKI GALERI BIAŁEJ ZAPRASZA

 

 

 

ILONA OSZUST - YOU CAN DANCE

16 stycznia (piątek), 2009 o godz.18.00 – otwarcie wystawy

Korytarz Akademii Centrum Kultury (pierwsze piętro), ul. Peowiaków 12, Lublin

ILONA OSZUST

Ilona Oszust - studentka trzeciego roku Grafiki na Wydziale Artystycznym, swoimi pracami nawiązuje do sztuki ulicy. Posługuje się szablonami zarówno w realizacjach wykonywanych bezpośrednio na ścianie jak i tych które powstają na płótnie. W ekspozycji podejmuje problem przeobrażeń kultury masowej, którą komentuje z perspektywy własnych doświadczeń.     

ILONA OSZUST

 

ILONA OSZUST

 

 

Autorka nie odwołuje się do moralizatorstwa, gdyż, jak sama przyznaje, uzależniona jest od  internetu. Jej reakcja wynika raczej z postawy obserwatora-uczestnika medialnej rzeczywistości. Jednakże biorąc w nawias wybrane fragmenty owego świata, zastanawia się nad ich statusem w dzisiejszych czasach.  W ironicznie ujętych znakach-ikonach studentka odnajduje zaskakującą możliwość przedstawienia  współczesnej rzeczywistości. Odważnie sięgając do ugrzecznionych poprawnością polityczną wizerunków ze świata polityki odkrywa "zacieki" tworzące się pod ich powierzchnią.

ILONA OSZUST

 

wystawa czynna w dni powszednie w godz. 11.00 – 17.00 do 13 lutego 2009

                                                                                            
17:43, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 listopada 2008
„Eksplozje na peryferiach”

kamil stańczak

„Peryferie- 1.części miasta położone daleko od centrum, 2. zewnętrzna część czegoś, 3. coś marginalnego, mniej istotnego.” – hasło, jego fragment, zapewne zaczerpnięte z któregoś ze słowników wyrazów obcych, jest jedynym tekstem, który Kamil Stańczak zdecydował się umieścić na zaproszeniu na wernisaż wystawy swojego malarstwa w Puławskiej Galerii Sztuki.

kamil stańczak

Lakoniczność, umiejętność powściągnięcia potrzeby umieszczania rozległych, spiętrzonych znaczeniowo, autokomentarzy lub wskazówek kierujących odbiorcę na właściwe tory, albo przeciwnie, wtrącających go w labirynt ukrytych tropów i ledwie rysujących się ścieżek interpretacyjnych, bywa cechą twórców pewnych języka, którym się posługują, nawet wtedy kiedy jest to język pozawerbalny – w tym wypadku malarski, choć nie tylko. Tak zdaje się być w przypadku autora wystawy „Peryferie”. Rzeczywiście zmysłem, który pierwszy reaguje po wejściu na nią jest zmysł wzroku, co w przypadku sztuki najnowszej wcale nie jest takie oczywiste. Tak zresztą pozostaje - na wystawie mamy do czynienia z obrazami, malowanymi na płótnie i niewielkimi, zbudowanymi z elementów, jakby wyjętych z modelarskich makiet, obiektami.

kamil stańczak

 

kamil stańczak

kamil stańczak

 

Dlaczego „Peryferie”? Wszyscy mijamy boczne uliczki, „niechciane” widoki zapleczy, mijamy w podróży miasteczka i przestrzenie między nimi, które prawie wcale nie mają już szansy bycia nietkniętą ludzką ręką przestrzenią, są zaś coraz częściej zaśmieconymi bliżej nieokreślonymi, przynajmniej na pierwszy rzut oka, śladami działalności przemysłowej rolniczej, bywa, że militarnej... Wszyscy, chcąc nie chcąc, mamy do czynienia z mediami posługującymi się obrazem, stykamy się z masą nieinteresujących nas kompletnie obrazów, obrazów, których wcale nie szukamy, a które jednak docierają do nas właśnie za pośrednictwem tychże mediów - telewizji, prasy, internetu... Bywa, że w irracjonalny sposób pozostają zapisane w naszej pamięci. Wszyscy mamy jakieś wspomnienia, które w żaden sposób nie stanowią istotnego budulca naszej świadomości a pozostały zapisane jako obrazy rzeczy, obiektów przewijających się w mniej lub bardziej wyraźny sposób przez nasze życie i plasują się właśnie na peryferiach naszej pamięci. Ich egzystencja w tejże pamięci nie zawsze rysuje się jasno, ale bywa też faktem. Takich właśnie obrazów zaczął szukać w swojej i pewnie także naszej pamięci, Kamil Stańczak. Są wśród nich całkiem dosłownie wycięte z rzeczywistości przedmioty, takie jak pomnik z czołgiem z czasów II wojny światowej, jakie jeszcze zdarza się widywać w małych miasteczkach, na którego wysokim, zaciekającym rdzą z czołgu cokole, „małomiasteczkowy” grafficiarz zdołał umieścić swoje tagi. Wśród peryferyjnych obiektów jest też czerwony, zniekształcony upływem czasu, wyglądający jak zabawka kombajn bez opon, na seledynowo zielonym tle, drzwi jakby wyrwane z samochodu lub z portalu internetowego z częściami do samochodów, na czerwonym tle. Wyrwane są o tyle kuriozalnie, że w oknach tych drzwi widać fragmenty monotonnego, szarego krajobrazu. Jest pomnik z odrzutowcem jak z peerelowskich koszar lub szkoły lotniczej i sylwetka odrzutowca, który precyzją wykonania przypomina rysunki z opakowań modeli samolotów sklejanych w dzieciństwie.

kamil stańczak

kamil stańczak

 

Są wreszcie obrazy do złudzenia przypominające czarno-białe zdjęcia i obiekty architektoniczne w skrótach perspektywicznych zdradzających optykę szerokokątnego obiektywu. Wszystkie wyjęte z kontekstu, umieszczone na jednobarwnym, tle o intensywnej barwie lub jakby wklejone, na powierzchnię surowego płótna podobrazia. Ich ilustracyjny charakter, hiperrealistyczna kreska rysunku, który wygrywa z materią malarską, za każdym razem zostaje jednak w jakiś sposób zakłócona interwencją autora, który w ten sposób przypomina jednak o tym, że mamy do czynienia z malarstwem. Farba leje się dosłownie, sztuczne światy eksplodują farbą. Jeden z budynków okazuje się mieć różowe podpiwniczenie, umieszczone pod nim jakby w formie cyfrowej wizualizacji 3D, co przy całym jego postmilitarnym lub postindustrialnym charakterze stanowi niemniejszy zgrzyt niż eksplozje innych domów makiet, brązowa aureola wykonana brzegiem słoika lub puszki po farbie nad głową czarno-białego popiersia młodej kobiety upozowanej, pierwotnie w zupełnie niesakralnych zapewne celach, jak w typie madonny boleściwej, sprawia wrażenie przypadkowego zabrudzenia.

 

kamil stańczak

 

Podobnej malarskiej korozji ulegają małe obiekty Stańczaka. Farba zastyga w nich strugami, z drzwi małego modelu bunkra wylewa się jako ciemnogranatowa masa, koło malutkiej studni z drzewem, jakby wyjętych z kolejowych makiet, przecieka strugami przez grunt pod nim tworząc przestrzenną strukturę. Dosłowny, czasem nieco komiksowy sposób konstruowania rysunkowego szkieletu w pracach artysty, odwoływanie się do estetyki czarno-białej fotografii bez tych interwencji byłby zapewne pustym gestem. Marginalność wszelkich obrazów, rzeczy, pojęć, które możemy sytuować na, definiowanych przez każdego z nas na swój sposób, peryferiach jest złudna. Dążąc do jakiegokolwiek dowolnie pojmowanego centrum, ku jakiemuś celowi mijamy wciąż peryferyjne, bo nieistotne dla nas, obrazy, miejsca, rzeczy. Może to miałkość kojarzonych z nimi obrazów, ich prowokacyjna czasem pustka wizualna i znaczeniowa, prowokują malarza do ich skaleczenia, zarażenia ich ową malarską korozją, lub częściowej ich destrukcji, dają szansę uwolnienia się od nich lub nadania im nowego znaczenia lub zburzenia ich pierwotnego sensu wynikającego z formy i kontekstu, z którego zostały przez Stańczaka wyjęte. Wydaje się, że swoją ingerencją zaprawioną nutą sarkazmu, artysta chce je pozbawić (rozumianych po barthes’owsku) mitów, którymi pierwotnie mogły być obarczone. Militaria przestają być niebezpieczną ewokacją wojny – stają się kolorowym namalowanym, modelem, kombajn przestaje być wielką maszyną – staje się kolorową zabawką, modelka z całkiem frywolnego zdjęcia zostaje na chwilę madonną lub po prostu wymiotuje farbą. Pewnie też dzięki temu, przenosi je ze sfery peryferyjnej w centrum naszej uwagi. Podnosząc do rangi tematu dzieła sztuki tematy „znalezione” w bliskiej mu ikonosferze, używa starej metody o dadaistycznej proweniencji. Czyni to jednak za pomocą na tyle świeżych i własnych środków, że jesteśmy mu w stanie zaufać. Tym bardziej, że język plastyczny, którym się posługuje wydaje się być całkiem spójny już od pierwszych prezentacji jego prac.

kamil stańczak

 

kamil stańczak

 

Debiut Kamila Stańczaka miał miejsce w 2005 roku na wystawie zbiorowej Nova Biała w Galerii Białej, a rok później pierwsza wystawa indywidualna „Następny proszę”, również w Białej. Wystawy te pociągnęły za sobą udział w kolejnych wystawach, z których najistotniejszy był chyba udział w 2007 roku w wystawie „Malarstwo Polskie XXI wieku” w Zachęcie. Jednak nie chodzi mi o powielanie informacji biograficznych o artyście, dostępnych na nieodległych stronach Białej i na stronach tego bloga. Wolałbym raczej podkreślić pewną konsekwencję jego metody wycinania z rzeczywistości jej skrawków, fragmentów – wizerunków przedmiotów, osób rzadziej zwierząt, które jak sam określił, składają się na „jeden duży obraz”. Tym skrawkom rzeczywistości artysta nadaje jednak interesujące go znaczenia. Może dlatego tak bliskie są obiektom, fantastycznym, afunkcjonalnym, mechanizmom, które oprócz prac malarskich prezentował. One również na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie wziętych z rzeczywistości okazując się po bliższym spojrzeniu absurdalnymi machinami do malowania, miotania farby lub latania. W tym co robi Stańczak najbardziej interesujący jest dla mnie, oprócz warstwy wizualnej, ów proces poszukiwania lub żonglowania znaczeniami wziętych przez niego „na warsztat” wizerunków.

Ernom

P.S. Wystawa w Puławskiej Galerii Sztuki, POK „Dom Chemika” trwa do 30.11.08, czynna jest w godz. 10.00 –18.00 (oprócz poniedziałków), ul . Wojska Polskiego 4,

poniedziałek, 22 września 2008
Anna Maria Karczmarska - POJEDYNEK
Gombrowicz, jak wiemy z jego Dzienników, w Paryżu wobec zgromadzonego towarzystwa ściągnął portki. (W. Gombrowicz, Dzienniki 1961-66). Anna Maria Karczmarska we współczesnej Warszawie, zrzuca z siebie strój z zamierzchłej epoki, stając naprzeciw starej, zdewastowanej kamienicy na osiedlu Praga Północ. Na przekór pobliskiemu pomnikowi Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni i przypadkowym przechodniom, przez krótką chwilę staje naga, w butach na obcasach, przez co bardziej jeszcze naga. Dominuje żeby po chwili ulec. Gest artystki, mimo iż bardziej teatralny niż naszego literata, gdzieś się jednak z nim spotyka. Opuszczone tak po prostu spodnie, wśród intelektualnie dopiętego na ostatni guzik, pachnącego towarzystwa, paradoksalnie korespondują z obnażeniem młodego ciała, w przyobleczonej w pomniki Polsce. I mimo, że figura ta również przypomina posąg, to przez kontekst wciąż jest cielesna i naga. I dziwne to może, że w erze natłoku erotycznych podtekstów na reklamowych billboardach, odważna nagość z Polską w tle po raz kolejny jest zabiegiem trafionym. Warto zapytać dlaczego?
 
 
anna maria karczmarska - pojedynek
 

Otóż, Karczmarska zamiast uparcie kontynuować modne wideo, wycofuje się w przeszłość. Sięga po kamerę 16 mm i w inteligentny sposób naśladuje konwencję niemego kina, tylko po to aby za chwilę ją złamać. Dysonans pomiędzy tym, co w myśl przyzwyczajenia widza powinno było się wydarzyć a bezpośrednio ukazaną nagością w późniejszych ujęciach, jest zbyt wymowny aby go nie odczuć. W oczach widza oswojonego z widokiem wijących się nagich ciał z internetowych portali, ciało Karczmarskiej nawet w nieco wystylizowanej figurze, przypominającej manekinowate postaci z plenerów miejskich Helmuta Newtona, wydaje się być aktem reinterpretacji wizerunku kobiecego ciała. Gombrowicz pisze: (...) ja, smętny kochanek zagubionej przeszłości... (...) I kusiła mnie ta sztuczka żeby nagle wywyższyć i wyodrębnić im kogoś skatalogowanego. I jeżeli walka o naturalność piękna kobiecego ciała jest wątkiem dostatecznie wyeksploatowanym, to w przypadku Karczmarskiej staje się świeżym, może dlatego, że niezamierzonym, pojawiającym się niejako samoistnie. Ponadto, nie czuje się, iż wynika z chęci przezwyciężenia kompleksu, przeciwnie - ciało artystki znakomicie wpisuje się w konwencje, jednakże rozsadza je, wyzywa swoją naturalnością. Oto - pisze Gombrowicz - czemu piękność młoda jest pięknością nagą, jedyną, która nie potrzebuje się wstydzić. I ktoś stale zespolony z młodością nigdy nie polubi stroju. To jest fundament mojej estetyki.

anna maria karczmarska - pojedynek

Liczne atrybuty jak czarna peleryna, pistolet czy w końcu opaska na oczach, przydają jej znamion bezosobowej alegorii. Nawiązując szczególną relację poprzez sugestywność narracji oraz pojedynek z okaleczoną kamienicą aktorka zdaje się niejako reprezentować architekturę miasta, samą Warszawę jak i Polskę (która przecież również jest rodzaju żeńskiego) stłumioną fallicznie dominującym Pałacem Kultury i Nauki. Notabene to właśnie w Loży Stalina artystka stała wcielona w Matkę Boską podczas jednego ze swoich performance. I właśnie na tej granicy mówiąc słowami Georgesa Bataille'a pomiędzy świętą a grzesznicą inscenizuje ona swoją postać. (G. Bataille, Erotyzm, 1957). Chociaż film poprzez ścieżkę dźwiękową i sam wątek pojedynku zdaje się nawiązywać do dzieła Stanleya Kubricka pt.: Barry Lyndon z 1975 roku, to moim zdaniem bliższy jest on ostatniemu obrazowi mistrza. To właśnie do Oczu szeroko zamkniętych (1999) odsyła akt zrzucania peleryny. Nagość Karczmarskiej wydaje się nawiązywać do uczestniczek tajemniczego misterium. Nagość jest przeciwieństwem stanu zamkniętego, to znaczy istnienia nieciągłego. To stan otwarcia, poszukiwania możliwej ciągłości bytu poza sobą. Ciała otwierają na ciągłość swe tajemne kanały, które nam dają poczucie bezwstydu. Bezwstydem jest zamęt, który sprawia, że nie panujemy nad ciałem, że tracimy trwałą i wyraźną osobowość (G. Bataille, Erotyzm, 1957) .

Wątek rytuału ciała, swoistego erotyzmu i kobiecej ofiary kusi aby interpretować obydwa dzieła w duchu wspomnianego Bataille'a. Cóż znaczy erotyzm ciała, jeśli nie pogwałcenie istoty partnerów? Pogwałcenie które graniczy ze śmiercią, które graniczy ze zbrodnią. Wszelki erotyzm ma na celu dosięgnięcie istoty w najczulszym punkcie, tak by zamarło w niej serce.

anna maria karczmarska - pojedynek

O wymowności i sile dzieła Karczmarskiej stanowi fakt emocjonalnego podłoża użyczonego inscenizacji filmowej przez realność rozgrywającej się akcji. Iluzja filmowego obrazu w ciekawy sposób igra z mającym rzeczywiście miejsce wydarzeniem w dychotomicznym napięciu. Niejednoznaczność świata przedstawionego powoduje, iż narasta na nim sieć symbolicznych znaczeń. Artystka w odważny sposób, aby znowu użyć słów francuskiego pisarza, dokonuje rozbicia form ustanowionych, tych uregulowanych form życia społecznego, na których zasadza się nieciągły porządek określonych jednostek, jakimi jesteśmy. Robi to - dokonując pewnego "przejścia", które w tym filmie spotykamy na kilku płaszczyznach, a w swej najciekawszej postaci jest pojedynkiem z samą sobą. Myślę, - pisze Bataille - że człowiek może p r z e z w y- c i ę ż y ć   to, co go przeraża, może temu spojrzeć w oczy i za tę cenę zrozumieć samego siebie, skończyć z tą dziwną niewiedzą, która go do tej pory określała.

Piotr Pękala

13:25, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 lipca 2008
"Spacerkiem po Lublinie"


Poprzedni tekst, mający osobisty i ciepły charakter, zachęcił mnie do krótkiej i chyba jeszcze bardziej subiektywnej refleksji dotyczącej tego co „w trawie piszczy” w dziedzinie sztuk wizualnych, którym tenże blog jest poświęcony. Otóż lata temu, bodajże w „Kurierze Lubelskim”, jedna z cyklicznych rubryk zatytułowana była „Spacerkiem po Lublinie” i chociaż autora lub autorów tych, krótkich (o ile pamiętam o interwencyjnym charakterze) artykułów nie pamiętam – to w głowie do dziś pozostał mi tytuł i czasami, kiedy czas i okoliczności sprzyjają, uświadamiam sobie, że właśnie jestem w trakcie całkiem spontanicznego, niespiesznego „spacerku po Lublinie” lub tuż po nim. Niespiesznej atmosferze ostatniego sprzyjały, pierwsze, nieco rozleniwiające, upalne dni w tym roku. Ulegając owej atmosferze, postanowiłem zaufać pierwszym wrażeniom, pierwszym impulsom, które do mnie dotrą podczas tej niewymuszonej żadnym obowiązkiem wędrówki.
Poza rzeczywiście imponujących rozmiarów przedsięwzięciem pt. „Remont generalny”, o którym na tej stronie i na stronie Galerii Białej (www.biala.free.art.pl) całkiem sporo informacji można już odnaleźć, i do którego jeszcze wrócę – udało mi się trafić na wystawę odbywającą się również w kilku przestrzeniach, również zbiorową (choć kameralną w porównaniu z projektem zrealizowanym przez „Białą”). W galeriach: Grodzkiej i Labirynt 2 miała miejsce (otwarta do 6.07.08) wystawa „Minimum-Maksimum”, której kuratorem był Andrzej Mroczek. Jak sam o niej napisał: Inspiracją do tej wystawy i jej tytułu była dla mnie znana, wyznawana przez artystów Minimal-art'u zasada, że "mniej oznacza więcej". Oprócz dwóch interesujących prac „klasyków” sztuki najnowszej: Mirosława Bałki „136x120x44”z 2007 r. i Mikołaja Smoczyńskiego „studia nad alfabetem: o, o, o” z 2008 r, prezentowanych w Galerii Labirynt 2, zatrzymała mnie realizacja, której autorem jest Kurt Fleckenstein (www.labirynt.com ; www.kurt-fleckenstein.com). Minęło letnie rozleniwienie i kompletnie zapomniałem o minimalistycznej, proweniencji formy tej pracy (przypominającej płaszczyzny układane z metalowych prostokątów przez Carla Andre) i kontekście wystawy zbiorowej, w którym się znalazła. Spora szachownica, ułożona na podłodze galerii z płaskich, plastikowych paneli wypełnionych na przemian czarnym i czerwonym płynem zatytułowana i opisana była: „Szachy- cesarska gra”, 2008, pleksi, ropa naftowa, krew, 320 x 320. Krew i ropa naftowa – pola szachownicy sąsiadujące ze sobą, w każdym z płynów mogłem zanurzyć palec, z każdego z nich „korzystam” na co dzień, wiadomości dotyczące tych dwóch płynów codziennie w mniej lub bardziej oczywisty sposób pojawiają się w wydaniach wszystkich dzienników, zarówno tych drukowanych, radiowych jak i telewizyjnych. Obydwa są nośnikami różnych, ale jednak, energii. Wydobycie jednego z tych płynów, dominacja w regionach jego występowania – w zadziwiający i od lat podobny sposób wpływa na przelanie drugiego. Nie zmieniło się wiele, czego dowodzą całkiem aktualne konflikty zbrojne, nie zmieniły się „zasady” gry, tak jak od półtora tysiąclecia niewiele zmieniły się zasady gry w szachy, postrzeganej wtedy jako rozrywka jeśli nie tylko cesarska, to z pewnością ludzi o ustalonej pozycji społecznej. Mam też wrażenie, że kulisy i reguły „gry” w ropę, której baryłka z dnia na dzień drożeje, też niekoniecznie są dostępne większości jej konsumentów. Patrząc na szachownicę Fleckensteina mam raczej wrażenie, że mimo formy, znajduje się ona blisko nurtu ozdobionego przez krytyków szyldem sztuki krytycznej lat 90-tych XX wieku lub po prostu sztuki zaangażowanej. Gdyby nie jej forma, mocno zakorzeniona w tendencjach minimal-artu, miałbym do czynienia tylko z ostrą, zbyt oczywistą publicystyką. Tak na szczęście nie jest.
Podobną, chyba jeszcze bardziej, niesamowitą zdolność powściągnięcia języka porozumienia z odbiorcą, poprzez wybór materiału, tworzywa i formy, z której korzystają - odnalazłem u dwóch artystów biorących udział w trwającym równolegle projekcie Galerii Białej. Mirosław Maszlanko skonstruował, jak od lat - z traw i wosku, formę „przenikającą” dwie niewielkie sale dawnego szpitala, wcześniej klasztoru wizytek, w którym mieści się Centrum Kultury i w którego przeznaczonej do remontu części odbywa się wystawa „Remont Generalny”. Konstrukcja powtarza formę sklepienia obydwu sal a jednocześnie anektuje swoją kruchą obecnością ich wnętrza przypominając o kruchości każdej organicznej materii, jej przemijalności. Jak w poezji haiku oferując widzowi zdolnemu do zatrzymania się i kontemplacji „satori” – olśnienie, następujące dzięki odnajdowaniu ujawniających się powoli znaczeń. Idąc dalej tropem „tendencji zerowych” trafiłem na malarstwo Dariusza Korola, równie efemeryczne i delikatne jak konstrukcje Maszlanki. ”Malowane”- okopcane dymem świec w określonym porządku, białe powierzchnie, sporych rozmiarów obrazów, z racji nietrwałości tworzywa pozostają ciągle w procesie. Na pasach z rytmem „wykopconych” prostokątnych form, zapisują dotknięcia ciekawych widzów, ślady rąk opierających się o nie dzieci – upodabniają się do ścian dawnego klasztoru, na których zapisane zostały w mniej lub bardziej widoczny sposób i w znacznie dłuższym czasie ślady użytkowników tych murów.
O pracach tych dwóch artystów zdecydowanie trudniej jest pisać, niż o pracy Fleckensteina, który mówi niemal wprost, podaje zostawia wyraźne i czytelne tropy. Jednak dzięki temu, po ponuro brzmiącym komunikacie Fleckensteina, przy pracach Maszlanki i Korola zatrzymałem się na długo ...
Niedługo potem tym uświadomiłem sobie, jak bardzo bliski tym dwóm artystom okazuje się być Andrzej Bielawski, jak Fleckenstein, uczestnik wystawy w Galerii Grodzkiej, od lat używający do konstruowania swoich monochromatycznych obrazów równie ulotnych materii: papieru, ryżowego, wosku, popiołu, atramentu, czasem suchych liści. I nie jest to kwestia podobieństw formalnych a raczej szczególnego stosunku do materii, z których skonstruowane są te prace. Ich medytacyjne i minimalistyczne formy wcale nie „są tym co widzisz” – jak powiedział kiedyś Frank Stella o swoich obrazach – stanowią raczej zapisy procesów i emocji, refleksji ich autorów nad kruchością stanów materii, choć pewnie nie tylko.
Mając świadomość, że ścieżek i szlaków wytyczonych przez kuratorów obydwu wystaw odnaleźć można znacznie więcej, a jednocześnie będąc przekonanym, że obydwu wystawom i pozostałym ich uczestnikom poświęcone zostaną również inne teksty krytyczne – pozostaję przy trasie mojego „spacerku”, ani trochę nie żałując jej wyboru.

Ernom







czwartek, 12 czerwca 2008
REMONT PROWOKUJE (WSPOMNIENIA)


Wystawa Remont Generalny lokuje się między tym, co rzeczywiste a tym, co wyobrażone, między teraźniejszością a przeszłością, w kontekście naturalnie niszczejącej architektury, przejściowo bezpańskiej i porzuconej. W istocie dzięki artystom martwe wnętrza ożyły, a historia zabytkowego obiektu ma nowy epizod.  

  
Wchodząc na klatkę schodową, mijam stare drzwi z szyldem: Katedra i Zakład Farmakognozji Akademii Medycznej. Wspomnienia ożywają. Przecież ja tutaj bywałem jako ośmio- dziewięciolatek; odwiedzałem mamę, która pracowała przed laty w jednej z sal pierwszego piętra. Przed oczami staje nagle wywołany z pamięci obraz: długi, jasny korytarz. Była w nim szatnia oraz przeszkolone gabloty i gablotki, a w nich pudełka na leki z obco brzmiącymi nazwami, albo farmaceutyczne buteleczki z różnokolorowymi proszkami zaopatrzone w etykietki z nazwami po łacinie. Spoglądam na ściany, a na nich historia sztuki w obrazkach od prehistorii do sztuki najnowszej. To dolny pas. Ponad nim – epizody z historii naturalnej – od pierwotniaków do kontrowersyjnego projektu Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i meczu Polska-Niemcy na Euro 2008. Praca rysownika Mariusza Tarkawiana, monumentalna i pracochłonna, ukazująca swoistą ikonosferę, w której stale się obracamy zaglądając do podręczników opowiadających dzieje sztuki i człowieka albo włączając TV. Zastanawiają proporcje. Na jednej długiej ścianie wiele tysiący lat historii, na drugiej (tylko) XX i XXI wiek. Bliższa nam historia jest bardziej nasycona obrazami, bardziej znana i oswojona. Przeszłość ginie w uogólnieniach. W oddali majaczą dwa rysunki dzieł kluczowych dla sztuki XX wieku: czarny kwadrat Malewicza i pisuar Duchampa – swoiste „kamienie milowe” nowoczesności. Wobec Malewicza na wystawie sytuują się jednak chyba tylko dwie prace: Grzegorza Klamana i Darka Korola, więcej tu prac z ducha Duchampa: od instalacji Michała Stachyry, poprzez Gazobetonownię po Roberta Kuśmirowskiego.


Pamiętam, że najbardziej lubiłem pracownię z mikroskopami. Często przynosiłem tam własne preparaty. Z wypiekami na twarzy zaglądałem w okular, aby podziwiać struktury ukryte przed okiem nieuzbrojonym. Ile w tym było fascynacji, ile odkryć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że fotograficzne powiększenia drobin Jana Gryki, oprawione i wyeksponowane na ścianach klatki schodowej wiodącej na pierwszą kondygnację, mają coś z preparatów. Tylko, czy można się nimi zachwycać? Trafiam do dwóch sal z instalacją Mirosława Maszlanki. Tutaj czuję się naprawdę dobrze. Dlaczego? Bo to harmonijna praca nawiązująca w swej przemyślnej kopułowej strukturze stworzonej z trzcin połączonych pszczelim woskiem do barokowego sklepienia wnętrza. Jest w niej równowaga i powaga. Pachnie tu pasieką i trawami. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tymczasowości tej medytacyjnej realizacji, której towarzyszy autokomentarz artysty z dwoma cytatami z Biblii. Myśli znów dryfują w przeszłość pobudzane wspomnieniami. Co tu było? Pamiętam! Laboratorium, do którego z reguły nie miałem wstępu, ale ukradkiem zaglądałem przez uchylone drzwi lub czasem mogłem na chwilę wejść pod nadzorem poważnego pana w białym fartuchu. Laboratorium składało się z kilometrów przezroczystych rurek, wężyków, buzujących kolorowych płynów w kolbach i mnóstwa szafek wypełnionych laboratoryjnymi próbówkami i naczyniami. Istne królestwo alchemika. Miejsce magiczne, tajemnicze i nieprzystępne. Plątanina trzcinek przypomina mi ten obraz z przeszłości, niewyraźny i zamazany.


Obok jest sala z pracą Dominika Lejmana, która też jest mgliście rozmyta. Dominik Lejman pozornie w sposób oczywisty nawiązał w swej wideo instalacji do sceny Ukrzyżowania. Pozornie, gdyż – przeciwnie do większości artystów zwykle podejmujących ten temat – zamiast „działać” powiększoną w stosunku do rozmiarów naturalnych skalą postaci, zminimalizował je w swej projekcji, jakby pomniejszając rolę i znaczenie tej sceny. U Lejmana Ukrzyżowanie – kulminacyjny moment historii Zbawienia – „zanika”, staje się niewyraźne, gubi trudne do wypatrzenia szczegóły, wobec czego stajemy bezradnie niespokojni, nie mogąc jednoznacznie odczytać niewyraźnych detali. Ale wiadomo przecież, że to nie przypadek, lecz zamierzony efekt, który każe pomyśleć o symbolice tego pomniejszenia: dzisiejszym ukierunkowaniu kultury dalekim od problematyki sacrum, marginalizowanej i pozostającej niemal w zaniku. Właśnie: sacrum. Ta wystawa naprawdę ma wiele wątków symbolicznych, odsyłających do sfery niewypowiedzianego. Odleglejsza w czasie (niż ta przez mnie zapamiętana) historia obiektu przywołuje imaginacyjne obrazy klasztoru. Co wiemy o sięgającej XVIII wieku przeszłości? Nikt nam już o niej nie opowie, a przecież tyle historii, ile pamięci. Może gdzieś istnieją jakieś archiwa dawnego klasztoru wizytek? Podobno ślady wiodą aż do Anglii, gdzie do dziś sukcesorki tych samych wizytek, które kiedyś były w Lublinie, mają swój dom zakonny. Pozostają kamienie i legendy. Krąży jeszcze pewna opowieść, dość przygnębiająca, która przypomina mi się przy okazji oglądania pracy Roberta Maciejuka o kazimierskich betankach i ich nieszczęściu zbiorowego zaślepienia. To legenda o mrocznej tajemnicy wizytek, które jedną z sióstr miały więzić w sąsiadującym z klasztorem lamusie. Powód: podobno postradała zmysły. Mam nadzieje, że to tylko ludowa pieśń, a ta być musi – jak u Greków – aby dramat mógł być napisany. Ten dramat na razie nie został dopisany. Chociaż temat uwięzienia odnaleźć można w pracy Pauliny Kary, gdzie natykam się na otwory z okiem. Oczy wpatrują się we mnie budząc niepokój, potęgowany jeszcze przez odgłosy wydobywające się gdzieś z wnętrza wielkiego pudła, w którym te oczy są zamknięte. Stara architektura, zwłaszcza opuszczona i zrujnowana, o tak skomplikowanej historii (klasztor, szpital, Akademia Medyczna) stymuluje epatowanie nastrojem grozy, co genialnie wykorzystał Robert Kuśmirowski w swej prostej instalacji z krzyżem zamkniętym w krypcie z obdrapanymi i zapajęczonymi ścianami, do której widzom pozwolił zajrzeć jedynie przez niewielki otwór.

Wędrowanie i zaglądanie do kolejnych sal przypomina mi zaglądanie sprzed lat: do pracowni, gdzie przebywali studenci, gdzie był skład leków, gdzie stały sprzęty wykorzystywane do badań naukowych. Coś z tej atmosfery jest na tej wystawie. Odnajduję też nową wersję znajomej pracy: złożoną z krawatów instalację Anny Nawrot. W ogóle jest znajomo. Jak w tytule książki: sztuka inna, sztuka ta sama.

P. M.

sobota, 07 czerwca 2008
Przed Remontem / Młode Forum Sztuki

 

widok wystawy

 

Magda Milczarek, Beata Nowicka, Jacek Wierzchoś

 

Wiola Głowacka 

 

Karolina Kościuk 

 

Agata Krutul 

 

Monika Zapisek 

 

Jakub Kiyuc 

 

Paulina Daniluk 

 

Dawid Jurek i  Kama Bubicz

 

Eliza Galey 

 

Paulina Chreścionko 

 

Marta Polkowska 

 

 

21:59, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Dodaj komentarz »
6 czerwca, remont generalny - otwarcie!


Ania Nawrot otwiera wystawę.

 

Leon Tarasewicz

 

Jan Gryka 

 

Mariusz Tarkawian 

 

Mirosław Maszlanko 

 

Grzegorz Klaman 

 

 Dariusz Korol

 

Anna Orlikowska 

 

Elżbieta Jabłońska

 

Anna Nawrot

 

Paulina Kara

 

Robert Maciejuk 

 

Krzysztof Sołowiej

 

Michał Stachyra 

 

21:38, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 czerwca 2008
3/4 czerwca - galeria biała, remont trwa...

Mariusz Tarkawian - słowo o XX wieku

 

 

Mirosław Maszlanko tka sieć.

 

Leon Tarasewicz - przy pracy, pośród kolorów

Leon Tarasewicz - przy pracy, pośród kolorów

 

Janek Gryka - magia barw

Janek Gryka - magia barw

 

Piotrek Wysocki & Robert Maciejuk - otwierają zakład ramiarski:)

Piotrek Wysocki & Robert Maciejuk - otwierają zakład ramiarski:)

 

Mariusz Tarkawian i Łukasz Głowacki - kontrola jakości:)

Mariusz Tarkawian i Łukasz Głowacki - kontrola jakości:)

 

Mirosław Maszlanko - adaptuje kolejną przestrzeń

Mirosław Maszlanko - adaptuje kolejną przestrzeń

 

Ania Orlikowska - uczy się elektryki:)

Ania Orlikowska - uczy się elektryki:)

 

 

Rafał Rosłoń - w oczekiwaniu na telefon i wytyczne od Stachyry:)

Rafał Rosłoń - w oczekiwaniu na telefon i wytyczne od Stachyry:)

 

... c.d.n.

 

 

 

13:44, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 czerwca 2008
2 czerwiec - Remont generalny - Galeria Biała

Leon Tarasewicz - walka z żółtą taśmą 

 


Praca wre, humor dopisuje 

 

Obrady przy kwadratowych płytach 

 

 

 

pomocne dłonie 

 

korytarz w tarakcie metamorfozy

 korytarz w tarakcie metamorfozy

 

Nauka Mariusza trwa dalej:)

Nauka Mariusza trwa dalej:) 

 

Leon przy pracy... mistrz i uczeń?:)

Leon przy pracy... mistrz i uczeń?:) 

 

ukochane farby...:)

ukochane farby...:) 

 

Mirosław Maszlanko - lepi w mroku...

Mirosław Maszlanko - lepi w mroku...

 

Otwarcie wystawy w piątek, 6 czerwca, o godz. 18.00.

 

18:22, mlodeforumsztuki , teksty krytyczne
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2